Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
poniedziałek, 28 stycznia 2008
Logika i kolano

No i poszło - trójeczka z plusem zamyka moje zmagania z logiką. Zostaje mi tylko pchnąć na allegro książkę z tego przedmiotu, który kupiłem - jak się okazało - jako talizman. A to dlatego, że żargon z tego podręcznika nie pokrywał się z żargonem z wykładów, a zadania sprawdzające były w niewielkim stopniu użyteczne w przygotowaniach do testu zaliczeniowego.

Przedmiot wymagał ode mnie minimum wysiłku - i tyle właśnie w niego włożyłem. Zanim jednak zdążyłem odtańczyć polkę radości, karma postanowiła się ujawnić - i nagle kolano zaczęło mnie słuchać. Przy zginaniu coś w nim przeskakuje (widać!), wydając zupełnie głośne chrupnięcie.

Po powrocie do domu wykonałem serię zgięć, przysiadów, podskoków - ni cholery. Dalej przeskakuje przy każdym zgięciu. Nie boli, ale takie chrupanie to nie może być nic dobrego.  Postanowiłem jednak dać kolanu czas do jutra. Dziś i tak zaplanowałem zdrowotne atracje, czyli wzzzzzz łomatko (mam ma myśli dentystę).

Czyżby to jakiś demiurg chciał skarcić mnie za umacniający się ostatnio we mnie ateizm?

09:17, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 stycznia 2008
Świat daje odpór

Moja A dzwoni: za 5 minut bądź na przystanku autobusowym, to razem pojedziemy na zakupy.

I wtedy świat postanowił dać mi odpór: najpierw zadzwonił mój ojciec, z którym nie gadam zbyt często, a do tego miał dobry humor, więc rozmawiało się luźno i przyjemnie i po prostu nie miałem sumienia tracić tej okazji: włączyłem telefon na głośnik i próbowałem się ubierać, nie przerywając rozmowy (kurtka, buty, gdzie jest ta cholerna czapka itd.).

Skończyłem pogaduszki i łapię za naszego miniwana (czyli taki wózeczek na kółkach - normalnie takie gadżety są obciachowo-moherowe, ale ten jest stylowy i kulturalny). Nie zamykam nawet pokrywy wózka, tylko lecę po schodach. Naturalnie w środku schodzenia gaśnie światło na klatce, więc mało sobie uzębienia nie wyprostowałem na drzwiach wyjściowych. Łup - walę w nie, szarpię za klamkę, pcham - ani dudu. Nie tracąc zimnej krwi biegnę do drugich drzwi wyjściowych - tych od podwórka. Komórka zaczyna mnie poganiać, ale wiem, że to A, więc tylko podkręcam tempo. Od podwórka muszę oblecieć dom dookoła. A tu wygwizdów taki, że wózek przybrał pozycję pionową - trzymam za rączkę stylowego i kulturalnego latawca skrzynkowego. Z tym hamulcem próbuję gnać w kierunku przystanku, ale zaraz dostaję kolejny bonus - do nogawki przyczepia mi się miniaturowy kundelek.

Nie chcę się spóźniać, więc zagryzam zęby i z tymi obciążnikami docieram do pasów - natychmiast światło zmienia się na czerwone, więc mam chwilkę, by klnąć, dopinając kurtkę i wiążąc buty. Tak rozbrojonego i rozkojarzonego dopada żebraczka: śmierdzi jak najciemniejsze jądro Woli i nawet nie musi mówić, że kasy potrzebuje na prytę, bo odbieram to organoleptycznie trzema zmysłami. Odpalam dwa złote, bo w tej sytuacji moje pragnienie odklejenia się od kwiatu mojej dzielnicy, odczarowania karmy i brak asertywności nie dają mi innych opcji.

Dalej było już normalnie i spędziliśmy urocze 2,5 godziny w centrum handlowym, dzięki temu zajadam teraz orzeszki nerkowca, przegryzam pomelo i zapijam soczkiem grejfrutowym, rozmyślając o tym, co przeczytałem w jakiejś starej "Polityce", którą wziąłem jako backup na dział kosmetyków.

Życie jest piękne. Różnorodne, ale piękne. Specyficzne, ale piękne. I tyle.

22:05, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Się wzruszyłem

Czy pisałem już, o filmie "V for Vendetta"? Nie pamiętam, tak czy inaczej - należy on do ścisłej czołówki moich ulubionych. Mimo futuryzmu, komiksowości, ma coś, co chwyta mnie za serce, co sprawia, że chciałbym być lepszym człowiekiem i bardziej cieszyć się życiem. Kto widział, może zrozumie o co mi chodzi. Kto nie zrozumie, to niech obejrzy, a potem wróci do notki. Bo reszta może być nieczytelna.

Błądziłem bowiem po internecie i znalazłem piękne owoce, jakie film wydał. Naiwne to działania, ale szczere i piękne, i naprawdę się wzruszyłem, jak je oglądałem. Gdybym sam raz w życiu skłonił innych do podobnego działania, refleksji, podzielenia się emocją, to wiedziałbym, że cała ta męczarnia na łez padole miała sens. Oto bowiem ludek zamaskowany jak główny bohater "V", kręcący filmiki z różnymi sztuczkami, postanowił wydać apel do młodych:

 http://youtube.com/watch?v=UxqNsUbWlHc 

A potem zmontował to, co otrzymał w odpowiedzi:

 http://youtube.com/watch?v=F0FvG9GO8Qs 

Prawda, że się miło robi, jak się to ogląda?

Postanowiłem, że będę ten jutubowy klip oglądał za każdym razem, gdy znowu opanuje mnie depresyjna myśl, że świat to banda egoistycznych półgłówków, niewrażliwych palantów, pozbawionych skrupułów zdzir i chamskich zakompleksionych fiutków.

10:23, bekspejs
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 stycznia 2008
Jude gang

Mam dziś luźną sobotę i trochę zaległych pomysłów. I to widać. No, ale nie o to, nie o to, nie o to.

Od zawsze wkurzały mnie napisy na murach. Nawet jak byłem szczawikiem. Nic dziwnego: niemal 100% maziajów na elewacjach to teksty typu "cośtam wam gdzieśtam", bezsensowne maziaje lub znaczki Legii. Ani estetyczne, ani informacyjne, ani zabawne. W zasadzie tak postrzegam też miażdżącą większość graffiti. Sorry chłopaki-grafficiarze, ale większość waszej partyzantki to barachło.

