Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
wtorek, 15 kwietnia 2008
Mariah królową arogancji

Ciągle kaszlę i prycham, nie czuję się zdrowy, ale pracować trzeba. Tym bardziej, że szef siwieje ze zgryzoty, bo w tym miesiącu (przez podróże i choroby) dorównałem do pozostałych dziennikarzy i oddaję moje teksty jeszcze później niż w zeszłym, a wtedy spóźnienia były skandaliczne.

Czemu tak się dzieje? Myślę, że to ogólne poczucie degrengolady. Spóźnienia nie są duże – ani jak na branżę, ani jak na tą firmę. Jednak atmosferę psuje co innego: nieszczerość i robienie z ludzi wała. Po kilku niedotrzymanych obietnicach szefa mojego szefa typu „pieniądze od teraz będą na czas”, trudno jakiekolwiek korporacyjne plany brać na poważnie. A po kilkukrotnych powtórkach mojego szefa „jestem w takiej samej sytuacji jak wy, idźcie się wykłócać o terminową kasę indywidualnie” ustawił się on z własnej woli w drużynie „prezesów”, a nie wśród „swojaków z redakcji”. Brak dyscypliny, bo brak autorytetu i jednocześnie brak systemu, porządku – wszystko jakieś takie niedokończone, niedopowiedziane, ani poczucia, że coś zrobiło się dobrze, ani tego, że coś było niedopracowane. Mam nadzieję, że będzie lepiej, że ten miesiąc będzie przełomowy i nieco potrząśnie moim szefem. Mam nadzieję, że wyniknie z tego coś dobrego, a nie po prostu kary za później oddane teksty – bo to ostatnie niewiele zmieni. Parę słów, nieco konsekwencji, i byłoby tak fajnie… Ale nie narzekam, napisałem parę drobnych rzeczy, zostały dwa większe teksty i jeden mniejszy do końca tygodnia. Damy radę.

A póki co przejrzałem prasę i przypadkiem znalazłem wypowiedź piosenkarki Mariah Carem:
Zawsze jak widzę te głodujące dzieci z Trzeciego Świata, to łzy same napływają mi do oczu… Ja też chciałabym być tak szczupła!

21:05, bekspejs
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 kwietnia 2008
Wenlafaksyna - i mamy kolejny wpis!
Skończyłem „Inne pieśni” Dukaja. To jedna z lepszych powieści magicznego pogranicza literackich wizji przyszłości, zbiegających się z przeszłością. Tak jak „Diuna”, historie Cortazara czy Calvino – nie zawsze łatwo ją sklasyfikować. Ale ma kilka poziomów interpretacyjnych, oraz wyjątkową, kunsztowną formę. Nie czyta się łatwo, ale z pewnością jest warta cierpliwości i skupienia.

Teraz dla rozluźnienia machnę Pratchetta („Straż nocna”), a potem zobaczę, co proponuje Pielewin w „Empire V”.

Z muzyki ostatnio eksploatowałem The Queen. Niesamowite, ile kawałków tej grupy kojarzę. Poczytałem biografię Mercury’ego. Ciekawe ilu z fanów wie, że koleś urodził się na Zanzibarze (dzisiaj – Tanzania), w rodzinie Persów wywodzących się z okolic Bombaju. Uczył się w tym Zanzibarze, potem pod Bombajem, a razem z rodzicami uczestniczył w nabożeństwach zaratustriańskich. Gdy miał 18 lat w Zanzibarze wybuchła wojna i rodzina wyjechała do Anglii. Gość zawsze miał dla mnie orientalne rysy, ale to wszystko jest dla mnie odkryciem.

