Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
środa, 13 lutego 2008
Najdziwniejsze frazy cd.

Powiedz mi, czego szukasz w googlu, a powiem Ci, kim jesteś.

- beżowa marynarka - zawsze gustowna, seksowna i w tym sezonie najbardziej pożądana.

- bez spodni - z beżową marynarką tworzy zestaw, który jest niepowstrzymywalnym taranem erotycznym.

- do pracy bez majtek - no to już przesada. A nawiasem mówiąc to jeden z moich nawracających koszmarów sennych: nagle jestem w miejscu pracy i nie mam na sobie majtek, spodni, generalnie niczego.

- ile kosztuje duplikat indeksu - ba! Zasadnicze pytanie brzmi: ile kosztuje dyplom magistra?

- jaki procent stanowi rasa czarna- biała- żółta na skale światowa - na skalę światową rasa czarna, biała i każda inna stanowi dokładnie 100 procent.

- niegrzeczne dziewczynki - no pięknie. A grzecznych to nikt nie chce oglądać? A potem się towarzystwo dziwi, że młodzież taka niewychowana...

- niegrzeczne panie - to skomentuję obrazkiem:

- nudne filmy - ach, a więc do mojego bloga zaglądają osoby, które pragną zakosztować odrobiny kultury!

- sikanie podczas seksu - nie musi być problemem: trzeba porozmawiać na ten temat z partnerem. Znacznie bardziej niebezpieczne dla związku może być SPANIE podczas seksu. Albo sikanie podczas snu.

- urywki katastrof lotniczych - a to już jest perwersja. Fe.

08:58, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Wolskie uroki

Z naszego mieszkania możemy wyjść na klatkę i opuścić budynek dwiema drogami.

Z jednej strony trafiamy na paśnik:

Z drugiej - na kopalnię troli.

Na klatce zaś ludzie tradycyjnie umieszczają worki ze śmieciami (darujcie, nie chce mi się ich fotografować). Normalnie dziwniej tu niż na Targówku...

08:31, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Antyszatan

Nuszka i ja wybraliśmy się na zakupy. Kupiliśmy kilka niezbędnych rzeczy oraz kilka mniej potrzebnych. Przy kasie:

Kasjerka: Płaci pan 77 złotych i 77 groszy (i pokazuje na wyświetlacz kasy).

Nuszka szepte: Widziałeś? Antyszatan!

Bo to było w Tesco...

08:20, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Pączki sprzedane

Wybraliśmy się do pobliskiej cukierni, która słynie z niezłych pączków. Niestety, po dotarciu na miejsce ujrzeliśmy napis:

Spryciarze. Mają tabliczkę dla takich konkretnych klientów jak my. Albo została im z tłustego czwartku. Zagadaliśmy sprzedawczynię:

- Czy w ogóle sprzedajecie pączki, bo ten napis widziałem już kilka razy. W zasadzie zawsze go widzę, jak patrzę na Pani cukiernię jadąc autobusem...

- Sprzedajemy pączki. Ale teraz - jak pan widzi - są sprzedane - rozłożyła ręce. Rozejrzałem się po pustym sklepie i skinąłem głową.

- No to muszą być pyszne...

- Pan przyjdzie o 9 rano. Rano trzeba przyjść.

-

Powinni zmienić nazwę z "cukiernia" na "pączkarnia" albo "superpączkownia". Albo "Szybki pączek".

08:13, bekspejs
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 11 lutego 2008
Najdziwniejsze frazy wyszukiwane

Założyłem rejestrację wejść na blog, by dociec, czego szukają ludzie, zanim na niego trafią. Oto garść najciekawszych przekierowań z googla, czyli fraz, jakie ludzie wybili, zanim tu zajrzeli: 

- bez majtek - no to musiało być pewne rozczarowanie, tym bardziej, że ostatnio tak bardzo zaniedbałem dział świńskich fotek...

- czy bez regonu moge jechac do urzedu skarbowego - moim zdaniem do urzędu skarbowego można jechać zawsze. Nawet bez majtek (patrz wyżej).

- dla niegrzecznych panów - no no no!

- przykład robinsonady - użytkownik powinien połączyć siły z tym powyżej. Robinsonada to właśnie coś dla niegrzecznych chłopców.

- orlen operacje plastyczne - ten rebus do rozwiązania zostawiam czytelnikom. Za najciekawsze odpowiedzi zwycięzca zostanie nagrodzony zdjęciem królika z naleśnikiem na głowie.

- mechacenie-sweter - przez moment myślałem, że chodzi o beret i poczułem, jak kryzys wieku średniego płynnie przechodzi w kryzys wieku podeszłego. Ale już wszystko w normie. Sweter także.

12:42, bekspejs
Link Komentarze (1) »
niedziela, 10 lutego 2008
Dove walczy z Unileverem?

Wielokrotnie rozmawiałem ze znajomymi o kampani świadomościowej Dove. Kobieta piękna w każdym wieku i wagomiarze, wiecie o co chodzi. Pewnie wiecie o co chodzi, najsłynniejszy filmik z nią związany na youtubie obejrzało z 10 mln ludzi - oto jego najpopularniejsza wersja, tak dla przypomnienia:

http://youtube.com/watch?v=iYhCn0jf46U

Jedni uważają, że taka akcja nic nie zmieni - jedna reklama na milion to za mało, by wryć się w świadomość. Inni uważają, że kropla drąży skałę. Generalnie jednak jest spora przychylność dla tego typu kampanii reklamowych, które starają się przełamywać stereotypy.

Zanim jednak zareagujemy zgodnie z planem i zaczniemy kupować produkty Dove chciałbym zauważyć jeden szczegół. Marka należy do koncernu Unilever, który w tym samym czasie reklamuje inne swoje brandy dalej utwierdzając wzorzec kobiety pięknej, dwudziestoletniej, obowiązkowo wysokiej, o nieskazitelnej cerze i ubraniach o rozmiarze 30.

Tak jak w szamponach Dove mamy 1/4 dodatku mleczka zmiękczającego, tak w kampanii tego brandu 1/4 to hipokryzja. Zawsze mogę przymknąć na to oko i cieszyć się tymi 3/4, prawda?

PS Dołączę jeszcze mój ulubiony filmik z parodią powyższej kampanii:

http://youtube.com/watch?v=7-kSZsvBY-A

PPS I jeszcze piękna fotkana deser. Piękna i poniekąd niegłupia.

16:30, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Panika
W piątek byłem na spotkaniu związanym z moim artykułem.

Nie wiem dlaczego, ale czasem nachodzi mnie paniczny lęk, że zrobię coś bardzo głupiego na takich spotkaniach. Kichnę i opluję przy tym rozmówcę. Witając się pocałuję faceta w rękę. Dostanę w trakcie rozmowy widocznej erekcji (tym bardziej przerażające, gdy rozmawiam z facetem). Zacznę się śmiać i nie będę mógł przestać. Zacznę śpiewać "Tyle słońca w całym mieście", zamiast zadawać pytanie. Umilknę i będę siedział bez ruchu, słowa i reakcji tak długo, aż ktoś wezwie lekarza (lub policję). Pijąc herbatę odgryzę kawałek filiżanki. Walnę interlokutora pięścią w zęby, a potem skoczę na niego i będę go tłuc tak długo, aż mi przejdzie (tego boję się najbardziej, bo najczęściej mam wrażenie, że zaraz tak się stanie).

