Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2007
Podsłuchane w kolejce

Wczoraj byliśmy na zakupach. Stojąc w kolejce do kasy podsłuchałem rozmowę młodych dziewczyn:

- Nie mogę ostatnio zasnąć w nocy.

- Ja wyobrażam sobie różne miłe rzeczy przed snem i to mi pomaga...

- Coś włochatego?

- Raczej zakupy w Ikei. 

17:38, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 grudnia 2007
Martwię się

Moja gazeta dostała bardzo niską ocenę na łamach prestiżowego medium analizującego rynek mediów. Generalnie czepiali się w 90 proc. tego, co krytykowała moja A, która uprzedzała mnie, że przy takim podejściu do wizerunku, estetyki, a przede wszystkim zarządzania ogólnie miesięcznik może długo nie pociągnąć. Że trzeba wiele rzeczy zmienić, choć nie wymaga to rewolucji, a raczej po prostu planowania i myślenia.

Niby tytuł jest młody, zespół pracuje razem 3 miesiące, a z miesiąca na miesiąc wygląda to lepiej. Ale to jest rynek i nikt po główce nie będzie nas głaskał. Cały czas mam wrażenie, że zabrakło jednego miesiąca na rozruch. Że wystarczyłoby zacząć 30 dni później, mając więcej czasu na przemyślenie numeru pierwszego, opracowanie spójnej i profesjonalnej strony wizualnej, wyprodukowanie rezerwy tematów do publikacji. A także dopieszczenie internetu. No i w końcu - postępy w budowie centrum konferencyjnego, do którego - tak zaczynam to postrzegać - moja gazeta ma być promocyjnym dodatkiem.

Bez tych 30 dni rezerwy praca ciągle wygląda na amatorszczyznę: na wydrukowanych stronach okazuje się, że wykresy są niewidzialne, że paleta kolorów zawężona jest do czerwieni oraz żółtego, a zdjęcia są nijakie i mało wysycone kolorem. No i ostatnie korekty nie są wprowadzone, bo mimo pracy składaczy i artystów oraz korekty po nocach, zabrakło godziny, a drukarnia wrzała już z irytacji, że nie przesyłamy materiałów.

Boli mnie to, bo jeszcze chyba nigdy w życiu nie pracowałem w tak fajnym zespole. Nie mam poczucia wyścigu szczurów, ludzie sobie pomagają, są wobec siebie życzliwi, szef entuzjastycznie reaguje na każdy pomysł, który ma ręce i nogi (może nawet zbyt entuzjastycznie). Mam wrażenie, że każdy się stara tak dobrze, jak potrafi. A nieefektywności w działaniu zespołu wynikają z braków w systemie komunikacji - może jakiegoś forum, listy mailingowej, czegoś, co pozwalałoby na bieżąco wymieniać się informacjami, co robimy, z czym mamy problem, za co zabieramy się później, na jakim etapie jest każdy z tekstów. No i braku tych 30 dni, które tak czy inaczej będziemy musieli nadrobić...

18:07, bekspejs
Link Komentarze (1) »
Zapomniałem się pochwalić

Mam w domu internet! Niestety, przez neostradę, do której jestem trochę uprzedzony po dawnych doświadczeniach. Póki co za bardzo nie narzekam. I w punkcie sprzedaży, i w pomocy technicznej spotkałem tylko kompetentne i życzliwe osoby, które starały się pomagać najlepiej, jak potrafiły. Aż dziw. Jeśli TP będzie pracować tak dalej, żadne oszustwa ograniczające działania konkurencji nie będą im potrzebne (to tak a propos ostatnio zasądzonej kary za filtry, ograniczające działanie rywali wykorzystujących częściowo infrastrukturę molocha).

Ponarzekam na coś innego: zrobiliśmy z A wszystko, co tylko można było, by od razu po przeprowadzce mieć net. Ale nasz landlord tu zapomniał, tu nałgał, i w końcu zdobywanie dostępu do sieci trwało nie tylko 3 tygodnie, ale także wymagało od nas pokrycia zaległych rachunków telefonicznych (które odejmiemy sobie od czynszu). Biorąc pod uwagę starcia z poprzednimi właścicielami wynajmowanych mieszkań zaczynam myśleć, że to ja jestem dziwny, bezczelny, marudny, bo wymagam zamurowania dziurywykutej w ścianie pół roku temu, z której wyłażą robaki. Albo chciałbym mieć tani internet i telefon, który działa, skoro mam za niego płacić.

17:42, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Zderzenia mentalne

Odkrycia ostatnich tygodni, odgrzane miłości lat dawnych, zaskoczenia, inspiracje...:

- Wynton Marsalis grający barok

- Chuck Mangione grający do "Dzieci Sancheza"

- najnowsza płyta Apteki i Apteka w ogóle

- muzyka do filmu "Zabójstwo Jesse James'a"

- piosenka "Bal u senatora" Pidżamy porno

Z filmów i seriali:

- Załupista druga seria Dextera (najlepszy serial tv jaki miałem przyjemność zobaczyć)

- w końcu nienudny i śmieszny odcinek Simpsonów (19. seria jakoś autorom nie idzie - wystrzelali pomysły na film pełnometrażowy?)

- szokujący liczbą skojarzeń, nawiązań, inspiracji serial z cyklu 12 małych Murzynków - o modzie, czyli kolejni projektanci odpadają, płacząc, a równolegle do nich odpadają szlochające modelki. Perwersyjne, zmanierowane, zabawne, dziwaczne, dziwaczne, dziwaczne i dziwaczne.

- Bridezilla, czyli grube baby wychodzą za mąż za szczupłych facetów, a po drodze pokazują, że osoby przy kości wcale nie mają pogodnego usposobienia, ciepła, wrażliwości. Może to dlatego, że świat wymaga od nich anoreksji, a to niespełnione wymaganie utwardza i zaostrza charakter? A może po prostu taka jest formuła programu, bo chamstwo sprzedaje się dziś lepiej niż maniery i powściągliwość?