Bywały oczywiście wyjątki w moim sprzeciwie wobec mazania po murach. Uwielbiałem np. napis "Wolska dla Wolaków" na ul. Wolskiej, albo "Pani Tereso!" na murze koło sklepiku Pani Teresy koło św. Wincentego. To jednak nieliczne próbki prawdziwej ulicznej poezji. Szacunek miałem też dla ludzików, którzy przerabiali skrajnie wkurzające znaczki rasistów, czyli celowniki, oraz podpis "White Power" na "White Rower", przy których przekreślone kółko było wbogacane w siodełko, kierownicę i drugie koło. Po cichu przyznam też, że kibicowałem akcji domalowywania na bilbordach - tuż pod hasłem reklamowym - komentarza "I chuj".  W Tesco jest tanio - i chuj. Bądź sobą, wybierz pepsi - i chuj. Moje zmarszczki? Jakie zmarszczki? I chuj. To wandalizm i wulgarność, ale jakoś zauracza mnie ta prosta reakcja na prokonsumpcyjne zaklęcia.

Ostatnio koło Grzybowskiej trafiłem na bazgroły, które w pierwszej chwili mnie rozbawiły. Zrobię teraz próbkę fotobloga:

Wyobraziłem sobie kretyna, który na terenie getta lub w jego pobliżu smaruje gwiazdę Dawida, która w Polsce z uwagi nasz antysemityzm jest czymś równie paskudnym co uproszczona karykatura męskiego przyrodzenia. Gwiazdę mazano kiedyś na domach i sklepach Żydów, by ich napiętnować. Dziś jakiś wygolony pajac piętnuje powietrze, które po nich zostało.

No, ale zaraz pojawił się cichy mściciel-zamaziciel, który dopisał do tego "Jude gang" - i z obrazy rzucanej niewiadomo komu, powstał znak sygnalizujący, że wyimaginowany gang Żydów kontroluję okolicę. Tak to sobie wyobraziłem i zrobiło mi się weselej, bo lubię kpiny z łysych przedstawicieli Białem Rasy.

No, ale jak podszedłem bliżej, okazało się, że wszystko powstało za jednym razem. No to już nie żarcik niestety, ale zawiła antysemicka myśl, a właściwie żółć i ślina zmaterializowana w postaci napisu. Nie chce mi się jej odszyfrowywać. Szkoda czasu.

PS Jak pamiętacie jakieś fajne napisy na murach, to walcie w komentarzu. Podobno na Sorbonie w 68 ktoś nasmarował: "Śpiąc pracuje się lepiej. Twórzmy komitety snu!" - piękne, prawda?

20:31, bekspejs
Link Komentarze (10) »
Nauka to potęgi klucz

Większość studentów w Polsce uczy się za pieniądze. Na co drugim przedmiocie potrzebne są podręczniki (czasem da się to przeskoczyć, jak się pilnie chodzi na wykłady i zajęcia). Na prawie podręczniki są podstawą, bo tam jest od cholery pamięciówki.  I płacą młodziaki (lub ich rodzice) po 20-30 a nawet 50 zeta za książkę, w które po wstępnym przekartkowaniu znajduję tak użyteczne wykresy jak ten:

Albo zdania takie jak:

Ustawa to regulacja, która ma charakter ustawowy.

Chciałbym wierzyć, że niewidzialna ręka rynku wywali wszystkie te bełkotliwe i niedbale przygotowane książki do śmietnika. Ale wiem, że tak nie będzie, niezbyt rozgarnięci ludzie dalej będą uczyć się głupot w ramach bezsensownych programów pod okiem sfrustrowanych i olewających wszystko pedagogów od siedmiu boleści.

No to wyraziłem swoją frustrację i od razu jest mi lżej. W poniedziałek o 8 rano mam wynik testu z logiki i mam nadzieję, że tego luzu i osobistej godności wystarczy mi do tego czasu. 

20:00, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Najwyższy czas

Moja A zrobiła mi śniadanie do łóżka, potem obiad, sprzątnęła mieszkanie. Grzecznie odmawiała, gdy ją pytałem, czy jakoś pomóc. Okazało się, że te prace dają jej szansę odświeżyć umysł w czasie nauki, a poza tym lubi robić coś dla nas i dla mnie. No i lubi mokre całusy, jakie dostaje w ramach podziękowań. I prukanie ustami w brzuszek.

Muszę się z nią ożenić, bo jeszcze mi ją ktoś ukradnie.

Zacząłem nawet rozglądać się za pierścionkiem.

PS To co o niej napisałem powyżej nie ma wiele wspólnego z jej największymi zaletami. Nie będę chciał żenić się z kobietą, bo robi mi obiadek - dajcie spokój.

Ale ponieważ A zagląda tu na bloga, to nie będę się bawił w lizusa. I napiszę tylko, że jej dzisiejszy makaron był majestatyczny, harmonijny i godny podniebienia rzymskich cesarzy.

19:47, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Zabijam sobotę

Moja A uczy się do egzaminów, więc nie mając ultrapilnych zajęć oddałem się relaksowi. Spałem do 13, potem oglądałem telewizję, snułem się po mieszkaniu, napisałem dwie notki do bloga, a teraz zastanawiam się, jaki film obejrzeć na komputerze, a przy tym macam swoje pięty, zdobne w trzy ogromne i lekko już przysuszone bąble - pamiątki czwartku spędzonego w nowych butach.

Może napiszę o logo firmy Dove, napiszę wywiad z szefem Greenpeace'u albo poszukam ciekawostek na ostatnią stronę mojej gazety. A może nie. Kolejna sobota może nie być taka swobodna. To moja odpowiedź na zawołanie filozofów "Karpedyjem".

18:42, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Nasza-klasa, nasza-klasa

Nie wiem skąd biorą się takie mody. Pewnie nikt tego nie wie. Ni z gruchy, ni z pietruchy nagle wszyscy zaczynają o czymś gadać, chociaż to ani mądre, ani ładne, ani specjalnie dobre.

Taki serwis nasza-klasa. Podobne wynalazki po raz pierwszy powstały ponad dekadę temu. Od pięciu lat już kilka razy ludzie próbowali sprzedawać w Polsce internetowe odnajdywanie się szkolnych znajomych, ale jakoś nie chwytało. Odpaliło grono.net i działa całkiem fajnie, a do tego nie zawęża tematu do szkół - jak sama nazwa wskazuje, ludzie są łącznikami pomiędzy gronami różnych środowisk jak w kiściach winnych owoców. Poetyką zaleciało...