Tym razem byłem pewien, że coś takiego się stanie. Ale jakoś się udało. I tylko wyszedłem w nie swoim płaszczu (wisiały obok siebie). A tego naddarcia kieszeni właściciel chyba nie zauważy (pośliznąłem się na chodniku i upadając zaczepiłem o parkan).
15:36, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Ratujemy choinkę, zabijamy pająka

A robi porządki, a ja próbuję pracować, jak to w niedzielę.

Mamy doniczkową choinkę bożonarodzeniową i postanowiliśmy jakoś ją uratować - na razie postoi na balkonie, a potem może zawieziemy ją na działkę rodziców albo po prostu do lasu. Gorzej poszło nam z pająkiem, który wyłonił się z jakiegoś kąta. A ma lekką fobię na ich punkcie, a ja dałem się nakręcić (parę razy nie reagowałem zbyt energicznie, stworzonko uciekało, a potem A bała się sama chodzić do toalety). No więc skoczyłem i szybko zatłukłem chodziaczka.

Po akcji zrobiło mi się tak bardzo wstyd, że aż mnie to zadziwiło. A również była poruszona - Był mały i w sumie niegroźny, szkoda go, trzeba było go wziąć na gazetę i wyrzucić - powiedziała i miała rację. No więc usiedliśmy i opracowaliśmy procedurę. Kto otwiera okno, kto sięga po gazetę itd. - małe ćwiczenia i będziemy gotowi do ratowania każdego następnego pająka. Nie umarłeś na darmo, pajęczaku!

Jakiś buddysta ze mnie wyłazi. Tfu, na psa urok.

-

Przy okazji mycia okien wymyśleliśmy, jak z sikających pod oknami żulików zrobić jakiś pożytek. Otóż będziemy ich fotografować. Stworzymy kolekcję pod nazwą "Manneken Pis me off" albo "Warszawskie leje".

15:07, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Discovery strikes again

Jestem niepoprawnym nałogowcem. Przypadkiem trafiłem na program na Discovery poświęcony nowoczesnym systemom uzbrojenia - bardzo ciekawy. Ale potem był kolejny program o czołgu T-34. I taka śmieszna scena - przedstawiane są parametry techniczne: na ekranie widać sylwetkę czołgu w jednej z jego pierwszych wersji, można przeczytać, że miał 5 osób załogi i działo 76 mm.

A lektor czyta: cztery osoby załogi i 80mm działo.

Jak rozumiem to miało zachęcić widzów do samodzielnych poszukiwań informacji na ten temat...

Po tym, jak zirytowany wyłączyłem telewizor zadałem sobie pytanie: czy gdyby nie "Czterej pancerni i pies" to wiedziałbym, jak to z tym czołgiem było? I nagle zapragnąłem obejrzeć sobie Janka Kosa i ferajnę...

14:50, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 lutego 2008
Nowoczesność w domu i zagrodzie cd.

Aby utrzymać ciągłość z przedostatnim wpisem, przypomnę wynalazek Japończyków sprzed kilku lat. Kibelek który mierzy temperaturę, a nawet tętno, a w wersji deluxe może przeprowadzać na bieżąco analizy składu naszego moczu. Poziom cukru, hormonów itd. Ale to nie wyczerpuje pomysłowości inżynierów.

8. Elektroniczna strzykawka

Budowane są już telefony komórkowe, które zamiast bzdurnych funkcji mają właśnie pomiar ciśnienie, tętna, temperatury i rytmu oddychania. Docelowo powstaje system, w ramach którego to wszystko jest mierzone stale i monitorowane przez system pod opieką lekarzy. Ci mogą reagować i ruszać z pomocą, gdy ktoś ma zawał itd. A niektórzy projektanci idą dalej i wymyślają urządzenie, które oprócz powyższej kontroli będzie mogło samo działać np. podać insulinę diabetykowi, glicerynę osobie chorej na serce itd. Leczenie zdalne, ratowanie zdalne...

Pomysł nie jest głupi, ale nie chciałbym być jego betatesterem... Poza tym taki nadzór oznacza np., że osoby chore pozbawiane są prywatności - na wykresach widać, jak często i intensywnie uprawiają seks, że o obżeraniu się pączkami nie wspomnę.

Hmmm, przyszła mi do głowy afera medyczna z 2034 r. - łódzcy lekarze zdalnie aplikujący pavulon...

9. Elektroniczny dom starców

Inny kierunek prac zakłada budowanie interaktywnych robotów, które przejmą na siebie obowiązki pomocy ludziom starszym i niedołężnym z powodu chorób lub urazów.

Kurcze, świat jest przeludniony, za chwilę stuknie mu 7 miliardów mieszkańców, a my tak odsuwamy od siebie ludzi z handikapami, że szykujemy dla nich roboty. Czy jest coś bardziej odległego od mitycznej, funkcjonalnej rodziny wielopokoleniowej?

Cóż, Zachód się starzeje, a każdy Amerykanin czy Niemiec najwyraźniej woli być pod opieką amerykańskiego lub niemieckiego robota niż chińskiego, hinduskiego czy mozambickiego pielęgniarza.

10. Komputery kumające czaczę

Za parę lat komputery osobiste mają reagować na polecenia głosowe, ruchy głowy, gałek ocznych, ciała ogółem, a nawet mimikę. Do prostych czynności klawiatura i mysz przestaną być potrzebne.

- Telefon - wybieram numer - Strefan Biernacki.

- Tu Szpital Bródnowski, w czym mogę pomóc?

(rozpaczliwie próbuję rozłączyć rozmowę za pomocą ruchu gałki ocznej i przysiadów)

- Czy mam połączyć z oddziałem rehabilitacji, okulistyki czy psychiatrii?

No, ale docelowo mamy sterować  wszystko myślami.

Siadam do napisania artykułu, a maszyna zapisuje co następuje: zjadłbym coś, albo jakiś soczek, może pomidorowy, ale ten taki z przyprawami, ale nie ostry, tych mdłych bez smaku to nie lubię, o tyłek mnie swędzi, ale nie, muszę pisać o tym cholernym kryzysie walutowym, nie do końca rozumiem o co w nim chodzi, dlaczego złote i srebrne monety w obiegu mają uratować świat, a wczoraj w telewizji pokazywali bazę księżycową Chińczyków, tylko że ja ich nie odróżniam od siebie i pewnie to był jeden Chińczyk albo goła baba, czy nie przyjemniej było obejrzeć transmisję z jakiejś plaży naturystów, ale nie zapłaciłem rachunku za media, może gałką oczną puszczę teraz przelew, albo niech w końcu ten robot mnie podrapie w tyłek.