17:32, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Motywacja i demotywacja

Dostałem największą wierszówkę w życiu. Formalnie moje dochody za ostatnie 60 dni pracy porównywalne są z dochodami w całe 12 miesięcy niektórych chudych lat (co skądinąd bardziej świadczy o tym, jak były one chude). Więc mimo pewnego znużenia powinienem być nakręcony do dalszej pracy. Ale jakoś tak nie jest.

Może to dlatego, że faktury wystawiłem, termin płatności minął 2 tygodnie temu, a w ramach świątecznego prezentu dostałem propozycję zaliczki oraz solenne zapewnienie, że przelewy właśnie wyszły, co w mojej firmie nie znaczy dokładnie nic, póki nie zostanie powtórzone siódmy raz.

W rezultacie mam największe długi w życiu - połączenie podwójnego podatku dochodowego za listopad, sporego VAT-u, rachunku za telefon, przeprowadzki, zakupów świątecznych (w tym nowego monitora, na który teraz patrzę) i czynszu.

I tylko chłód po plecach mi chodzi na myśl, że firma może po prostu pozwlekać jeszcze kilka miesięcy z tą płatnością - przecież z wieszówkową kasą dzieje się tak bez specjalnych wyjaśnień.

PS Właściwie to powinienem trzymać dziub na kłódkę... Moja koleżanka dała kilka tygodni temu upust frustracji płynącej z rosnących opóźnień w płatnościach, bolesnych szczególnie przed świętami i już u nas nie pracuje. Moja szefowa ze starej gazety skomentowała to w gorzki sposób: "wiadomo było, jak się pracuje w naszej firmie, a ona siedzi tu od wielu lat. Jak się nie podobało, trzeba było odejść, a nie narzekać na mieście".

17:17, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 grudnia 2007
Premia się należy

Dzisiaj szef przyszedł poinformować mnie, że za tekst o człowieku-dupie należy mi się premia w wysokości ok. 25 proc. wierszówki. I skomentował to:

- Teraz pewnie napiszesz na swoim prywatnym blogu, że od szefa dostałeś jakieś marne grosze premii i że kutwa żałuje ci solidnej, stuprocentowej premii przynajmniej od tego tekstu.

Cóż, szefa nie uważam za kutwę, bo zauważa moje wysiłki i nawet w miarę możliwości budżetowych je nagradza. Ale uczciwie stwierdzam, że tekst o człowieku-dupie wymagał tyle pracy i nerwów, że minimalny poziom zadowalającej premii to 50 proc. wartości wierszówki. W przeciwnym razie z racjonalnego punktu widzenia nie powinienem się dotykać do podobnych spraw: nie dość, że na skutek skokowego przyrostu materiałów musiałem go pisać trzy razy, to jeszcze obie strony straszyły mnie sądem (nie dosłownie, ale na tyle, bym musiał brać to pod uwagę).

Liczę na pomyślne rozpatrzenie mojej prośby.

Z poważaniem,

Bekspejs

21:59, bekspejs
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 grudnia 2007
Wariactwo

Wszystko na raz. Przeprowadzka, wydawanie drugiego numeru nowej gazety i kolejnego mojej starej gazety. W piątek odwiedzam Wrocław, we wtorek Kraków, a w środę będę Bóg wie gdzie. Do świąt będzie wariactwo, po świętach także, nawet w święta nie mogę odpuszczać i postanowiłem wykończyć sprawę magisterki. W styczniu trzeba będzie zadziałać ze studiami.

Z niecierpliwością czekam na drugi suty przelew z nowej gazety, bo część spodziewanych przychodów wydałem na piękny, nowy monitor. Wprawdzie długo nie będę z niego korzystał - nasz nowy landlord trochę nas kołuje i nie powiedział, że reguluje jakieś niespłacone długi w TPSA. Przez to nie można nic zdziałać z internetem, bo tylko infrastruktura telekomuny wchodzi w grę. W rezultacie, póki sytuacja się nie unormuje, to oprócz godzin snu resztę czasu spędzam w pracy. I po cholerę mi to większe mieszkanie, skoro wykorzystuję tylko łóżko?

W ogóle życie to walka. Mamy zepsute lampki nad kuchnią, przez co jest tam dość ciemno. Zepsuty tranformator czy czort wie co. Nie mam czasu się tym zająć, może wezwę elektryka i wybulę za moją indolencję. Przedwczoraj przekręciłem jakąś plastikową nakrętkę na rurze i zamknąłem dopływ gazu, zamiast łagodnie ruszyć dźwignią i go otworzyć. Do teraz nie wiem, czy waląc młotkiem przez pół godziny przypadkiem czegoś nie rozszczelniłem. Ale nakrętka chodzi łagodnie w jedną stronę, a w drugą jest jak skała.

No i zapchany odpływ brodzika. I jego nieszczelność. I brak anteny radiowej. I ogólny bałagan. Jedyne, co działa pięknie i od pierwszego strzału, to pralka (pokazuje godzinę, jaka to wygoda!) oraz zmywarka (cywilizacja!).

Grunt, że jesteśmy we względnym zdrowiu (A narzeka na kręgosłup, ale niewiele na to można poradzić poza ćwiczeniami, o których stale zapomina). I nie musimy drżeć o każdy grosz, to spory komfort i odmiana. Choć zamawianie pizzy trzy razy w ciagu 5 dni to było lekkie przegięcie.

15:37, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Cenzura bloga

Od początku chciałem pisać otwarty pamiętnik dla wszystkich: i nieznajomych, i bliskich.

Moja rodzina nie przyjęła do wiadomości, że może się z niego dowiedzieć tego, co akurat mi w duszy gra. W każdym razie, mimo moich starań, nie zaobserwowałem, by kiedykolwiek ktoś z członków mojej rodziny zajrzał na tą stronę. Trudno.