No ale co tam grono, skoro jest nasza-klasa. Zyliony użytkowników, bo przecież nie ma medium, które by o tym fenomenie nie napisało. Nawet złe publicity (patrz: nasza-klasa to raj dla oszustów i firm zdobywających dane osobowe) to ciągle publicyty.

(Swoją drogą mój ojciec zapytał mnie, czy się na tej klasie zarejestrowałem, bo jak tak, to zaraz mnie okradną. No to mu powiedziałem, że wątpię, by komuś chciało się korzystać z logina i hasła do mojego internetowego konta bankowego, albo dorabiać wzór kluczy według wzoru, jaki zamieściłem w dziale fotek. Niezłą miał minę. Fajnie, jak media potrafią napędzić panikę laikom.)

Do rzeczy. Po jakiego wała miałbym korzystać z tej całej naszej klasy? Z ludźmi, którzy mają przyjemność w utrzymywaniu kontaktu ze mną, utrzymuję relacje od podstawówki, a nawet od przedszkola. Ci, z którymi kontakt się urwał, by go odzyskać nie muszą sięgać po serwis internetowy - jeden telefon do wspólnej znajomej i załatwione.

Nawiasem mówiąc, gdy brakuje wspólnych przeżyć, emocjonalnej więzi lub głęboko zakodowanej sympatii do danej osoby, to kontakt prędzej czy później się urwie. Takie jest życie.

 

No ale z ciekawości oraz pod pewnym ciśnieniem znajomych ("no już, zarejestrowałeś się, a czemu zwlekasz" i takie tam) zapisałem się na tym serwisie, wbiłem do odpowiednich klas, odpowiedziałem na zaproszenia do "bycia znajomym" (ludzie, to jakiś plebiscyt??? po cholerę to wyświetlać w panelach osobistych???). Nawet wypowiedziałem się na temat antysemityzmu w jednej z licealnych dyskusji. Pominę ironicznym milczeniem to, że serwis działa tak opornie i jest tak brzydki, że trzeba się naprawdę nudzić w robocie, by aktywnie bawić się uczestnictwem w tym cudzie Web 2.0.

I co dalej? Wiadomo, co dalej. Koledzy z podstawówki próbują zorganizować klasowe spotkanie. Tylko po jaką cholerę? Z ciekawości? Nie wiem, czy to dla mnie takie ciekawe, co się stało z połową kolegów: części z pewnością wiedzie się lepiej, innym gorzej. Jak to w życiu. Co to ma komu dać? Ludzie będą gadać głównie o dzieciach (w moim pokoleniu raczej nie epatuje się kasą i stanowiskiem). A ma dwójkę uroczych bobasów, a B uroczego synka. Acha. No no.

Może przeziera przeze mnie zwyczajny wstyd? Bo nie skończyłem studiów? Bo nie mam domu ani własnego mieszkania? Nie mam fury, a nawet prawa jazdy i póki co w zasadzie mam to w dupie? Bo po 12 latach pracy dopiero od niedawna mam robotę, która daje mi akceptowalny poziom satysfakcji połączony z akceptowalnym poziomem dochodów? Bo nie mam żony (podczas gdy znajomi zaczynają już drugie okrążenie w tej konkurencji), ani trójki uroczych bobasków? Bo mimo tego, że na głowie gości już wyraźna siwizna, na gębie ciągle królują pryszcze, z którymi walcząc zniszczyłem sobie zdrowie?

Pewnie tak. Jestem czuły na punkcie swoich niepowodzeń, a więc wrażliwy na ocenę jakiejkolwiek sfery mojego życia, które składa się z wielkiej kupy porażek przykrytej ostatnio żyzną warstewką szczęścia osobistego i zawodowych sukcesów. Nie jestem materiałem do wyścigu szczurów, biegłem w nim zupełnie bez sensu i nie zamierzam odwiedzać punktu kontrolnego. Poza tym cenię swoje wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Nie chcę ich psuć widokiem grubych i łysych kolegów oraz matek-Polek.

PS Jeśli jednak zmienię zdanie i zacznę jarać się naszą-klasą, to wykupię sobie kilka tanich abonamentów przybranych znajomych i w ten sposób podbiję sobie bębenek morale. Rzućcie okiem na ten link:

http://www.joemonster.org/art/8611/Kup-sobie-przyjaciela-w-Nasza-klasa.pl
18:25, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Gość w dom, buch z dom

Wczoraj wpadłem do M na grupowe oglądanie horrorów. Przekraczam drzwi, witam się, zabieram się do pozbycia się wierzchniej odzieży zimowej, więc chowam czapkę do kieszeni (ciągle gubię te czapki, rękawiczki itd.). I prawie mi się udało buchnąć gospodyni jej śliczną czarną czapkę ocieplaną królikiem (swoją wełnianą czapkę cały czas miałem na głowie, a tą jej capnąłem z przedpokoju).

Tak to jest z tymi gośćmi. Nie można ich z oka spuścić ani na chwilę. Gość w dom, buch z dom - już wiecie, jak giną Wam srebrne sztućce.

Na szczęście M czuwała i najpierw zaczęła się śmiać z mojej kleptomanii, a potem z mojej miny, gdy już wiedziałem, że robię coś głupiego.

Szkoda, to była fajna czapka... 

17:35, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 stycznia 2008
Fani hardcore'u siedzą do oporu

Ale ja nie jestem fanem takiej muzyki, więc po wczorajszym dniu, na który złożyło się:

- paniczne wymyślanie pytań po angielsku do wiceszefa Greenpeace'u

- wywiad z tymże

- kolegium redakcyjne

- firmowa impreza podsumowująca poprzedni rok

- przytulanie do mojej A

... postanowiłem położyć się spać. W rezultacie na naukę logiki, którą mam zdawać za 3 godziny, poświęciłem w ostatnich dniach łącznie jakieś 300 minut.

W dodatku jest to logika dla humanistów, czyli rozliczne podziały, klasyfikacje, specyfikacje i zagadki typu: czym się różni asens od nonsensu i absurdu?

Idę pod prysznic, później połążę w kółko z notatkami.  Może jakimś cudem się prześliznę przez ten test. Był cud nad Wisłą, więc spodziewam się cudu nad kartką.

08:42, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 stycznia 2008
Pół roku blogowania

W prowadzenie blogu bawię się pół roku. Naprawdę całkiem fajnie się bawię.

Statystyki pokazują, że dziś przekroczona zostanie magiczna liczba 33333 wejść.