11. Autopilot w samochodzie

W siadasz i na trasie steruje komputer. Albo lepiej - steruje całym ruchem po autostradach i w miastach. To byłby sposób na poprawę bezpieczeństwa, korki i debili ruszających z piskiem opon pod oknami. Znikłoby rytualne "pojebało cię, ćwoku?!", a malowanie się kobiet w drodze do pracy byłoby całkiem zwyczajne. Jak coś takiego wprowadzą, to od razu kupię samochód (prawo jazdy nie będzie potrzebne).

Po takim wynalazku nie będzie trzeba wbudowywać w kierownicę alkomatów, systemów budzenia zasypiających kierowców i innych dziwactw. Z drugiej strony, jak system złapie wirusa, to auto zamiast do roboty wywiezie mnie do Szczecina. A w Szczecinie - jak wiadomo - w 2019 r. nic ciekawego się nie dzieje.

17:10, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 lutego 2008
Piękne słowa

Już kilka razy próbowałem to robić w notesach i plikach, ale zawsze gdzieś ginęło. Chodzi mi o spis pięknych słów. Słów rzadziej używanych w mowie potocznej, ale brzmiących jędrnie, dźwięcznie, smacznie, ciekawie.

Jak brzeszczot, słodycz, kląskać, suzafon, szczerbić, wśliznąć się, paćkać, snuć, kaleczyć, mandryl, wywijać, bezcześcić, miąższ.

Piękne, prawda?

JEŚLI MACIE JAKIEś PIęKNE SłOWA, KTóRE SZEMRZą W GłOWIE, TO DOPISZCIE!

Taki na przykład baleron, fikuśność, robinsonada, kawalkada, fanfaronada i prztyczek - mniam!

 

19:11, bekspejs
Link Komentarze (10) »
Dmuchanie w toalecie

Pod jednym z ostatnich wpisów na niniejszym blogu rozkręciła się dyskusja o czytaniu książek i nowych technologiach z tym powiązanych. Tak się złożyło, że w jakimś „Forum” przeczytałem wczoraj tekst snujący wizję życia mieszkańców rozwiniętych państw w 2018 r. Autor starał się wskazać wynalazki, które podbiją świat w ciągu najbliższych kilku- lub kilkunastu lat. Karkołomny pomysł - jak sięgnę 10 lat wstecz, to widzę zasadniczo ledwo jeden duży i jeden mały wynalazek wdrożony w życie codzienne. Internet (duuuuuuża rzecz, w moim przekonaniu może mieć taki wpływ na cywilizację i kulturę jak wynalazek druku) i... odtwarzacze mp3 (czyli pudełeczko odtwarzające tysiące ulubionych utworów muzycznych, audiobooki lub nagrania motywacyjne Amwaya – każdemu według potrzeb). No, może gdybym był kierowcą, to wrzuciłbym systemy nawigacji GPS.

Jakie przełomy czekają nas w ciągu najbliższej dekady-dwóch zdaniem Johna Intini i Kate Lunau z Macleans?

1. Uniwersalny pilot
Obsługuje od garażu, po alarm antywłamaniowy, od telewizora po wibrator.
W sumie pożyteczna rzecz. Gorzej, jak się guziki pochrzanią, albo zatną. Albo pilot się zgubi. Albo pies potraktuje go jako zabawkę do gryzienia.

2. Ściany wyłożone LEDami

Dzięki nim moglibyśmy mieć taki ich kolor ścian, jaki chcemy – pyk, i są zielone, pyk – czerwone, pyk – zmieniają kolory, bo pies dorwał się do pilota i przeżuwa.

Hmmm, a jak prąd nie płynie to co - szare więzienne, szklane, białe? Poza tym zastanawiam się, czy to aby nie jest pewna rozrzutność, biorąc pod uwagę zużycie energii? (niby małe na jeden LED, ale weźcie oświetlcie wszystkie ściany i sufity 50-metrowego mieszkania...) To ja bym wolał aktywny elektrycznie pigment. Jak nie puszczam prądu, to zielony, a jak puszczam, to czerwony i szlag mnie trafia.

3. Inteligentne pralki
Każda sztuka odzieży ma mieć czip, więc pralka będzie wiedziała, co ma w środku. Koniec z najlepszymi koszulami przez przypadek zafarbowanymi na różowo. Hmmm, tylko że A twierdzi, że w różowych koszulach i szarych swetrach jestem zabójczo przystojny...
Są jednak inne plusy: ponoć te czipy mają też zapobiegać dekompletowaniu się skarpet. Ha, chciałbym wierzyć, że elektronika potrafi oszukać demona-pożeracza skarpet oraz zmylić odradka.

Swoją drogą – dla mnie fenomenem jest to, że dopiero w XXI wieku standardem stają się pralki, które podają czas, po jakim skończą pranie. Technicznie nie było przeszkód, by wyświetlały taką informację 30 lat temu...

4. Inteligentne łyżki
Mierzą temperaturę, kwasowość, zasolenie, gęstość mieszanej zupy czy sosu.
To niezły pomysł, ale nie uchroni mnie przed ugotowaniem potrawy o smaku gipsu wymieszanego z obierkami od ziemniaków.

5. Silikonowy zlew
Stłukło Wam się coś wpadając do zlewu?
Mi tak, dlatego ten pomysł kupuję. I jeszcze silikonową umywalkę do łazienki, bo kiedyś stłukła mi się w niej woda po goleniu. No i silikonawa, miękka, ciepła (może podgrzewana!) wanna. Wanna. Wanna...

6. Talerze na zamówienie
Jak brakuje Wam kubasa, to wciskacie właściwy guzik, a maszyna w parę sekund wytłacza taki z plastiku. Po użyciu idzie do mycia, a potem z powrotem do maszyny, taki recykling. W teorii mniej miejsca na puste naczynia.
A w praktyce – lubicie jeść z plastików?

7. Inteligentny kibelek
Widać, że eToilet Microsoftu nie jest ostatnim krzykiem technologii w segmencie ubikacyjnym. Toto Washlet S400 sam podnosi i opuszcza deskę klozetową, spuszcza wodę po, masuje w trakcie, ba, nawet podmywa (współczuję facetom sikającym na stojąco), a potem dmucha. Na szczęście suchym, ciepłym powietrzem.


-
Ponieważ teraz ruszam na poszukiwania randów RPA, o elektronicznych różańcach i filozofujących szczoteczkach do zębów napiszę jutro.

11:24, bekspejs
Link Komentarze (6) »
wtorek, 05 lutego 2008
Za naszych czasów to lepiej bywało

Wśród moich rówieśników panuje przekonanie, że jesteśmy ostatnim pokoleniem, które czytało książki. Wyczuwam w tym nutę "za naszych czasów to lepiej bywało", która tak nas irytuje, gdy grają ją starsi od nas ludzie. Jest w tym pewnie także troszkę podbijania swojego bębenka, poprawiania swojego samopoczucia, podbudowania własnej wartości w świecie wyrośniętej, silnej, agresywnej, pozbawionej kompleksów i ambitnej młodzieży.