Od czasu do czasu zaglądają tu moi znajomi i przyjaciele, których ciepło pozdrawiam. Sprawia mi to sporo radości, nawet, gdy kłócą się poprzez komentarze pod wpisami. A nawet wtedy, gdy nigdy niczego nie komentują :)

Jest kilku nie znanych mi ze świata realnego czytelników mojego nieregularnika. I to jest nie mniej miłe, bo w sumie to takie pitu pitu o pierdołach, pisane po nocach.

Ale nagle okazało się, że są czytelnicy, za których sprawą w te rzadkie chwile, w których coś tu wpisuję, będę mniej swobodny, niż bym chciał.

- Znajomy czytał mi Twojego bloga. No czy ja cię zmuszam, byś pisał do firmowego portalu? - zapytał mnie wczoraj szef.

- Zasadniczo nie, ale też nie miałem wrażenia, że mam jakiś wybór.

- Ja cię prosiłem o pomoc. Jak mam prosić, byś nie miał wrażenia przymusu?

- Z moją niską asertywnością to faktycznie może być trudne.

Nieźle, co? Na szczęście szef ponoć strasznie obśmiał się z cytowanych fragmentów.

- Powinieneś swoje umiejętności i chęć pisania wykorzystać bardziej komercyjnie, w gazecie i w portalu! - pointuje sprawę szef.

Dopiero później przyszła mi do głowy riposta, że wystarczy porównać, ile znaków przez ostatnie 2 miesiące wysłałem do redakcji i firmowego internetu, a ile opublikowałem na blogu. Od razu widać, że tego czasu na prywatne pisanie mam mało, a wielkość ta zbiega asymptotycznie do zera (choć mam nadzieję, że jest to trend odwracalny).

-

Co gorsza, muszę też ograniczyć pisanie o A. Nie dość, że nie ma mowy o dzieleniu się bardziej intymnymi sprawami i problemami, bo czytają znajomi, to jeszcze moja luba ma problemy w pracy, bo i tam wyciekła informacja, że taki blog istnieje. Ups.

Wychodzi na to, że czytelników mam niewielu, ale blog ma ogromny wpływ na rzeczywistość. Głównie moją i mojej A, ale jednak.

15:25, bekspejs
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 listopada 2007
Cisza nocna

Ulica, na jaką wychodzi nasze okno (piszę o moim starym lokum), wychodzi na dość dużą i nawet ważną arterię komunikacyjną miasta. Nie zauważyłem, by asfalt na niej był szczególnie zniszczony, ale widać HGW postanowiła inaczej. Dość, że w nocy z piątku na sobotę k. 22 ulicę zamknięto, a na pasie bliższym naszego domu pojawił się ciąg maszyn. Jedna zrywała nawierzchnię, kolejna robiła coś innego. Taśma produkcyjna.

Było to ciekawe, choć pół nocy nie mogłem zasnąć.

Śmieszne jest to, że kolejnej nocy, choć droga była zamknięta przez całą sobotę, znowu usłyszeliśmy młoty pneumatyczne, chroboty maszyny do zdzierania asfaltu itd. Punkt 22 rozległ się hałas, łoskot, grzmot za oknem. Taka cisza nocna au rebour. Bo wcześniej był spokój, właściwie nie było żadnych prac, nawet podpieranie łopat, typowe dla naszych placów budów, odbywało się w skali taktycznej, a nie strategicznej.

Wynajęli maszyny tylko na noc?

Mają tu sąsiadów, których nie lubią?

Wyrabiają nocne nadgodziny, lepiej płatne?

Miasto wynajęło do pracy wampiry i zombie?

W każdym razie A wzięła telefon i zadzwoniła do straży miejskiej. I uwierzcie lub nie, po kwadransie hałasy ucichły. Może to przypadek, ale i tak poczuliśmy, jakby głos człowieka w konfrontacji z maszyną biurokratyczną (służby miejskie) miał znaczenie. Wspaniałe uczucie!

08:15, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Zbrukani

Nasza stara landlordzka wysokość (stara dosłownie i w przenośni) pomogła nam utwierdzić się w przekonaniu, że przeprowadzka była koniecznością, a nie fanaberią. Miesiąc przed wyniesieniem naszych rzeczy poszliśmy do jej domu, zapłacić ostatni czynsz i poinformować o decyzji w tej sprawie (pani nie używa konta bankowego, jak prezydent).

Miła rozmowa, której efektem było dogadanie się w sprawie oglądania lokum w czasie, gdy jeszcze w nim jesteśmy. 20 listopada kuzynka landlordki miała umieścić w necie ogłoszenie, a potem zadzwonić do nas w tej sprawie, by ustalić godziny wizyt nowych najemców.

19 listopada odsypiałem noc, jaką poświęciłem któremuś z artykułów. A, zaczynająca tydzień pracy po chorobie, była wykończona nawałem spraw, jakie jej koleżanka tradycyjnie zostawiła dla niej. O 16 byliśmy już w łóżku, ja chrapiąc, A oglądając jakiś film. Nagle walenie do drzwi. Mam czujny sen, podrywam się, zakładam szlafrok, otwieram. Za drzwiami landlordka, kuzynka i jakiś koleś. Zanim na pół obudzony zacząłem wyjaśniać, że mieszkanie nie nadaje się w tej chwili do oglądania, landlordka przepchnęła mnie i zaczęła łazić ze świtą po naszych czterech kątach. A te były w stanie największego bałaganu, jaki mieliśmy chyba kiedykolwiek. To efekt choroby A, która w jej czasie zwyczajnie nie sprzątała, oraz mojego nawału pracy. Zbieraliśmy się, by tego właśnie dnia, po odespaniu paru godzin, ogarnąć nasze rzeczy, spodziewając się uprzedzającego telefonu w każdej chwili.

Słowem: wszędzie kupy ubrań, stosy papierzysk wokół mojego biurka, rozkotłowana pościel (spałem...), wszędzie wiszące pranie.

Potencjalny najemca przerażony uciekł. A landlordka stanęła i zaczęła patrzeć wyczekująco, że rzucimy się do sprzątania. - Dziś umówionych jest jeszcze 15 osób - zakomunikowała.