Jak mawiają sataniści, to połowa "szatana na maksa".

Ale jak patrzę z boku (zboku!) to wychodzi mi pięć tyłków.

16:03, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Jak być iberkól?

Plucie pod nogi już jest passe, rechot na całe gardło jest immanentną częścią młodości. Jak więc być naprawdę kól?

Technologia wychodzi na przeciw takim potrzebom. Dziś dwukrotnie natknąłem się na ludzi w wieku studenckim, którzy w autobusie i na ulicy słuchali muzyki z komórki - ale nie przez słuchawki, tylko na głos, z głośniczka. Wychodzą takie piski i popierdywania, ale to właśnie oznacza, że właściciel piszczyka i popierdywacza jest kól. Kól na handred procentów.

Mała podpowiedź dla naśladowców, podążających za trendami: najkólne jest wkładanie sobie popierdującego aparatu do kaptura kurtki (swojego). To jest po prostu iberkól.

(połowę słów z gwary użytych powyżej usłyszałem w autobusie, resztę twórczo dośpiewałem sam)

PS A już dwa lata temu słyszałem, że słowo "kól" jest już niekól...

15:44, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Discovery mnie wkurza

Tym razem trafiłem na program "Brainiac" - taki niby popularnonaukowy teledysk na wesoło. Co mi się w nim nie podoba?

1. Metody "naukowe" jakie tam są prezentowane, z nauką mają niewiele wspólnego. Typowym sposobem odpowiadania na pytania pseudonaukowe jest tu pojedyncza próba. Czy lepiej chowa się osoba o niska, czy wysoka? Bierzemy ludzi o wzroście odpowiednio 91 cm i 221 cm oraz chłopca, który szuka ich podczas gry w chowanego. Inny przykład: czy człowiek jeździ lepiej luksusowym autem bez muzyki, z muzyką, czy z wkurzającą muzyką? Sprawdźmy to na torze przeszkód. Niech kierowcy jeżdżą trzy razy tą samą trasę w różnych warunkach i porównajmy wyniki. O, generalnie jeżdżą coraz szybciej? A to niespodzianka...

Jednym słowem bzdura. Poza tym użyteczność takiej wiedzy jest przeważnie bliska zeru.

2. Program poszatkowany jest na najwyżej 2-minutowe fragmenty. Zanim znajdziemy rozstrzygnięcia jakiejś kwestii, zrozumiemy, dlaczego autorzy programu robią coś tak, a nie inaczej, to zaraz puszczany jest inny kawałek innego eksperymentu w którejś kolejnej jego fazie. Nie mam wielkich problemów ze śledzeniem skomplikowanej fabuły, ale tu często tracę wątek. A jak radzą sobie łatwo tracące koncentrację dzieciaki?

3. Pewnie radzą sobie tak sobie, bo i tak gapią się na cyce. Tak, w programie bardzo głębokich dekoltów i silikonowych biustów nie brakuje. Nie występują wyłącznie jako dekoracja, ale także narzędzie realizacji eksperymentów. Np. czy młodzieńcowi szybciej płynie czas, jeśli obok siedzi półnaga "foczka"?

Pytanie: dla kogo do diaska jest ten program? Dla dzieci? 15-latków? 25-latków? 

4. Dominujący element programu to niszczenie. Co drugi eksperyment musi dotyczyć wybuchu, podpalenia, zrzucenia czegoś z wysoka itd. Czasem podawane są metody - dowiedziałem się np., że okrągły przedmiot o wadze ćwierć kilo mogę wystrzelić na wysokość 20 metrów za pomocą jedynie naparstka paliwa do zapalniczek. Bomba.

Dosłownie.

-

Jak każdy rozsądny człowiek zdaję sobie sprawę, że nauka musi być ciekawa, wciągająca, że program naukowy oprócz informacji i teorii powinien skrzyć się dowcipem, praktycznymi pomysłami, intrygować, przyciągać uwagę. W przypadku "Brainiaka" mamy jakiś bełkotliwy teledysk z efektami specjalnymi. Jeśli ktoś z niego skorzysta, to piroman-erotoman. Bezcenny segment widzów dla Discovery.

15:27, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Skradam się

Scenka w dziekanacie.

- No już się tak nie skradaj - mówi do mnie pani załatwiająca sprawy studentów.

A ja się nie skradałem, tylko mam nie rozchodzone buty.

15:05, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 stycznia 2008
Wszyscy są ateistami

Zachęcony „Źródłem wszelkiego zła”, dokumentem nakręconym przez BBC, które miało odwagę puścić tylko kilka telewizji na świecie, zabrałem się za „Boga urojonego” Dawkinsa. Przyznam, to książka która daje do intelektualnego pieca. Podstawowym celem jej napisania było znalezienie odpowiedzi na pytania: dlaczego religijność, wiara i teologia podlegają specjalnemu traktowaniu jako obszar publicznej dyskusji i działania prawa? Wszędzie indziej stosujemy logikę, argument, zasady rozumu. Gdy chodzi o religię, materia staje się nagle delikatna: można zapytać o pewne sprawy, a o niektóre raczej nie wypada. Dlaczego? Czy taki układ przynosi ludzkości korzyści, czy wręcz przeciwnie?

Trudno streszczać całą książkę, ale będę dorzucał pojedyncze ciekawostki, tezy, cytaty.

W pierwszym rozdziale autor zadaje podstawowe pytanie: czy z punktu widzenia rozumu, logiki Bóg jako kreator świata i jego nadzorca jest potrzebny? Wiadomo, że jeszcze 200 lat temu nie było żadnej naukowej teorii opisującej powstanie i ewolucję wszechświata. Wiara miała więc monopol na budowanie jego teorii. Dziś za pomocą różnych technik prowadzonych przez ludzi o różnych filozofiach życiowych (i wyznaniach!) dysponujemy dość spójnym modelem, znamy przybliżony wiek wszechświata, a także swoją granicę poznania w sensie przestrzeni i czasu. Badamy sprawy, których w żadnych objawieniach i świętych księgach nie można znaleźć: kwarki, dualny charakter światła, budowę i funkcję płatów czołowych mózgu.
Każda z dziedzin nauki rozwijała się na bazie sceptycyzmu: zadawania pytań, podważania hipotez. Tylko istnienie Boga nie podlega takim mechanizmom analizy. A priori zakładamy, że tego nauką tykać nie wolno. Bo nie.