Zastanawiam się jednak, na ile literatura jest ze swojej natury dobrem elitarnym. Dostępnym dla wszystkich, ale jednak smakującym niewielu - jak rzadki gatunek wina lub sztuka nowoczesna. W XIX wieku, gdy kwitła sztuka pisania, a rynek wydawniczy pięknie się rozwijał, Balzaka czytało w jego Paryżu 2 tys. osób. Analfabetyzm był wtedy poważnym ograniczeniem, to prawda. Ale czy nie większą barierą jest deficyt wyobraźni, a właściwie czerpania przyjemności z zabawy wyobraźnią?

Dziś do wyboru są liczne nośniki informacji i sztuki. Spośród nich literatura jest najbardziej wymagająca: lepsze i trudniejsze książki wymagają często tygodni czytania (zakładając, że prowadzimy normalne życie: praca, dom, rodzina, znajomi). Nie tylko chodzi o czas, ale i o skupienie, którego pozbawia nas wysycona sygnałami sfera publiczna (głośna muzyka, telewizja, reklamy, kolory, zapachy), ale i ta prywatna (przeciętnie Polak ogląda tv ponad 4 godziny dziennie). Do tego dochodzi wysiłek intelektualny: pamiętać wątki, kojarzyć fakty, smakować opisy, rozumieć metafory itd. No i najgorsze: trzeba to sobie wszystko wyobrazić. Stworzyć samemu obrazy, pracować nad nimi, poprawiać je, podziwiać, rozmyślać nad nimi.

Nie każdy to lubi. Nie każdy potrafi. W przeszłości wobec braku innych rozrywek i kanałów komunikacji literatura zwiększyła przejściowo swój zasięg i wpływ na ludzi. Ale czas nie stoi w miejscu i najwyraźniej teraz znowu wraca do swojej elitarnej niszy. Niszy jednak tak dużej, że przez dekady nie zabraknie ani twórców, ani odbiorców, ani też zupełnie nowych pomysłów na zabawę z wyobraźnią. Nie ma więc nad czym łamać dłoni, lamentować i smucić się. Już lepiej sobie po prostu poczytać.

08:49, bekspejs
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 04 lutego 2008
Złośliwa rywalizacja jajników

Na ostatnim spotkaniu ze znajomymi pojawił się temat złośliwości kobiet wobec kobiet. Nie chodzi o jakieś ogólne mętne wywody, raczej o praktykę życiową relacjonowaną przez moich przyjaciół posiadających małe dzieci. Otóż gdy młoda matka ma problemy z dzieckiem (jest chore, ma badania itd.), to najmniej chętne do pomocy czy choćby pójścia na rękę w miejscu pracy są... nieco starsze kobiety z już odchowanymi dziećmi (powiedzmy nastoletnimi i starszymi). To wygląda trochę jak fala w wojsku i czasem tak jest przez same 40- i 50-latki tłumaczone: mi nikt nie pomagał, było mi bardzo ciężko i dałam radę - więc ty też sama sobie radź.

Niby jest to zrozumiałe: kobiety w średnim wieku chętniej pomagają swojej własnej grupie (taki metrykalny solidaryzm) i facetom niezależnie od wieku (czar penisa jak nic). Ale i tak małość takiego zachowania jest przygnębiająca. Zastanawiam się, na ile brak równego traktowania kobiet w warunkach pracy wynika z "solidarności plemników", a na ile z "złośliwej rywalizacji jajników".

PS Przypomniały mi się obejrzane ostatnio "Monologi waginy". Duża rzecz. Polecam.

PPS Tak przez skojarzenie z poczuciem wyższości kobiet z odchowanymi dziećmi wobec kobiet, które dzieci nie mają - fotka pokazująca wyższość kobiet nad mężczyznami.

13:31, bekspejs
Link Komentarze (6) »
Tymianek

Rozmowa telefoniczna.

Aptekarz: Halo, czy rozmawiam z panem Kowalskim? Czy to Pan kupował u nas wczoraj tymianek?
Kowalski: Tak, to ja. A o co chodzi?
Aptekarz Zaszło nieporozumienie i zamiast tymianku otrzymał pan cyjanek.
Kowalski: Hmmm. A jaka to różnica?
Aptekarz: 5 złotych i 30 groszy.

(zasłyszałem na imprezie i nie mogłem się powstrzymać przed zapisaniem go)

13:00, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Niecenzuralna anegdota

W mojej gazecie publikuję dość regularnie anegdoty korporacyjne. Takie opowiastki o durnych szefach, absurdach firmowej biurokracji, urokach wyjazdów integracyjnych i kodu ubioru. Zbieram je od znajomych, w autobusach, na forach internetowych. Oczywiście wszystko przetwarzam, usuwając identyfikacyjne szczegóły. Niestety – niektórych anegdot nie mogę wykorzystać. Po prostu są zbyt przegięte i jednocześnie zbyt charakterystyczne, by nawet po wytarciu nazw własnych i większości detali uzyskały odpowiedni poziom anonimowości. Gdybym się uparł i je wrzucił, to albo utrąciłaby je redakcyjna cenzura (mniej prawdopodobne, bo chłopaki nie wszystko musza kojarzyć z firmowych legend, a poza tym lubią się pośmiać), albo w rezultacie uzyskanego smrodu z dużym prawdopodobieństwem straciłbym robotę.

Poniższa historia tak mi jednak chodzi po głowie, że spiszę ją ku wiecznej pamięci przynajmniej na potrzebę niniejszego bloga. A chodzi o raut firmowy o charakterze integracyjno-dopieszczeniowym. Na diskobandżo zaproszono bowiem nie tylko członków wielkiej korporacyjnej rodziny (obecność w zasadzie obowiązkowa), ale także gości z zewnątrz, to jest urzędników samorządowych. Głównym punktem programu oprócz wyżerki miała być loteria wizytówkowa: obecni wrzucali swoje wizytówki do naczynia, a potem sierotka w osobie szefa wszystkich szefów miała losować nagrody. Początkowo chętnych do wrzucania było niewielu, ale gdy poszła plota, że wylosowani dostaną najbliższą pensję bez żadnego opóźnienia, to micha błyskawicznie wypełniła się karteczkami (niektórzy wrzucali po kilka – bo jak mówi przysłowie, trzeba dać szansie szansę). Gdy doszło do losowania, emocje sięgały zenitu. I..... poszło! – pierwsza wylosowana wizytówka: urzędas 1. Druga: urzędas 2. Trzecia: urzędas kolejny itd. Potem szczęśliwy traf sprawiał, że nagrody odbierali członkowie zarządu, szefowie działów i kilka innych osób, zgodnie z hierarchią. Firmowe pospólstwo nie zostało jednak całkiem pokrzywdzone przez los – na końcu nagrodę pocieszenia (album „Cudna kuchnia”) wylosował jeden z szeregowych pracowników. Był tak zaskoczony i zachwycony, że podjął szefa wszystkich szefów pod kolana i nie mógł wyksztusić słów podziękowania (potem się okazało, że potknął się o kabel nagłośnienia, a gadać nie chciał, bo nie dość, że był wstydliwy, to jeszcze pijany). Jak się łatwo domyśleć, po losowaniu więź między kierownictwem a szeregowymi pracownikami została wyraźnie wzmocniona, nie wspominając o nakręceniu motywacji wszystkich zespołów. No i zabawa była pyszna, a przede wszystkim: szef wszystkich szefów zadowolony, co z ulgą skonstatowały osoby organizujące imprę. Do ich obowiązków należało bowiem m.in. wyżebranie z każdego z działów firmy jakiegoś giftu do loterii wizytówkowej. Taki recykling trochę wyszedł, a recykling jest zdrowy, modny i – jak się okazuje – bardzo tani.