A ruszyła do boju i wygarnęła jej wszystkie nasze pretensje. Że narusza prywatność, a to już się kwalifikuje pod paragraf. Że po prostu zwyczajne ludzkie zasady wymagają telefonu, gdy wpadamy do znajomych na herbatę, a co dopiero w takiej sytuacji. Że mamy zapłacone do końca miesiąca z góry i w ogóle nie musieliśmy się zgadzać na zwiedzanie, był to nasz życzliwy gest. Że lodówka od 9 miesięcy nie wymieniona, a nadaje się do wielu rzeczy, ale np. nie do trzymania mrożonek. Że od pół roku dziura w ścianie to źródło robactwa. Że od kilku miesięcy czekamy na poprawną instalację pralki. Że połowa gniazdek jest źle zainstalowana, iskrzy, wywala korki, razi prądem. Trochę się uzbierało.

W zamian usłyszeliśmy, że mieszkamy jak Rumuni. I że dzwoniła kilka razy, ale nikt nie odbierał. Acha.

Po kilku minutach stało się jasne, że nie zamierzamy nic robić, więc bez słowa landlordka wyszła, trzaskając drzwiami swojego własnego, było nie było, mieszkania. Straszno i śmieszno.

Czuliśmy się po tej niezapowiedzianej wizycie jak po oglądaniu muszli klozetowej, z której właśnie korzystamy. Odarci z intymności, pozbawieni prywatnej strefy, nadzy, zbrukani. Ochyzda. Nie chcę tego pamiętać.

08:07, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Nowy dom

Po długich przekonywaniach, negocjacjach, zmianach w umowie - zaczęliśmy przeprowadzkę.  Rzeczy, które zawalały nam nasze dotychczasowe lokum, teraz postawione w smętną kupkę, zajęły środek jednego z pokojów naszego nowego domu. Mieszanina zażenowania i dumy. Zażenowania, bo to wszystko, czego się dorobiłem przez 10 lat pracy. Dumy, że tylko tyle bagażu muszę ze sobą wlec, że nie obrosłem jeszcze tak bardzo w dobra, nie dałem się całkowicie opanować rzeczom.

Biorąc pod uwagę, że w pierwszym etapie przeprowadzki pomagał nam ojciec mojej A, to dominowało zażenowanie.

Nowe mieszkanie jest trochę obciachowe w wystroju. I brudnawe (podłoga, takie tam). Ale popracujemy nad tym. Kombinujemy, jak zdobyć tani internet (no, tańszy niż neostrada). Zmieniamy taryfę telefonu na najtańszą. Dorabiamy drugi klucz do domofonu. Żyjemy nowym miejscem.

Ostatnie trzy noce w starym mieszkaniu...

Ostatnie rzeczy do przeniesienia: mała kupka ubrań, komputer, mikrofalówka, odkurzacz, pościel. Nie wiem, skąd w duchu mam smutek. Powtarzam sobie, że może to ostatnia przeprowadzka do nie-mojego-domu. Ale jak to będzie na prawdę?

07:50, bekspejs
Link Komentarze (3) »
niedziela, 18 listopada 2007
Mieszkam na wiosce

Po napisaniu poprzedniego posta przyszło mi do głowy, że sam też w duchu mogę być takim prowincjuszem, gdy pojawiam się na Zachodzie.

Imponuje mi porządek na ulicach, estetyka witryn na głównych ulicach, elegancja i maniery ludzi. Choć przecież to wszystki mit, bo najwięcej psich kup na chodnikach widziałem w Hamburgu, największe chamstwo wśród kierowców w Rzymie, najobleśniejsze zaułki w Atenach. 

Ale ta niska samoocena jako mieszkańca miasta w Polsce nie bierze się znikąd. Mimo podróżowania autobusami także doświadczam chamstwa na ulicach: autobus nagle hamuje, kierowca klnie, ludzie łapią się czego popadnie, depczą po sobie i zamiast przeprosić, wrzeszczą. Po ulicach szwendają się ogoleni na łyso kolesie z agresywnymi psami bez kagańców. Ludzie w metrze potrafią słuchać muzyki z komórki nie przez słuchawki, ale na głos. Idąc na mój przystanek autobusowy, brnę po kostki w błocie i przeskakuję wykopy. Na uliczce pod moim blokiem kierowcy urządzają sobie wyścigi, choć nie ma tam latarni, a odcinek jest kilkusetmetrowy. Mieszkańcy mojego bloku - szczególnie te starsze osoby, które wzdychają do złotych czasów za ich młodości - nigdy nie odpowiadają na "dzień dobry" i poczekają z wsiadaniem do windy, gdy widzą mnie z siatami pełnymi zakupów.

Myślę o tym wszystkim: wiocha Warszawa. Ale przecież na prawdziwej wiosce jest inaczej. Choćby z tym "dzień dobry" - tam wszyscy się znają, więc podstawowe formy obowiązują. Znają się, choć mieszkają w różnych, a nie jednym domu.

Poza tym krowia kupa jakoś mniej mnie wkurza niż psia. 

15:20, bekspejs
Link Komentarze (5) »
Warszawskie buractwo

Jeżdżę autobusami, więc nie wiem jak to jest. Ale moi znajomi i rodzina wiedzą: w stolicy jeździ się okropnie, a chamstwo jest przytłaczające. Dlaczego akurat w Warszawie jest tak źle? Subiektywnie patrząc nie dostrzegam wokół ludzi, którzy za kółkiem okazywaliby się burakami.

Jadąc taksówką zapytałem kierowcy, co on o tym sądzi. "To przyjezdni. Leczą w sobie jakieś kompleksy. Pewnie to wiejskie pochodzenie tak im ciąży, że zamiast puścić kogoś na skrzyżowaniu lub zwężeniu drogi to tylko się pchają, zajeżdżają, trąbią".