Dawkins zwraca uwagę na to, że wielu naukowców na siłę włączono do świata nauki, który pochylił głowę nad Jedyną Prawdą Objawioną, nad prawdą monoteistycznego Boga. Najsłynniejszy jest Einstein. Teologowie musieli jednak trochę odczekać, by włączyć go do swojej drużyny – aż do śmierci i jeszcze trochę po niej fizyk był obrzucany przez teologów i pastorów błotem, bo ideę osobowego Boga uznawał za śmieszną i nie wartą w ogóle oceny, a to, co od czasu do czasu Bogiem nazywał, było po prostu prawami natury, właściwościami fizyki, złożonością rzeczywistości, tym wielkim systemem prawd i mechanizmów.

Autor zwraca uwagę, że ojcowie-założyciele Stanów Zjednoczonych byliby przerażeni, gdyby dowiedzieli się, jak wygląda USA. Waszyngton był odległy od teizmu, bliżej mu było do ateizmu niż deizmu nawet. Jefferson napisał, że „Mówienie o niematerialnej egzystencji, jak dusza czy Bóg jest mówieniem o niczym. Jeżeli ktoś mówi, że dusza i Bóg są niematerialni, to tak, jakby mówił, że nieistnieją.”.
Madison powiedział: „Od niemal piętnastu stuleci możemy obserwować chrześcijaństwo w roli oficjalnej religii. I jakie są jego owoce? Z niewielką jeno przesadą tylko arogancja i indolencja kleru, ignorancja i służalczość laikatu, u jednych i u drugich zaś zabobony, bigoteria i skłonność do prześladowań.”.
Franklin dorzuca „Latarnie morskie są bardziej pożyteczne niż kościoły”, a Adams „Byłby to najwspanialszy ze światów, gdyby nie było na nim religii”.

Dawkins atakuje nie tylko religijność, ale i agnostycyzm. Z jego słów wynika, że tak jak teiści odwracają się od nauki, tak agnostycy nie mają ani wiary, ani oparcia w nauce. Uznaje, że samo zaakceptowanie faktu, że nie ma naukowego sposobu udowodnienie na istnienie Boga (?), oznacza, że nie z punktu widzenia logiki nie można uznać za podstawę swojego życia wiary w to, że taki ktoś jest.

Gdy ktoś wierzący pyta Dawkinsa, czy ten jest ateistą, badacz odpowiada „Ty również”. Pytający nie wierzy przecież w Apolla, Amona Ra ani Wotana. Dawkins idzie po prostu o jeden krok dalej i nie wierzy w żadnego.

22:24, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 stycznia 2008
150% kobiety

Moja A jest 150-proc. kobietą.

Jej intuicja i zdolność oceny w mgnieniu oka (od estetyki do diagnozy lekarskiej) jest przeważnie znacznie skuteczniejsza, niż moje analityczne podejście, co ciągle mnie frustruje.

Jej niezdecydowanie podczas zakupów sprawia, że w marketach wisząc na wózku sklepowym nadrabiam zaległości czytelnicze.

Jej zmienność nastrojów zdezorientowałaby najlepszego psychologa.

Jej apetyt na bliskość jest tak wielki, że brakuje jej mnie nawet wtedy, gdy ją przytulam (bo prędzej czy później sobie pójdę: do pracy, toalety, albo po prostu zasnę).

Jej zdolność do myślenia i robienia kilku spraw na raz zmusza mnie do myślenia o sobie jak o Richardzie Nixonie, który był facetem niezdolnym do jednoczesnego picia kawy i rozmowy.

Jak śpiewa, to cały dzień i na całe gardło.

Jak się obraża, to w pokoju staje się ciemno.

Jak jest szczęśliwa, to wszystko tym szczęściem pachnie.

 

A ja się zastanawiam, czy do pary powinienem być 50-procentowym mężczyzną (czyli półkobietą, osobą zdolną do przerzucenia kładki porozumienia), czy może 150-procentowym samcem. Tylko co to miałoby oznaczać?

Monstrualne ego?

Skrajny egocentryzm?

Ośli upór?

Zdecydowanie aż do absurdu?

Dążność do całkowitej dominacji?

Minimalny poziom empatii?

Niektóre z tych właściwości już mam, ale nie wszystkie. Na szczęście? Niestety? 

09:12, bekspejs
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 stycznia 2008
Godność prezydenta

Media znowu bulwersują wypowiedziami polityków, dzięki czemu nie musimy martwić się o poważne sprawy, takiej jak nadciągająca z nieustępliwością lodowca recesja, a więc spadek popytu i zatrudnienia. Po cholery interesować się ekonomią - rząd i tak zwali recesję na poprzedników, zgodnie z zasadą, że kryzys jest winą tych co byli, a sukces - tych co są u władzy, niezależnie od opóźnień, jakie funkcjonują w ekonomicznych mechanizmach.

Ale aktualnie przerabiany temat Palikota i jego blogowej sugestii, że prezydent jest alkoholikiem, jest skądinąd bardziej interesujący niż skupiający uwagę brukowców wyścig wulgarności Dody, której po sugestiach, że chodzi do łóżka także z kobietami w rezerwie zostają już tylko historie pedofilskie, sodomia, nawrócenie na scjentologię i płacenie wolontariuszom WOŚP przy pomocy własnego ciała.

Dlaczego kwestia Palikota mnie zainteresowała? Bo zareagowała prokuratura (czynności sprawdzające - póki co), no i jako drugi rzut, również z publicznych pieniędzy, prawnicy prezydenta (pozew). Naturalnie chodzi o naruszenie godności, nawiasem mówiąc niezwykle delikatnej. A ja się zastanawiam:

Czy można zapytać, czy prezydent ma zespół wrażliwego jelita?

Albo czy leczył się już psychiatrycznie i na co? (sam miałem deprechę, więc jestem ciekaw)

A może ma żółtaczkę? Albo HPV? Jaskrę? Wadę serca? Szczękościsk? Protezę zębową?

W jakim stanie ma wątrobę? Czy jest daltonistą? Czy ma skłonność do migren?

Niektóre z tych chorób mają wpływ na sprawność działania i gotowość do pracy. Inne wyjaśniają niektóre irytujące zachowania (np. cmokanie co zdanie). Czy dociekanie ich natychmiast musi naruszać godność prezydenta?

Co ma prawo to wszystko wiedzieć wyborca? Czy może czas na pytania jest przed wyborami? Gdzie się kończy prywatność osoby wybranej na prezydenta? Hipotetycznie: czy jeśli Kaczyński jest na coś poważnego chory, to dla dobra urzędu i Polski (fanfary) ma prawo oszukiwać, że jest inaczej?