I jeszcze przez skojarzenie mój ulubiony Raczkowski z "Przekroju":

12:54, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 lutego 2008
Bigoteria rządzi?

Irytuje Was to, że im częściej ktoś wyciera sobie gębę etyką, tym częściej sam łamie jej reguły? Że najbardziej świętojebliwi politycy na luzie ignorują zasady, które chcieliby narzucać innym na zasadzie policyjnego przymusu? Nie jesteście paranoikami - są mierzalne wskaźniki pokazujące, że przynajmniej w świecie zachodnim im silniejsza pobożność (trudno naukowo ocenić: szczera czy na pokaz), tym częstsze odstępstwa od zasad moralnych przez religię zdefiniowanych.

Kiedyś zaskoczyły mnie badania przeprowadzone w Niemczech na statystycznie wiarygodniej grupie młodych dziewczyn. Chodziło o moment inicjacji seksualnej. Najpóźniej dochodziło do niej w przypadku muzułmanek - co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę konsekwencje utraty dziewictwa u dziewczyny, która żyje w często izolującym się środowisku współwyznawców Mahometa. Średnia wynosiła ok. 19 lat (przy czym w wielu przypadkach była to utrata dziewictwa w małżeńskiej alkowie). Rok wcześniej wianuszek traciły protestantki i ateistki, a mając 16 wiosen - katoliczki.

Ostatnio jednak znalazłem dane, które pokazują, że protestantyzm wcale nie jest rozwiązaniem na każdy grzech. Gdy podzielić USA na stany, gdzie dominują wyznawcy konserwatywnych kościołów chrześcijańskich (w tym katolickiego), oraz takie, gdzie religijność nie jest tak dominująca w życiu społecznym, to układ doskonale pokryje się z mapą wyborczą. Religijne stany będą "czerwonymi" obszarami dominacji partii republikańskiej. Mniej żarliwe regiony to "niebieskie" terytoria popierajace demokratów.

I tak:

- Wśród 25 miast USA o najniższym współczynniku przestępczości, 38% to miasta czerwone.

- Wśród 25 miast o najwyższej przestępczości - 76% to miasta czerwone.

- Trzy z pięciu najgorszych pod tym względem miast w USA leży w jednym z najpobożniejszych stanów - Teksasie (gdzie skądinąd poparcie dla kary śmierci jest w czołówce w całych Stanach - wszystko się zaplata w misterny węzeł).

- 12 stanów o najwyższym wskaźniku włamań - to stany czerwone.

- 24 z 29 stanów o najwyższym wskaźniku kradzieży - takoż.

- 17 na 22 stany z największym wskaźnikiem zabójstw - tak, znowu czerwone.

Georgy S. Paul zebrał do kupy powyższe i kilkadziesiąt innych badań przeprowadzonych w 17 krajach rozwiniętych i wnioski są jednoznaczne. Wyższy wskaźnik religijności koreluje się z wyższym wskaźnikiem zabójstw, wyższą śmiertelnością wśród młodzieży, częstszym występowaniem chorób wenerycznych, większym wskaźnikiem ciąż u nieletnich oraz aborcji. Tak tak, aborcji też.

Dlaczego podczas huraganów i katastrof w USA, jednym z najbardziej pobożnych państw na świecie, przybywa uzbrojone wojsko? Takie sytuacje kryzysowe (np. huragan, który w zeszłym roku spustoszył Nowy Orlean) prowadzą natychmiast do rabunków, włamań, zabójstw. Wśród bohaterskich strażaków w WTC nie zabrakło takich, którzy swoje czerwone toporki wykorzystali do rozwalania wystaw sklepów jubilerskich. Niektórzy świadkowie wspominają, że całe sekcje strażaków zamieniły się w bandy rabusiów (skądinąd dla dziennikarzy amerykańskich najszybszym sposobem na skończenie kariery było pod koniec 2001 r. napisać o tym zjawisku). W 1969 r. w Montrealu w Kanadzie - mieście dość religijnym - doszło do strajku policji. Od jego ogłoszenia o 8 rano w ciągu kilku godzin doszło do hekatomby: ludzie obrabowali 100 większych sklepów, tysiące mieszkań, 6 banków, konkurencyjne firmy podpalały nawzajem swoje siedziby, pojawili się snajperzy wymierzający sprawiedliwość itd.

Choć na logikę powinno być inaczej (?), nie da się naukowo udowodnić, że pobożność wspiera porządek społeczny, redukuje aspołeczne zachowania i agresję.

Henry Louis Mencken powiedział kiedyś: Ludzie mówią, że potrzebujemy Boga, kiedy chcą powiedzieć, że tak na prawdę potrzebujemy policji.

08:43, bekspejs
Link Komentarze (5) »
Trafiony-zatopiony

Od listopada ja i moi koledzy w pracy mieliśmy raz w tygodniu ozdabiać firmową stronę felietonami na różne, okołobiznesowe tematy. Wypełniałem ten obowiązek czasem z przyjemnością, czasem z męką - po nocach, zmęczony, tracąć na napisanie 500 znaków po kilka godzin. Przejmowałem się sprawą jako jedyny w całej redakcji - niektórzy koledzy nie napisali chyba nawet jednego tekstu, inni zrobili to tylko na zasadzie testu, czy potrafią obsługiwać narzędzie do wrzucania felietonów na stronę - i tyle.

Wystarczyło jednak, że nie napisałem mojego nastego tekstu w tym tygodni (pierwszy raz nie wypełniając zadania), a już usłyszałem cierpkie słowa na kolegium redakcyjne. Hmmm.

Abstrahując od spiskowej teorii dziejów (pozdrawiam Was, Dyskretni Obserwatorzy!), historyjka ta dowodzi, że brakuje mi umiejętności sprawnego migania się w pracy - takiego, które uchodzi uwadze kierownictwa.

Tyle do nauczenia, a tak mało czasu... 

07:53, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 stycznia 2008
Bawiąc, zbawia

Wobec telewizyjnej mizerii postanowiłem poszperać w poszukiwaniu rozrywki, która nie będzie mnie wyprowadzać z równowagi drewnianą grą aktorską i uwłaczającym mojej inteligencji scenariuszem. Jak się okazuje, Amerykanie potrafią coś takiego zrobić.