Niedawno odwiedził nas znajomy, który uczy się w prywatnej szkole. "Nie da się tam z nikim pogadać. Każda rozmowa zaczyna się od pytania o to, gdzie się urodziłem. Jak powiem, że w Warszawie, to zaraz jest o tym, że fajnie, bo to super miasto i takie możliwości. A ja bym chciał pogadać o czymkolwiek innym: o polityce, pogodzie, prowadzących zajęcia. Ale nie, tylko to przeżywanie Warszawy".

Ciekaw jestem, na ile te dwie grupy "przyjezdnych chamów" i "zachwyconych" się pokrywają. Na ile w płytkim charakterze miasto wybija wzorzec buractwa. Bo przecież wielka grupa moich znajomych pochodzi z małych miejscowości, a własciwie nigdy nie zastanawiałem się nad tym, skąd pochodzą, ani oni na ten temat nie opowiadali. A to dlatego, że nie było na to czasu: tyle było ciekawszych rzeczy do obgadania. Tak jakby od pewnego poziomu doświadczenia, samoświadomości, poukładania i wiedzy człowiek nie przykładał już wagi do tego, w jakiej wsi czy mieście urodził się i wychował. Bo od tego poziomu zyskuje się przekonanie, że pochodzenie nie musi determinować losu.

15:05, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 listopada 2007
A chce psa

Przeprowadzamy się. Najwcześniej za 2 tygodnie, najpóźniej za 3. Mam mieszane uczucia. Nie cieszę się na ciężką pracę, jaka się z tym wiąże, targanie ciężkich worów z rzeczami, biurka w kawałkach, komputera, na który trzeba ciągle uważać. Ale perspektywa tego, że będę mógł siedzieć w nocy i pisać, nie przeszkadzając A, stała się ostatnio bardzo atrakcyjna.

Oznacza to jednak dla niej siedzenie samej w pustym pokoju, więc trudniej było mi odmówić, gdy zaczęła kampanię propagandową "kupujemu setera". Seter irlandzki naturalnie, bo jest śliczny. Przy okazji jest też inteligentny, ale przede wszystkim "mądrze i dostojnie wygląda". Prawdopodobnie na spacerach w śnieżycy będzie wyglądał mądrzej i dostojniej ode mnie...

A wie już wszystko o seterach irlandzkich, co jedzą, ile spacerują, co i kiedy niszczą. Planuje więc swój budżet i oszczędności, jakie mają wystarczyć na utrzymanie psa.

Pytanie tylko: czy nowy landlord będzie łaskaw pozwolić na taką ekstrawagancję?

PS Postawiłem na swoim i nasz pies będzie się wabił "Sweter". Łatwo zapamiętać, łatwo zdrobnić, łatwo wrzeszczeć na ulicy, jak puści się w długą za rowerzystą.

11:46, bekspejs
Link Komentarze (3) »
sobota, 10 listopada 2007
Tandetny świat

Moja A kupuje buty. Te po 2 miesiącach nie nadają się do chodzenia, bo obcasy zachowują się, jakby były z gumy (skądinąd są z gumopodobnego plastiku, ale nie powinny wykrzywiać się na wszystkie strony). Koleżanka kupuje sweter, a ten mechaci się jeszcze nawet PRZED praniem. Monitor kolegi psuje się tydzień po upływie gwarancji. Koleżanka A kupuje - świadoma niebezpieczeństwa inwestowania w taniochę - buty za 500 zł, a te zaczynają rozpadać się już po kilku dniach. W internecie znajduję doniesienie, że firma CSV wyprodukowała fotograficzny aparat cyfrowy jednorazowego użytku - na 25 fotek.

Oto świat w jakim żyjemy - nastawiony na coraz większe zarobki, by przeznaczać je na coraz większe zakupy rzeczy, które coraz szybciej nadają się do śmieci. Jeszcze tu i tam pozostały jakieś legendarne marki odzieży czy produktów elektronicznych, które mają przeżyć kilkukrotnie więcej niż okres objęty gwarancją. Ale wiele z nich znika - wytwarzający je producenci spychani zostają do niszy, bankrutują lub dołączają do mainstreemu.

I pomyśleć, że kiedyś dobre buty można było odziedziczyć po ojcu. Marynarki szyte ze świetnych materiałów w latach 20, chronione przed molami, mogą być używane do dziś nie nosząc śladów zużycia. Nawet telewizor moich rodziców kupiony we wczesnych latach 90. pracuje do tej pory i wymagał jednej drobnej naprawy. Można zatęsknić do tego wyidealizowanego świata trwałych przedmiotó, w którym produkt wysokiej jakości kosztuje wprawdzie 10-krotnie więcej niż lichy, ale za to jest niemal wieczny.

Można też cieszyć się tą ulotnością, jakże wymowną w wymiarze filozoficznym. Po co gromadzić dobra, skoro po okresie gwarancyjnym rozpadną się w proch? Więcej nawet - każdy z nas ma swój własny okres gwarancyjny, po którym znika, by ustąpić miejsca nowszym modelom, nieco lepiej spełniającym oczekiwania rynku.

21:54, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
3,2,1... poszło!

No i pojawiliśmy się w kioskach. Poród był bolesny dla wszystkich: dziennikarzy, handlowców, składaczy, korektorki. Ale w końcu moja gazeta stała się ciałem.

Okładka pierwszego numeru specjalnie nam się nie udała, ale dalej jest już tylko lepiej. Tak przynajmniej mówią dziesiątki ludzi, których o to pytałem. Tak czy inaczej, przez najbliższe miesiące, a może i lata, będę wiązał z tym tytułem wiele nadziei.  A w czwartek dostałem - wyobraźcie sobie - podwyżkę i wystawiłem swoją pierwszą w życiu fakturę. Więc odrobina optymizmu zaczęła plątać mi się po wątpiach (ładne słowo, prawda?).