Amerykanie nie mają takich zmartwień: stan zdrowia prezydenta jest tam sprawą publiczną: badania wykonywane są co roku, a ich wynik jest upubliczniany. Najwyraźniej tam prezydent ma mniejszą godność, niż u nas, skoro wszystko wychodzi kawa na ławę. Inna sprawa, że i tak zwykle wybierają tego, który jest wyższy i bardziej wygląda na swojego chłopa (dlatego - z powodów naturalnych - Hilary Clinton nie ma szans).

PS Kaczyński nazwał Palikota klaunem (co z godnością posła?). Ale i tak zaciągnie go do sądu. Czy pozywanie klauna do sądu narusza godność urzędu prezydenta? Tyle dylematów, których by nie było, gdyby nie było telewizji.

 

22:11, bekspejs
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 stycznia 2008
Mój coming-out

Tuż przed świętami w mojej redakcji planowaliśmy pracę na nadchodzące tygodnie. Mój kolega nagle uparł się, że nie będzie mógł zrobić nic k. 8 stycznia, bo ma święta bożego narodzenia. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że jego rodzina należy do kościoła uznającego kalendarz juliański. To żartobliwie skrytykował inny z kolegów, że jak była chanuka, to on pracował w normalnym trybie. Ja, traktując to jako kawał, dorzuciłem, że w takim razie rezerwuję sobie prawo do obchodzenia ramadanu.

A potem mnie uderzyło. Uderzyło mnie, że to było na poważnie. I uderzyło po raz drugi, bo poczułem szacunek do odwagi kolegów. Skąd to drugie walnięcie w trzewia?

To kwestia subiektywna, ale niestety tak odbieram społeczeństwo: jako antysemickie, niechętne wszelkiej inności, stygmatyzujące. I to mówię ja, człowiek wprawdzie byle jak, ale jednak wykształcony, wychowany w otoczeniu ludzi wrażliwych, czytających książki i podróżujących po świecie, żyjący w 2-milionowej stolicy w sporego kraju w środku kontynentu, który wymyślił słowo tolerancja. Skoro to ocena subiektywna, to zakrzywiona przez moje własne doświadczenia i odczucia.

Niedawno wybuchła afera z książką Grossa: subiektywną wizją antysemityzmu w Polsce, zjawiska silnego, żywotnego, skrzętnie ukrywanego przed obcymi, ale i przed samym sobą. Przypomniała mi opowieści dziadka, prostego chłopa, który w dzieciństwie chodził z kolegami bić Żydów w swojej miejscowości (choć nie wstydził się wspomnieć, że czasem sam dostawał w ten sposób niezły łomot), który pamiętał nawet jakiś mały pogromik żydowski, o którym opowiadał jak o powodzi: coś złego się stało, ale taka już jest natura.

Przypomniał mi się mój ojciec, facet znacznie lepiej wykształcony ode mnie, dysponujący umysłem ścisłym, człowiek który odwiedził trzy kontynenty i kilkadziesiąt krajów. Mój ojciec nie kryje swojej niechęci do Zydów i wszystkich, których o kryptożydowstwo podejrzewa. Swoją drogą nie znosi też Murzynów i Arabów, gardzi Azjatami, brzydzi się gejów, odpychają go feministki. Klasyczna polska mieszanka? Czasem aż nadmiernie eksponuje emocje, jakie wywołują w nim "inni" - jakby chciał by jego rasizm, nacjonalizm i homofobię traktować ulgowo. By było mu wolno powiedzieć przy dzienniku telewizyjnym "Wszystko to Żydzi. Wszyscy siebie warci".

Przypomniało mi się dzieciństwo i gra w pikuty. Polega ona na wbijaniu noża na różne sposoby w sypki piasek. Gdy nóż trafi na kamień, a ostrze nie wbijało się prawidłowo, to mówiło się na to "żyd". Była to oznaka niefartu - trafić nożem żyda i przez to nie zagłębić noża dostatecznie prosto i głęboko.

Mianem "Żyda" określano też każdego, kto nie chciał pożyczyć roweru lub pięciu złotych. Póki nie wkroczyłem wiek lat nastu nie widziałem nigdy na własne oczy Żyda i niewiele wiedziałem na temat tego, kto to właściwie jest. Ale kultura wdrukowała mi, że to mały, chytry, brudny, złośliwy człowieczek. Właściwie: podczłowieczek

Antysemityzm wyssałem z mlekiem matki, wpojono mi go na robotniczym osiedlu, gdzie mieszkali tylko pracownicy FSO, milicjanci i esbecy. Na osiedlu, gdzie zapewne co druga osoba była spokrewniona lub spowinowacona w trzecim, czwartym lub dalszym stopniu z osobą pochodzenia żydowskiego, w tym także zapewne ja sam.

Nie potrafię popatrzeć normalnie na Żyda - jego zwyczajność jest dla mnie niezwykła. Gdy przyznaje się do tego, że jest kim jest, wydaje się mi osobą dzielną - bo to odwaga wobec mnie, który powinienem wyrosnąć na antysemitę, ale ze wszystkich sił nie chcę nim być.

Taka jest moja historia. Taki mój coming-out.

15:35, bekspejs
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 stycznia 2008
Gwiazdy rulez

Taka zagadka biograficzna:

Na lata 1991 - 1993 przypada jego kariera polityczna. Był posłem w Sejmie pierwszej kadencji, do którego dostał się z list Polskiej Partii Przyjaciół Piwa. Należał do frakcji "Małe Piwo", która została później przekształcona w Koło Poselskie "Spolegliwość". Był również członkiem Koła Poselskiego Partii Emerytów i Rencistów "Nadzieja".

O kim mowa?

(Odpowiedź poniżej białą czcionką, żeby nie psuć zabawy.)

Odp: O 26-letnim Krzystofie Ibiszu. 

11:30, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 stycznia 2008
Shoping and talking
Horror, horror, horror. Czyli zakupy w centrum handlowym.

Godzina 14

A: Zobacz na twarze tych ludzi w restauracji. Takie pozbawione wyrazu. Nie rozmawiają ze sobą, tylko tak patrzą pustym wzrokiem.
L: To chyba dekoracja, bo tak siedzą bez ruchu. Zaraz, czekaj: jeden się poruszył.