Trafiłem bowiem na serial "My name is Earl". Opowiada on historię żula, który całe życie cwaniakuje i kradnie, aż pewnego dnia wygrywa w zdrapce 100 tys. dolarów. Tyle że 5 sekund później potrąca go samochód, a w szpitalu żona podstępem zdobywa od niego rozwód, by związać się z jego kumplem. Acha, kupon naturalnie przepada. Kurując się Earl oglądając w tv odkrywa termin "karma". Nie bardzo rozumie, o co chodzi, ale upraszcza to do zasady mówiącej, że zło do człowieka wraca, tak jak wraca dobro - co robisz światu i bliźnim, to dostajesz z powrotem. Dlatego po wyzdrowieniu spisuje wszystkie swoje złe uczynki i postanawia każdy z nich naprawić. W każdym odcinku stara się jak może, by wykreślać z listy jak najwięcej punktów - czasem przychodzi to łatwo, a czasem wymaga niezłych kombinacji. Jak bowiem oddać bratu to, że nie zdobył w szkolnym meczu przyłożenia? Zacząć czynić dobro jest często o wiele łatwiejsze, niż odpokutować złe uczynki z przeszłości.

Serial jest śmieszny, pomysłowy, a przede wszystkim pouczający. Sam zacząłem się zastanawiać, jak długa byłaby moja lista, ile kosztowałoby mnie skreślenie z niej kilku punktów i czy w ogóle naprawienie niektórych brzydkich spraw z przeszłości jest możliwe. Nie dowiem się, póki nie spróbuję.

13:09, bekspejs
Link Komentarze (3) »
środa, 30 stycznia 2008
Normalne związki zawodowe

Wychodząc z Marriotu (patrz poprzednia notka) nadziałem się na protest związkowców reprezentujących pracowników branży spożywczej. Ponieważ musiałem się pomiędzy nimi przeciskać, zapytałem, o co im do diabła chodzi. "Praca stresuje. Nie chcemy mieć stresującej pracy". Acha.

Dlaczego postanowili podzielić się tą bolączką akurat z gośćmi hotelu Marriot? Jak rozumiem, uosabia on całe zło kapitalistycznego świata. Pamiętam w czasach liceum, gdy znalazłem ulotkę z "Listą Żydów Polskich" - pod numerem 37. - pomiędzy Bońkiem i Pawlakiem - widniał jak wół Hotel Marriot. Jedyny hotel w tym zestawieniu.

PS Ponieważ sam pracuję w firmie - konkretnie prowadzę własną jednoosobową działalność - postanowiłem założyć związek zawodowy, który będzie bronił moich praw wobec mnie samego, czyli pracodawcy. Jako szef związku zadbam o lepszą organizację pracy, zażądam utworzenia systemu motywacyjnego i zorganizuję sobię pływanie na basenie, bo od siedzenia na tyłku doznaję ogólnej atrofii i spada moja lojalność do siebie.

Jeśli się nie ugnę pod tymi żądaniami, to będę stanowczo protestował pod, a może nawet w siedzibie prezesa. Do skutku.

16:04, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Masakra na schodach ruchomych

Śniadanie prasowe. Manago nawijali o rozwoju portalu sprzedającego bilety lotnicze, a ja zajadałem pyszne kanapki z serkiem. Potem zmyłem się po angielsku, odebrałem kurtkę z szatni i zjechałem schodami ruchomymi w dół. Za mną jechała nimi para w średnim wieku. Kobieta miała ładny niebieski płaszcz z długim paskiem, który dyndał się przy samej ziemi. Nic dziwnego, że na końcu schodów, gdzie metalowe stopnie chowają się pod podłogą, by zawrócić pod spodem na górę, pasek został wciągnięty. Elegantka nerwowo próbowała wydostać go z maszyny, stojąc już na nieruchomej podłodze obok zdezorientowanego faceta. Schody jadą jednak z prędkością kilkudziesięciu centrymentrów na sekundę, więc w mgnieniu oka zaczęły wciągać ją samą za przyszyty do płaszcza pasek. Mężczyzna próbował oswobodzić ją z wierzchniej odzieży, zerwał guziki, wyswobodził jedną rękę, ale drugiej już nie zdążył. Maszyna pożarła ją z nieprzyjemnym chrupnięciem, potem wessała tułów i resztę, nawet buty, kapelusz i niebieską torebkę. Wrzask ofiary i jej ratownika przeszedł płynnie w krzyk i pisk świadków zdarzenia. Po chwili wracająca od góry gąsienica schodów poniosła geometrycznie uporządkowaną kaskadą czerwień krwi, zgniłą zieleń kiszek i błękit strzępków ubrania.

 

Potem obudziłem się, zmyłem się po angielsku, odebrałem kurtkę z szatni. I użyłem zwykłych schodów.

15:35, bekspejs
Link Komentarze (3) »
Nie ufamy facetom w dziwnych czapkach?

Zacytuję za Tygodnikiem Powszechnym:

W przeprowadzanych między 27 a 30 listopada 2007 r. międzynarodowych badaniach nastrojów, instytuty badawcze zrzeszone w prestiżowym Gallup International Association zadawały m.in. pytanie o poziom zaufania do przywódców religijnych. Polskie dane okazały się, jak mówią eksperci, szokujące. Tylko 8,8 proc. mieszkańców naszego kraju deklaruje zaufanie do władzy religijnej. W Europie Zachodniej słabszy wynik zanotowały jedynie Austria (6 proc.), Dania (7 proc.), Islandia (4 proc.), Luksemburg (5 proc.), Norwegia (5 proc.) i Szwecja (3 proc.). W Niemczech poziom ten wyniósł 30 proc., w Irlandii – 42 proc., w Belgii, co ciekawe, aż 26 proc. W uważanych za antyklerykalne Czechach – 7 proc. Wynik zbliżony do Polski (8 proc.) zanotowała Bośnia i Hercegowina, gdzie taki wynik mógłby mieć źródła w wieloletnim konflikcie etniczno-wyznaniowym.

Cały artykuł znajdziecie tutaj:

http://wiadomosci.onet.pl/1466120,2677,1,1,zagubieni_w_folii,kioskart.html

Warto przeczytać, bo z jednej strony pokazuje, jak łatwo metodologicznie pochrzanić kosztowne i pracochłonne badanie (nikt wobec biskupów czy prymasa nie używa określenia "przywódca religijny"). Z drugiej zestawia inne badania dotyczące zaufania ludzi do KK i tego, jak ono topnieje. To kurczenie się autorytetu tłumaczone jest trzema przyczynami: autorytaryzmem graniczącym z arogancją (vide sprawa in vitro), brakiem zdolności do dialogów (vide młodzież, która w 95% nie akceptuje nauki kościoła w sferze życia seksualnego) oraz... kiepskim PR-em i marketingiem.

Cóż, w czasach konsumpcji, religia staje się jednym z towarów - jej wyznawanie dostarcza pewnych dóbr, a pochłania czas, siły i pieniądze. Produkt może być dobry lub zły, ale wobec bogatej oferty, czyli dużej konkurencji w dziale "wiara i religia" (nie wspominając o konkurencji pomiędzy segmentami np. religia vs hobby) nie ma on szans na wzrost sprzedaży bez odpowiedniej, precyzyjnie skonstruowanej strategii marketingowej. Wielgachne katedry i witraże już nie działają tak, jak kiedyś.