PS Ponieważ w końcu jestem na papierze, to z uwagi na prawa autorskie, muszę wygumkować teksty, jakie napisałem dla gazety, a które wrzuciłem na tego bloga w poniższych postach. Za jakiś czas zaczną pojawiać się na firmowym portalu - z sieci więc nie znikam, a jedynie się komercjalizuję :)

PPS Poza tym firma wymusiła na mnie pisanie komentarzy do firmowego portalu oraz uprawianie firmowego bloga (na szczęście nie o firmie, ale o pograniczach biznesu i kina). A to oznacza jeszcze mniej czasu na pisanie bloga... ale za to więcej skojarzeń i inspiracji do pisania u siebie o tym, o czym napisać nie mogę będąc w pracy.

14:48, bekspejs
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 listopada 2007
Wszyscy święci

Wyprawa na cmentarz, by odwiedzić groby rodziny.

Zdążyłem od zeszłego roku zapomnieć ich precyzyjne położenie na Bródnowskim. Ale zapomniałem też coś innego - jak działa w takich sytuacjach nasze społeczeństwo. Jak wobec tak refleksyjnego święta, zwracającego uwagę na ulotność tego, co doczesne, zachowują się wobec bliźnich. Starałem się unikać największych korków i ścisku, ale i tak ze trzy razy o mało nie zostałem przewrócony. Po jednym z ciosów otrzymanym w bramie cmentarza aż dziwne, że nie został mi siniak. Jakaś kobieta poszczuła mnie psem. (może ten też miał dość tegorocznych obchodów). Zacięte twarze, puste oczy, twarde łokcie, brudne, nadeptujące moje stopy buty.

Czy to Polacy są tak chamscy patrząc na przeciętną? A może w podobnych warunkach (do licha, jakich niby szczególnych warunkach!?) każda większa społeczność zachowywała by się podobnie? Albo to może ja jestem jakiś dziwny, bo wszyscy inni w ten dzień stykali się jedynie z uśmiechami i życzliwością?

Nie wiem. I chyba nie polubię 1 listopada.

Wszyscy święci poszli do nieba, a ci, których za sobą zostawili, nie są tacy fajni.

23:27, bekspejs
Link Komentarze (3) »
A wywącha wszystko

Sytuacja typowa, przytoczę jednak przykład z dzisiejszego poranka.

Moja A wącha moją skórę na rękach, ramionach, plecach i mówi:

- Paskudo, jadłeś wczoraj czipsy!

No i nie mogę zaprzeczyć, bo faktycznie - miałem nie jeść pustych kalorii. No, ale jestem tylko słabym, podatnym na pokusy łakomczuchem.

A ona wącha dalej i dorzuca:

- A to dziwne, nie kupowałeś ani pizzowych, ani kebabowych tylko jakieś serowo-cebulowe. Znudziły ci się ulubione smaki?

Nie łatwo żyć z kobietą, która potrafi wywąchać takie rzeczy. Naprawdę.

23:07, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 października 2007
Anegdoty korporacyjne

Postanowiłem zawłaszczyć w mojej nowej gazecie dział anegdot korporacyjnych. W sumie można takie rzeczy wymyślać, bo życie i tak prześciga fantazję, ale ponieważ jestem leniwy, to wolę zbierać je od ludzi i po procesie wyanonimowania, puszczać do gazety.

Jakbyście coś ciekawego mieli, to ślijcie!!!

A tu trzy przymiarki:

Akcja "Prezes"
W wielu korporacjach budowany jest kult prezesa, a jego wizyty w poszczególnych oddziałach i zagranicznych filiach stają się ważnym wydarzeniem. Od jego oceny zależą późniejsze awanse lokalnych menedżerów, albo zaczynają się degradacje lub zwolnienia. Czasem jednak przygotowania do wizytacji nabierają groteskowych rozmiarów.
U jednego z globalnych liderów branży kosmetycznej np. drobiazgowo planowano trasę przejazdu prezesa z lotniska do polskiej siedziby takiej firmy. Na wybranej trasie uprzednio wykupywano jak najwięcej bilboardów, na których umieszczano reklamy produktów koncernu – by prezes po drodze mógł docenić marketingowe starania swoich podwładnych. W biurach panowała oczywiście pełna gotowość: wzywano ludzi z urlopów, ściągano z łóżek obłożnie chorych. Porzucano pilne prace, których załatwianie tworzyłoby dla człowieka z zewnątrz wrażenie bałaganu – i zajmowano się sprawami mało istotnymi, które rozwiązywać można w uporządkowany i wizualnie najbardziej profesjonalny sposób. Ponieważ zapowiedziana była wizyta bossa w kilku stoiskach z kosmetykami, zlokalizowanych w centrach handlowych, na okres jego obecności w stolicy najęto statystów, którzy robić mieli tłum chętnych do zakupu.
- Przypominało to patiomkinowskie wsie, budowane na czas przejazdu carycy Katarzyny, by wzbudzić w niej dobre samopoczucie władcy sprawnie zarządzanego imperium, w którym nie ma biedy i nieporządku – wspomina jedna z menedżerek średniego szczebla, która postanowiła poszukać pracy w firmie bez tak skrajnego kultu prezesa.


Czekamy na sygnał z centrali
Każdy kraj ma swoją kulturę organizacyjną. Skrajnie hierarchiczną, a jednak na swój sposób innowacyjną kulturę zbudowali Japończycy, indywidualistyczne przeciwieństwo stworzyli Amerykanie. Swoją kulturę korporacyjną mają też Austriacy – charakteryzuje się hierarchicznością i silną centralizacją.
Przekonali się o tym pracownicy jednego z polskich banków, który kilka lat temu przejęty został przez austriackiego giganta. Wszelkie działania musiały mieć błogosławieństwo z Wiednia, co przy pewnej barierze językowej i organizacyjnej oznaczało wydłużenie oczekiwania na podjęcie decyzji w najbardziej błahych sprawach. Dla przykładu: uzyskanie akceptacji nowych wzorów wizytówek dla polskich pracowników mogło trwać półtorej miesiąca. Poważniejsze zmiany wymagały wielomiesięcznego oczekiwania w całkowitej bierności. Asystentka jednego z polskich dyrektorów wspomina: W branży pojawił się dowcip: po katastrofie samolotu na bezludnej wyspie wszyscy zaczęli się organizować. Jedna grupa zaczęła zbierać drewno na opał, inna – budować schronienia, reszta ruszyła w poszukiwaniu pożywienia. Tylko dwóch smutnych bankierów z Austrii stało sztywno wyprostowanych, z oczami wlepionymi w horyzont. – Co robicie, panowie? – zapytał jeden z rozbitków. – Czekamy na instrukcje z Wiednia.