Godzina 15

A: Jak to jest możliwe, że ten płaszcz ma rozmiar 50, a ten obok 102?
L: Może chodzi tu o fajność, a nie wielkość? Ten drugi jest ponad 2-krotnie fajniejszy. Pewnie dlatego kosztuje 1500 zł.

Godzina 16

A: Przestań pajacować! Normalnie przejdź się kawałek w tej kurtce.
L: Ale ja tak zazwyczaj podskakuję, jak idę.
A: To chodź nienormalnie, ale tak, jak ludzie.
L: Tak?
A: Tak to chodzą zombie.

Godzina 17

A: Źle mierzysz te buty.
L: To jest za mały rozmiar!
A: Rozmiar jest ok. Ale to jest but na lewą nogę, a nie na prawą.

Godzina 18

Bez słowa spożywamy obiad w restauracji. Patrzymy na świat za szybą, obserwując przechodniów. Chyba pięknie wyglądamy, bo gdy podrapałem się po głowie, to ktoś zrobił nam zdjęcie.
14:52, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Discovery uczy historii
Dzisiaj trafiłem na program na kanale edukacyjnym Discovery na temat ataku Rzeszy na Norwegię podczas II wojny światowej. Generalnie treść się zgadzała ze źródłami, z jakimi wcześniej się zetknąłem: Niemcy zaplanowali sprawę całkiem nieźle i sprawnie jego założenia wykonali. A alianci działali w sposób dość chaotyczny i niezdecydowany, co doprowadziło ostatecznie do oddania tego kraju Niemcom. Ale, pominąwszy niektóre pomniejsze wpadki, niezmiernie śmieszyło mnie wymawianie przez lektora poszczególnych nazwisk i nazw własnych (szczególnie, gdy w kolejnych częściach wymowa się zmieniała). To jeszcze jest do przyjęcia, bo nie każdy musi znać francuski, niemiecki czy norweski. Poza tym to już sprawa polskiej dystrybucji. Za to nie dało się ukryć, że mapa, na której przesuwano symbole oddziałów, pokazywała granice współczesne (a przynajmniej nie starsze niż z 1993 r., sądząc z osobnej Słowacji). Najśmieszniej było, jak część niemieckiej floty wypływało z Gdańska, który zgodnie z mapą należał do Polski....

W tej sytuacji nie dziwię się, że miliony ludzi na świecie sądzą, iż jeśli ktokolwiek budował obozy koncentracyjne i zabijał Żydów, to byli to Polacy. Wystarczy przecież spojrzeć na mapy...
13:37, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 stycznia 2008
Szybki test skojarzeniowy

Żeby się pochwalić moją orientacją w polskiej kóltórze wysokiej, przeprowadzę na sobie krótki test znajomości jej przedstawicieli. Przy okazji kilka osób, skarżących się, że nie kumają tego, co się dzieje w świecie gwiazd, czegoś się nauczy.

1. Doda - wielkie cycki, krótkie nóżki wydłużane na potrzeby sesji w photoshopie. Starannie wystudiowana kontrowersyjność i wulgarność. Niesamowicie nieautentyczna i nieprawdziwa. Śpiewa piosenki i nawet ma znośne teledyski jak na Polskę (która w tej dziedzinie wyprzedziliśmy ostatnio Niger i Tannu-Tuwę). Jak się gdzieś pojawia, to to coś ma wielką oglądalność - np. Wrocław, TVP, toaleta publiczna.

2. Majdan - partner w interesach powyższej. Dla potrzeby promocji wzajemnej najpierw się pobierali, a potem przed premierą płyty rozwodzili. I tak w kółko, w cyklach odpowiednich do przełknięcia dla prasy. Acha, facet jest piłkarzem. Ale kogo to obchodzi? Wzorem Deppa postanowił sobie wytatuować imię "ukochanej", ale cwaniak zrobił to po hebrajsku. Dzięki temu przy szukaniu kolejnej żony wystarczy mu wybierać spośród gojek. Lub go(e)jów.

3. Tola - jej matka jest szefową którejś z wytwórni płytowych, więc na 12 urodziny Tola musiała dostać złotą płytę. Teraz robi karierę w Niemczech, a potem: sky is the limit. W mediach ludzie nabijali się, że nie umie pisać po polsku. Ale nie ma się z czego śmiać - po prostu chodzi do najdroższej w Wwie szkoły, gdzie polskiego się prawie nie używa. Wszystko w docelowym, skyislimitowym języku angielskim. Tylko dlaczego nowa płyta ma w angielskim tytule błąd ortograficzny?

4. Pudzian - mistrz strongmenów od kilku lat, więc trzeba go szybko wykorzystać zanim umrze, jak wielu jego kolegów, od przeciążenia prochami. Dlatego obstawiam go jako kolejnego zwycięzcę "Tańcu z gwiazdami". Powaga.

5. Urbańska - ni pies ni wydra. W każdym razie TVPubliczna płaci jej kupę kasy za sam fakt istnienia. Acha, jest polską delegatką na konkurs Eurowizji. Niby są jakieś eliminacje, ale ludzie, dajcie spokój Nataszy.

6. Ozdoba - striptizer. Coś wygrał.

7. Sonnet - wielkie cycki, ale naturalne, a to już aż nadto, by być wielkim w polskim szołbiz.

8. Miko - robiła karierę w Hollywoodzie, ale gdy dowiedziała się, że w Polsce stawki są niższe, ale wystarczy się upić publicznie i bełkotać, by wejść na świecznik, więc wróciła.

9. Jacyków - to nie błąd, ani odmiana, ani miejsce urodzenia. To nazwisko człowieka znanego z krzywego uzębienia i tego, że projektuje komuś tam ciuchy (co oznacza, że nie może być fizycznie hetero). Acha, jest jurorem. Tak ogólnie. Jak to w tv.

10. Rosati Weronika - buduje swoją silną pozycję medialną, wyrywając starych facetów. Dochodzi już do 70-latków, więc wybór potencjalnie znanych staruchów zaczyna się zawężać i jej kariera staje pod znakiem zapytania.

11. Lis Tomasz - niegdyś przystojny i pracowity, dziś po prostu sława i tyle. Na zdjęciach lubi pokazywać dwa sygnety (samotny sygnet jest dla mięczaków). Zaczyna właśnie drugie okrążenie w mediach, gdzie zaliczył już publiczną, tvn i polsat, więc teraz znowu kolej na publiczną.