14:12, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Wiedza nie prowadzi do wiary

Zostałem zindokrynowany. W procesie edukacji - nie tylko na lekcjach religii, ale przede wszystkim na innych przedmiotach uczonych w szkole oraz w wielu książkach popularnonaukowych - wprowadzono mi do głowy następującą zależność: im człowiek mądrzejszy, tym bardziej zachwycony złożonością i porządkiem świata, tym częściej przekonuje się do idei bezosobowego lub nawet osobowego Boga, a nawet Boga w postaci klasycznego katolickiego trzypaku z bonusami w postaci NMP i garnizonu świętych, aniołów, serafinów, cherubinów, tronów etc.

Wyjaśnienie tego mechanizmu złożone było z dwóch sztuczek. Jeden to rzekoma reakcja na niesamowitą funkcjonalność świata i życia: wystarczy delikatnie zmienić jedną z sześciu stałych kosmologicznych, a już wszechświat nie byłby wstanie stworzyć warunków do powstania Ziemi i życia. Popatrzcie z resztą jak Darwin na budowę oka: to nie mogłoby działać bez inteligentnego projektu, który szast-prast został implementowany w oczodołach stworzeń żywych. Generalnie: życie, istnienie, świat jaki znamy powstał na brzytwie nieprawdopodobieństwa. Tyle przypadków i zbiegów okoliczności, że za nimi musi kryć się pan na B. Albo pani. Albo różnokolorwa chołota B z tym gościem z głową krokodyla na czele.

Co do tej pierwszej sztuczki: działa on na wyobraźnię. No właśnie: na wyobraźnię, a nie rozum. Przyjmowanie teizmu na tej podstawie to kapitulacja umysłu: nie rozumiem, więc to musi być Bóg. A we współczesnym świecie można temu dopisać jeszcze jedną nieprzyjemną właściwość: "nie chcę wiedzieć, to musi być Bóg i kropka".

Druga sztuczka to zakład Pascala. Kiedyś kusiło mnie, by zadać sobie i innym pytanie, czy Bóg woli nieszczerych asekurantów, czy raczej odważnych sceptyków. Ale jakoś nie zadałem tego, albo przynajmniej nie zrobiłem tego dość głośno, by sam przekonać siebie, że Bóg domagający się powierzchownych mambo-dżambo, to coś absolutnie nie do zaakceptowania. Bo przecież do wiary nie można się przekonać - to jest łaska, to coś bliższego zakochaniu się, niż procesowi myślowemu "ok, faktycznie, lepiej chronić tyłek przed dźganiem widłami przez całą wieczność".

No i jeszcze grand finale. Skoro wszyscy mądrzy ludzie w ciągu swojej naukowej pracy lub na łożu śmierci przekonywali się do Boga, to jak mam czelność uznawać, że Boga nie ma?

Po zerowe: czy ktoś uczciwie zbadał, jak to było z tymi nawróceniami? Wątpię. 

Po pierwsze: jak już pisałem wyżej, wiara to jak zakochanie, łaska a nie proces myślowy. Zapewne wielu osobom zdarza się w różnych momentach życia uruchomić tę część mózgu, która za wiarę odpowiada. Tak, określono już, jaka to część mózgu.

Po drugie: umieranie jest tak trudną próbą, że nie dziwię się w to, że wielu ludzi chce wyposażyć się w poduszki powietrzne w podróży w zaświaty (metaforyczne!).

Po trzecie: kto niby tak masowo się nawraca?

Paul Bell dokonał zestawienia wszystkich poważnych badań dotyczących wiary oraz korelacji jej z  inteligencją oraz wykształceniem. Od 1927 r. znalazł takich badań 43, z czego 4 nie wykazały, że korelacja jest ujemna: im więcej w głowie, im sprawniejsze myślenie, tym słabsze przekonania co do tego, że na górze ktoś tam słucha wszystkich modlitw i od czasu do czasu dla żartu robi jakiś cud, co ma wiarę umocnić, albo tym bardziej cudu nie robi, by wiarę umocnić jeszcze bardziej. 4 na 43 nie wykazały ujemnej korelacji, co nie znaczy, że wykazały korelację dodatnią!!!

Dwa największe badania ostatnich lat to analiza przekonań członków amerykańskiego National Academy o Science oraz badanie obejmujące mądre główy z całej Wspólnoty Brytyjskiej - Royal Society. W pierwszym przypadku 7% elit naukowych Ameryki uznało się za teistów. W drugim Anglicy, Hindusi, Australijczycy itd. okazali się wierzący w 5%. Gdy przebada się laureatów Nagrody Nobla wyniki są podobne.

Dziś wychodzę z cienia indoktrynacji. Wiedza nie prowadzi do wiary, wręcz przeciwnie. Niby oczywiste, ale trzeba było światła danych i wysiłku, by to dostrzec, uznać, zaakceptować.

08:31, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 stycznia 2008
Zlikwidować publiczną służbę zdrowia

Najpierw historyjka.

1. Lekarz mówi, że nie wystawi takiej recepty, bo to musi inny lekarz. Podaje przy tym nazwę leku i dawkę, po którą mam się ustawić w kolejce.

2. Ustalam termin przyjęć u tego drugiego lekarza - przyjmuje za kilka dni. Konkretna godzina. Ten jednak zjawia się 45 minut spóźniony.

3. Nikt nie pilnuje porządku wchodzenia, więc mimo, że jestem na ten dzień zapisany jako pierwszy, wchodzę jako piąty - "ja byłam wcześniej" mówi moher, do którego wszyscy zwracają się po imieniu, bo przecież spędza w przychodni więcej czasu, niż w domu. "Ja jestem bardziej chory" stwierdza autorytarnie starszy facet. "Ja tylko z receptą". Kurwa mać, przecież ja też tylko z receptą!

4. Lekarz robi wielkie oczy, że ten poprzedni łapiduch nie wystawił mi tej recepty. "Pierwszy raz coś takiego mi się zdarza" mówi. To skomentuję obrazkiem:

5. Po trzech minutach przekomarzanek wystawia mi receptę, którą kreśli, poprawia, a przy tym zagaduje mnie, tłumacząc dość skomplikowaną metodę zażywania. Skutecznie - wprawdzie złapałem ją na wpisaniu złej daty, ale umknęło mi, że nie przybiła pieczątki.

Załatwienie nic nie dającej recepty, którą powinienem dostać od razu, zajęło mi 4 godziny (wliczając dojazd). Teraz będę musiał czekać kilka dni, aż lekarz znowu pojawi sięw przychodni i odczynić rytuał ponownie. Tym razem może zamaże datę, albo niewyraźnie wpisze nazwę leku, albo zrobi jeszcze coś, o czym do jasnej cholery jako pacjent nie wiem, póki nie stanę przy okienku w aptece.

Moja subiektywna ocena jest następująca: koszt 3 minut pracy lekarza wynosi ok. złotówki. Olewam to, ile zarabiam - średnia wartość godziny pracy przy średniej pensji podzielona przez trzy (bo na jednego pracującego przypada dwie osoby żyjące na garnuszku rodziny lub państwa) to 6 zł. Sam system w takim przypadku na zupełnie niepotrzebną procedurę poświęcił złotówkę ze swojego budżetu oraz 24 zł pracownika - a właściwie to 24 zł pracownika, pracodawcy i całej ekonomii. Tak w uproszczeniu.