Łubu dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu
Niektórzy szefowie muszą być we wszystkim najlepsi. Nie znoszą świadomości, że ktoś w ich zespole może mieć lepsze kompetencje w jakiejś dziedzinie, może być bystrzejszy, lepiej znać język obcy, czy nawet – że może być sprawniejszy fizycznie.
O tej słabości jednego z partnerów w polskiej filii międzynarodowej firmy doradczej wiedzieli wszyscy pracownicy. Ci, którzy nie zorientowali się dostatecznie szybko, po prostu tracili pracę.
- Dlatego śmiesznie wyglądały imprezy integracyjne, których nieodłączną częścią były mecze piłki nożnej – wspomina jedna z pracownic. - Szef – mężczyzna po 50-tce, wzrostu siedzącego psa, z co najmniej 40-kilogramową nadwagą – pokonywał całe boisko, kiwając wysokich, muskularnych 20- i 30-latków. W końcu, zasapany, dobiegał do bramki przeciwnika, gdzie bramkarz panicznie starał się nie przeszkadzać, rzucając w kierunku słupka i nie podnosząc z ziemi tak długo, póki piłka nie znalazła się w siatce.

W ten sposób ludzie firmy budowali zwarty zespół zintegrowany upokorzeniem i strachem wobec szefa.

15:08, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Nerwówa

Nie wykonałem pracowego planu na weekend, nie wstałem z samego rana, by pisać. Zaległości trochę mnie przytłaczają, robię się nerwowy. Moja A, która ma swoje problemy, nakręciła mnie dziś i - rozdrażniony - własnoręcznie wbiłem gwóźdź do trumny naszego fotografa. Zostanie zwolniony i szukamy kogoś na jego miejsce. Przypuszczam, że fakt, iż stał się ostatnio trudny we współpracy, wynika po prostu z tego, że właśnie się przeprowadza do nowego mieszkania, którego zakup w ostatnich dniach finalizował. Dlatego mi głupio. Pociechę najduję w necie (patrz obrazek).

15:02, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2007
Klasyki

Ostatnio wpadły mi w ucho trzy zabawne sentencje.

Pierwsza, w oryginale, jest autorstwa Busha seniora:

- Read my lips: no new taxes.

Druga to dzieło Aldousa Huxley'a:

- Intelektualista to osoba, która odkryła, że są rzeczy bardziej interesujące niż seks.

I trzecie to piękna odpowiedź Winstona Churchilla na pytanie, jaki jest jego sposób na to, by mając ponad 80 lat i ciągle być w świetnej formie. Premier Zjednoczonego Królestwa przełknął whiskey, zaciągnął się poteżnym cygarem i odpowiedział:

- Przede wszystkim: żadnych sportów.

08:26, bekspejs
Link Komentarze (1) »
Jaka błoga cisza...

Wybory za nami. Kampania wyborcza była męcząca, wszechogarniająca, agresywna, erystycznie surrealistyczna. Jak najmniej o programie, jak najwięcej o emocjach. Dzięki temu mieliśmy rekordową frekwencję, choć czy to powód do radości, że ledwo połowa ludzi spełniła swój obowiązek? Dodatkowa zaleta takiej kampanii jest taka, że nie będzie można PO zarzucać, że nie realizują programu, bo program właściwie na pewno zrealizują: odsuną od władzy PiS i w miejsce jego niekompetentnych dziesiątków tysięcy ludzi wsadzą swoich dyletantów. Żadna partia nie może pozwolić, by krecią robotę na zapleczu robiła opozycja. Żadna partia nie ma zaplecza specjalistów tak szerokiego, by urzędnicze stanowiska oraz miejsca w radach nadzorczych obsadzić fachowcami. Jednym słowem, stare dobre TKM, czyli przysysanie się do państwowego cyca.

Może ogłuchłem od sloganów wyborczych, ale jakoś nie słyszałem, by jasno i dobitnie któraś z partii chciała w ciągu jednej kadencji wzmocnić służbę cywilną, zmarginalizowaną i zniszczoną przez Kaczyńskich.

Pocieszające jest to, że można już od tego wszystkiego odetchnąć. Dzień po wyborach w mojej pracy NIKT nawet nie napomknął na temat PO, PiS, całej tej parlamentarnej menażerii, która tak lubi skupiać na sobie naszą uwagę. To samo moja rodzina. Ludzie odpoczywają po zawłaszczeniu mediów przez polityków.

Oby jak najdłużej.

08:14, bekspejs
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 października 2007
Wpadka

Wczoraj - zastępując kolegę - leciałem na spotkanie autorskie z hiszpańskim pisarzem Jorge Molistem. Facet jest jednym z poczytniejszych autorów w Hiszpanii, a przy tym odnosi sukcesy jako menedżer, dawniej w Procter&Gamle, teraz w Paramount. Do Instytutu Cervantesa dotarłem spóźniony, ponieważ byłem zdenerwowany to kontrola na bramce (instytut jest na terenie ambasady), kosztowała mnie kolejne minuty. W końcu wpadam do budynku, a tam śladu informacji. Błąkam się po korytarzach, a w końcu znajduję człowieka. Z wyglądu - jakiś Cervantes. Pytam się go, czy nie wie, gdzie jest spotkanie autorskie z Molistem. A ten:

- Jorge Molist, bardzo mi przyjemnie.

Klasyka.