12. Lis Smoktunowicz - nasz najlepszy towar eksportowy, czyli wielka blondyna. Podobnie jak Miko postanowiła, że zamiast męczyć się w karierze zagranicznej, woli powalczyć w mediach z byłą żoną Lisa. Media wszystko kupią, oglądalność rośnie, a LS ma zapewnioną obecność na firmamencie i spokojnie może się zająć płodzeniem dzieci Lisowi, który wzorowym ojcem jest, jak donosi GW.

13. Brodnicki - udaje, że nie umie mówić po polsku. To widzów rozczula, więc ma wysoką oglądalność jako kucharz. Brzmi głupio, ale pieniądze są z tego przyzwoite.

14.Herbuś - coś w rodzaju konferansjerki. Oficjalnie modelka, ale chyba mody dziecięcej, bo choć złośliwi mówią, że jest wzrostu siedzącego psa, to faktycznie jest to owczarek niemiecki, w kapeluszu i w dodatku bardzo dobrze ułożony. W karierze szykuje się jednak przełom: rola w serialu "Świat według Kiepskich".

15. Liszowska - kolejny przykład eksportowej wielkiej blondyny z chętnie obnażanymi balonami. Wygrywa wszystkie teleturnieje: "Gwiazdy śpiewają", "Gwiazdy tańczą", "Gwiazdy śpiewają pod lodem" i "Azor - policyjny pies bohater".

-

No, wystarczy. Jak chcecie, to będą kolejne odcinki. Mam tego znacznie więcej.

22:08, bekspejs
Link Komentarze (3) »
Gwiazdy warczą na wodzie

Nałogowe oglądanie tv w ostatnich 2 tygodniach spowodowało, że napatrzyłem się na to, o czym do tej pory tylko słyszałem od ludzi i z pisanych mediów. Prawdą jest to, co powiedziała Karolina Korwin Piotrowska: taniec z gwiazdami stał się nową gałęzią polskiej gospodarki. Oglądalność, trampolina do popularności, reklamy, kariera splatają się w jeden supełek. W odróżnieniu od programów, w którym amatorzy i półprofesjonaliści dają z siebie wszystko, by dostać samochód albo wycieczkę do Rumunii tutaj konwencja polega na tym, by nagrodzić ludzi sławnych za to, że są sławni. Mniej więcej.

Gdyby media miały do dyspozycji maszynę czasu, to pościągałyby do programu "Najwięksi królowie" najwybitniejszych monarchów naszego kraju, a choć wygrać nieuchronnie i tak musiałbym Kazimierz Wielki, to oglądalność byłaby zapewniona: zdezorientowani ludzie z zamierzchłej przeszłości chowaliby się po kątach, płakali, albo bezsilnie tłukli rękami w ściany pleksiglasowej klatki, w jakiej by ich zamknięto.  Niestety, maszyny czasu nie ma i musimy męczyć się z tzw. gwiazdami, czyli osobami, które ni to są aktorami, ni piosenkarzami, ni tancerzami. Ni pies, ni wydra, coś na kształt Cichopek lub Sowińskiej.

Ale cóż, nie ma się co czepiać telewizji, promującej 20 letnią Dodę jako jurorkę zawodów łyżwiarskich, albo ex-żonę Pazury, która z kolei ocenia tancerzy (tu akurat jest jakieś uzasadnienie, bo pani ponoć tańczyła zawodowo przy rurze w agencji bardzo towarzyskiej). Nie wspomnę już o uporze maniaka we wciskaniu na polski, przaśny firmament Urbańskiej, czy niepojęte w swej konsekwencji zapraszanie do tokszołów Frytki, której do publicznego zaistnienia wystarczyło pokazać cycki i bzyknąć się przed kamerami.

Gwiazdy są takie, jak telewizja. A telewizja taka, jak ludzie. Ludzie tego chcą. Chcą obciachu. Chcą prymitywizmu. Chcą tandety, złego gustu, kiczu, kichy, żenady, zniesmaczenia, wulgarności, histerii, bzdury i pustki. Chcą tego, co pozwala na gładką rozrywkę, bezmyślną, tak prostą, jak to możliwe. I to właśnie dostaną. Taka demokracja.

Szkoda, że tv to nie tylko rozrywka, ale i budowanie wzorców społecznych. Ale nie ma nad czym płakać, dni tv są już policzone. Spersonalizowane kanały komunikacji i rozrywki pozwolą na dobór takiej ilości Dody i Frytki, ile dusza zapragnie. Bez przerw na reklamę.

21:13, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Plamka

Kobieta potrzebuje nieustającej atencji. Po to się jest z kobietą, by tej atencji udzielać.

- Kochanie, zobacz! Wyskoczyła mi na grzbiecie dłoni taka mała plamka!

Co robić! Spokojnie, najpierw okażę delikatne zainteresowanie. Nie za duże, bo wpadnie w panikę, że to coś poważnego. Nie za małe, bo będzie jej przykro.

- No pokaż tą plamkę. Nie, to chyba nic takiego. Jutro Ci przejdzie.

- Mam to od wczoraj, albo przedwczoraj. To uczulenie, pewnie będzie się rozprzestrzeniać. Okropne!

Jak nie dotknę, to ją zranię. Jak dotknę, to może cholerstwo zaboleć. Lepiej nie.

- Lekka wysypka, nic więcej. Niedługo zniknie.

- Pomacaj porządnie. No zobacz! Brzydzisz się, prawda? To o to chodzi? Brzydzisz się takiego uczulenia?!

Ratunku! Jak dam do zrozumienia, że tak, to poczuje się nieatrakcyjna!

- Ależ skąd! Pokaż... No faktycznie. Takie chropowate jakby.

- Czyli paskudztwo. I nie podoba Ci się na pewno. Moja ręka Ci się nie podoba... (łzawym tonem)

- To najpiękniejsza wysypka, jaką widziałem na jakiejkolwiek dłoni!

- (Łkanie) 

20:46, bekspejs
Link Komentarze (2) »
środa, 02 stycznia 2008
Jak kopnąć się w tyłek?

Od świąt nic tylko śpię, jem, oglądam coś w tv lub na komputerze.

Roboty prawie nie tykam. A tu znowu trzeba wziąć tyłek w troki. Dziś zamiast intensywnie pisać, toczę wewnętrzną walkę: z sennością, dekoncentracją, migreną (bardziej chyba wyimaginowaną, niż rzeczywistą).

Gdzie mam ten guzik, który włącza koncentrację?

Jak się kopnąć w tyłek i w końcu zabrać za robotę?

Argh. 

16:02, bekspejs
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
statystyka