Pomijając nawet zwyczajną kurwicę, jakiej można dostać w takiej sytuacji, jest to przykład tak perfekcyjnej niegospodarności, że nie pozostaje mi nic innego, jak po raz kolejny uznać, że publicznej służby zdrowia nie da się uratować. Skażona PRL-em, dryfująca po morzach biurokracji, jest niereformowalna, a przy tym stanowi takie obciążenie polskiej gospodarki, że administracyjna korupcja to przy tym mały pikuś.

-

Chciałbym jeszcze napisać, że z mojego doświadczenia lekarze dzielą się na trzy grupy: złych, tych, którzy biorą oraz tych, którzy wyjechali zagranicę. Biedne wyjątki od tej reguły, na skraju neurozy wywołanej frustracją, niewyspaniem i niedojadaniem najczęściej giną śmiercią bohaterów zbyt młodo lub zmieniają zawód.

Nic nie poradzę na to, ale tak właśnie wypada moja ocena kilkudziesięciu lekarzy, z którymi ja i moja rodzina miała styczność przez ostatnie dwie dekady. Tym bardziej nie widzę najmniejszego sensu w podtrzymywaniu przy życiu tego czegoś, co nazywa się służbą zdrowia, a samo jest bardziej chore, niż pacjenci.

PS Napisałem, i trochę mi ulżyło. A teraz wypiję barszczyk. Wasze zdrowie.

17:28, bekspejs
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 stycznia 2008
Po co żałoba narodowa?

Żałuję każdego człowieka, któremu przydaża się nieszczęście. Śmierć jest wprawdzie ostatecznym zakończeniem wszelkich nieszczęść, ale jednocześnie całkowicie uniemożliwia przeżywanie wszystkiego, co jest w życiu piękne, mądre i dobre. Więc szczególnie przykro mi słuchać o umieraniu bliźnich. Im śmierć zdarza się bliżej, tym bardziej mnie dotyka - rodzina, znajomi to są grupy ludzi, dla których najchętniej postarałbym się o eliksir nieśmiertelności. Im coś dzieje się dalej ode mnie w sensie emocjonalnym, geograficznym, percepcyjnym - tym moja szczątkowa empatia reaguje słabiej. I to chyba normalnie, bo inaczej zwariowałbym, użalając się nad każdym człowiekiem, który np. umiera z głodu - a proszę sobie wyobrazić, że w XXI wieku z głodu umiera JEDEN CZłOWIEK NA SEKUNDę. Pod percepcyjnością kryje się w tym przypadku dotykalność, przyswajalność, rozumienie danej sytuacji. Wypadek samochodowy to nieszczęście, które dotknąć może każdego kogo znam - stąd do mnie dociera i boli mnie, że tylu ludzi ginie bez sensu. Za to o wiele trudniej wykrzesać mi odrobinę współczucia dla ludzi, którzy giną włażąć na Mount Everest. Rozumiem, że kręci ich adrenalina, ale jak sobie pomyślę, jak wiele dobrego można byłoby zrobić za pomocą tej kasy i energii pakowanej w wyprawy na najmodniejszą górę na świecie, to mnie skręca.

Czy więc żal mi lotników, którzy stracili życie w niedawnej katastrofie lotniczej samolotu CASA? Pewnie, że mi żal, bo w końcu zginęli ludzie. Ale - mówiąc szczerze - żal mi ich mniej niż tych milionów dzieciaków, które umierają z głodu i chorób, które potrafimy leczyć od stu lat. Mniej nawet, niż samobójców, których jest co roku więcej niż ofiar wojen.

Dlaczego? Wiem, że generalnie powinienem uznawać, że każde życie jest warte tyle samo, czyli że jest bezcenne. Ale nie potrafię tak tego odbierać. A prawda jest taka, że zginęli żołnierze. Faceci wybrali zawód, w którym zabija się innych i ginie, gdy ktoś inny strzela albo coś pójdzie nie tak. Nikt ich na to nie skazał. Poza tym zginęli faceci dojrzali (bodaj dwóch trzydziestolatków z dużym hakiem, reszta czterdziestki i pięćdziesiątki na karkach). Mieli rodziny, bo mieli czas je założyć, przeciwnie niż 300 dzieciaków, które w tym roku porazi się śmiertelnie prądem. Poza tym byli oficerami, a więc gośćmi, którzy generalnie są twardzi i odważni, ale - z wyjątkiem trójki pilotów - sami nie ryzykują w czasie wojny, tylko walczą za ojczyznę przesuwając strzałki na mapach. Nic na to nie poradzę, ale zabitego szeregowca żal mi bardziej niż kapitana lub generała. No więc cała ta katastrofa w sumie ruszyła mnie mniej niż zeszłoroczna plaga dezynterii w Somalii. Jestem niewrażliwym bydlakiem, wiem.

No, skoro tak, to wcielę się teraz w osobę członka rodziny zabitego lotnika. Czy chciałbym, by cały wypadek był wszechobecny we wszystkich mediach? By politycy obcy ludzie przekazywali mi nieszczere wyrazy współczucia pod okiem kamer, tak by coś na tym ugrać? By ogłaszano żałobę narodową? Na ile potrafię przełożyć moje prywatne przeżycia i reakcje na tą sytuację, to z dużą pewnością mogę powiedzieć, że byłbym tak pogrążony w żalu i smutku, że zainteresowanie świata albo miałbym gdzieś. Albo by mnie tylko drażniło, bo przecież ci wszyscy ludzie nie znali tego mojego bliskiego, który zginął. Jego śmierć byłaby śmiercią kawałka mojego świata i "przykro mi" powtarzane jak mantra dookoła byłoby absurdalnym, irytującym, a w istocie nic nie znaczącym słowem wykonującym funkcję fatyczną języka, nic więcej.

 

Katastrofy są dla mediów, by zwiększały oglądalność. I dla polityków, by poprawiali swoje notowania i mogli oskarżać się nawzajem, że czegoś nie dopełnili, nie zadzwonili lub nie powiedzieli na czas. Ja pierniczę, ale trzeba mieć w sobie małości i hucpy, by w chwili ogłaszania żałoby narodowej zaczynać publiczne przepychanki dotyczące tego, kto kogo powinien powiadomić i w jakiej kolejności. Mi może empatii brakuje, ale tym pajacom na górze wywróciła się ona na lewą stronę.

PS Moja przyjaciółka M powiedziała, że to niezły znak od Boga, gdy giną PILOCI I DOWóDCY LOTNICTWA wracający SAMOLOTEM z imprezy poświęconej BEZPIECZEŃSTWU LOTNICTWA. Jeśli to ma być znak od Boga, to chyba tylko od tego popieprzonego starotestamentowego samca alfa niebios: zazdrosnego, brutalnego, chimerycznego i perwersyjnie okrutnego.

10:05, bekspejs
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
statystyka