PS Facet okazał się bardzo miły. I zrobił na mnie wrażenie - pisze to, co lubi, robi to po nocach, co 2-3 lata nowa powieść. No i każda sprzedaje się lepiej od poprzedniej.

PPS Spotkanie o 18:30 zaczęło się po hiszpańsku - czyli kilka minut po 19. Kultura manana.

23:52, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 października 2007
Życie się toczy

Ostatnie dni upływają na zamykaniu pierwszego numeru, który znajdzie się w kioskach, oraz na nieustających spotkaniach. Szef wpakował mnie w kilka tematów, które wymagają bardzo wielu telefonów i spotkań, więc dzwonię, spotykam się, a do tego chodzę na konferencje i takie tam. A ponieważ utarł się zwyczaj, że obiado-kolację jem z moją lubą, a przy tym fajnie jest coś obejrzeć, to po prostu brakuje mi czasu, by pisać. Pisać do pracy, do bloga i dla siebie. Brakuje czasu by czytać, wszystko co wyszarpnę światu to chwile w komunikacji miejskiej, a i nawet nie to w pełni, bo jak jadę na spotkanie to przypominam sobie temat, albo wymyślam pytania, jeśli ich jeszcze nie przygotowałem (godzina w autobusie bywa wielce kreatywna).

Ponieważ już powinienem updatować moją magisterkę (tak!), już - pisać małe teksty z ubiegłotygodniowych konferencji (bo zapomnę, o co chodziło, a moje pismo daje się odczytać z notatek tylko póki pamiętam, czego sprawa dotyczyła). Już - nowe teksty do drugiego numeru. Już, już, już.

A przy tym świadomość, że przez zamieszanie z jedynką poszły w niej w 75 proc. teksty z zerówki, przez co zarobię w tym miesiącu ledwie kilkaset złotych...

Fajnie jest być chwalonym w pracy, ale wolałbym lepiej zarabiać zamiast tych pochwał. Lepiej, tzn. bardziej adekwatnie do moich wysiłków. Bo teraz to trochę takie odliczanie: ile starczy mi zapału do robienia nowych rzeczy, nawet ciekawych, jeśli jechać będę na karcie kredytowej lub kredycie odnawialnym?

Nie chciałbym podzielić zdania mojego ojca, który traktuje mnie protekcjonalnie i gasi mój zapał do pracy, pytając za każdym razem, gdy się spotykamy, ile kasy już dostałem z tej nowej firmy. A jego zdanie, zdanie starego cynika, to: w pracy ostatecznie liczy się tylko kasa. Miłą atmosferą, fajnymi relacjami z szefem, ciekawymi wyzwaniami nie zapłaci się czynszu.

23:40, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Czy warto zatrudniać młodych?

Kolejny felieton - efekt mojej obecności na wielkiej konferencji poświęconej szkoleniom.

Osoby urodzone po 1980 r. nazywane są niekiedy pokoleniem Y. Ci dwudziestolatkowie nie pamiętają już PRL-u i wychowali się w świecie wartości, jakie nasza kultura przyjęła po 1989 r. Ich cele to kariera, maksymalizacja indywidualnej konsumpcji, a ich najważniejsza cecha to przekonanie o własnej niezwykle wielkiej wartości oraz egoizm – tak w przerysowany sposób można odczytać to jak młode pokolenie pracowników opisują przedstawiciele branży HR. Coś jednak musi być na rzeczy, skoro ludzie działów kadr mają nawet szkolenia, w których przygotowują się do tego, jak reagować na żądanie typu: „albo do godziny 17 dostanę na piśmie potwierdzenie mojego awansu i podwyżki, albo odchodzę”.
Zgodnie z opiniami specjalistów od kadr, największym problemem, jaki wynika z zatrudniania przedstawicieli pokolenia Y, bywa ich niska umiejętność do pracy zespołowej – jeśli nie są gwiazdami, to tracą zainteresowanie projektem. Do tego dochodzi nieustająca presja związana z nagradzaniem – nawet wysłanie trzech maili do kontrahentów powinno wiązać się z awansem i podwyżką. Są także „trucicielami” – gdy są niezadowoleni (a prawie zawsze są), zniechęcają do pracowitości i własnej inicjatywy kolegów z pracy, którzy łatwo przyjmują ich rewolucyjne spojrzenie.
Z pewnością nie wszyscy dwudziestolatkowie są zapatrzonymi w siebie jedynakami bez krzty samokrytycyzmu. Na pewno też mają pewne zalety, jakich brakuje np. 50-latkom – jak choćby obycie z komputerem. Nie mniej w samej tej przerysowanej krytyce pokolenia Y usłyszeć można tęsknotę za pracownikami „w dawnym stylu” – skromnymi, raczej biernymi, cierpliwymi i nie tak agresywnie nastawionymi na karierę. Szkoda, że poprzednie trendy w dziedzinie HR odsunęły tak wielu tych miłych, skrupulatnych starszych ludzi w rynkowy niebyt, na wcześniejsze emerytury czy renty.

PS Czy ucieszyliście się kiedyś z tego, gdy poproszono Was o pokazania dowodu tożsamości przy zakupie alkoholu? Ja kilka razy, niestety to było dawno. Fajnie jest mieć młody wygląd, ale to mija. Na szczęście mój szef potrafi przypomnieć to uczucie. "Inni młodzi dziennikarze myślą, że już wszystko potrafią, żądają większej kasy i Bóg wie czego, nie przyjmują krytyki. Ty nigdy nie powiedziałeś, że wiesz coś lepiej. Nawet jak masz rację, to mówisz, że wydaje ci się, że jest nieco inaczej, niż mówi ten, który właśnie się myli". Z jednej strony wychodzę na fajtłapę, niepewnego tego, co wiem. Z drugiej - przynajmniej jestem jeszcze młodą fajtłapą. To chyba kryzys wieku średniego, bo wolę to, niż być pewnym siebie, cynicznym starcem.

23:14, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
statystyka