Powoli przechodzę jednak z królówek na „The Wall” Floydów. Próbowałem nakłonić moją A do obejrzenia filmu, do którego zrobili muzykę chłopaki od Watersa. Ale zasnęła. Niełatwo jest dzielić emocje…

Poza tym odstawiłem fluoksytynę. Lek miał zadziałać w ciągu dni, najwyżej tygodni. Ale doczekałem się jedynie efektów ubocznych. Doktor G powiedział, że załapałem się do 30 proc. osób nie reagujących na tenże selektywny inhibitor wychwytu zwrotnego serotoniny. Wszedłem w wenlafaksynę – selektywny inhibitor wychwytu zwrotnego noradrenaliny i serotoniny, a ponoć także oddziałujący w mniejszym stopniu także na inne neuroprzekaźniki. Efektów ubocznych w zasadzie brak, wróciło zabite poprzednim lekiem libido (nie sądziłem, że jego brak może być tak dotkliwy – człowiek ciągle się uczy, szczególnie o sobie). Generalnie nie czuję rewolucji (dopiero przechodzę na pełną dawkę er 75, cokolwiek to znaczy). Ale pewna poprawa jest. Mogę więc spokojnie zaleczać przeziębienie, jakie złapałem latając po Paryżu w deszczu, pocąc się w czasie wystaw i marznąc na lotnisku. Mam piękny sznapsbaryton – Nuszka mówi, że będzie za nim tęsknić…

No to uzupełniłem bloga – a teraz zbieram się na kolegium redakcyjne, gdzie będę musiał wyjaśnić, dlaczego 10 kwietnia ciągle nie oddałem żadnego poważniejszego tekstu. I na cholerę były mi te wycieczki?
12:23, bekspejs
Link Komentarze (1) »
I jeszcze fotki z Niemiec

Z dwa posty niżej (czyli wcześniej) prosiła mnie o fotki z NAJWIĘKSZEJ FABRYKI CIĘŻARÓWEK NA ŚWIECIE. Cóż, nie mogę spełnić tej prośby z prostego powodu: zabroniono nam robić fotografie na terenie zakładów Mercedesa w Woerth. Łatwo się domyślić, że rasa panów nie porzuciła wizji podboju świata i po kryjomu obok ciężarówek produkują granaty, bomby, łodzie podwodne i niewidzialne myśliwce (tym bardziej nie było sensu ich fotografować, bo nie byłoby ich widać na zdjęciach). Wrzucę jednak kilka fotek z podróży.

Fot 1. Zostałem dołączony do delegacji czeskich dziennikarzy. Na zdjęciu pakują do luku bagażowego gitary basowe i słoiki ze smalcem.



Fot 2. To była moja najlepsza okazja porwania samolotu. Właściwie wszystko miałem pod ręką – byłem 2 metry od pilota, w kubeczku wrzątek, w foliowej torebce plastikowe mieszadełko do herbaty…



Fot 3. Jesteśmy w fabryce, w części z ekspozycją. Czesi właśnie wypakowali sprzęt i podłączają wzmacniacze. Część jest już w toalecie i smarują się tłuszczem. Zaraz zaczną ostre basowanie. W tle ciężarówki – nawet nas takimi wozili w ramach atrakcji.



Fot 4. Ulice Karlsruhe. Białe kozaczki ciągle w modzie. Ciągle.



Fot 5. Rowery nie są najpopularniejszym środkiem transportu w Karlsruhe.



Fot 6. Pomnik wieszcza i piramida poświęcona elektorowi Palatynatu. Pytałem kilku mieszkańców miasta, czemu poświęcona jest ta bryła. Jeden powiedział, że chodzi o elektorat, a inny, że to pomnik elektronu Palatynatu. Może to jest rasa panów, ale oni budują piramidy, a potem nie pamiętają, dla kogo to robili.

11:48, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Francuskie porządki

Gdy zwiedzałem fabrykę Mercedesa 5 km od francuskiej granicy, kilka razy zdarzyło mi się słyszeć określenie "francuskie porządki" albo "francuska organizacja". Zawsze mi się zdawało, że na bałagan, prowizorkę i improwizację Niemcy używają określenia "polnische wirtschaft", ale najwyraźniej bywa z tym różnie. Wykluczam to, że zmienili formę z uwagi na moją obecność - byłem w czeskiej delegacji i nie nalepiłem sobie biało-czerwonej flagi na czole.

Pojechałem do Francji i od razu zrozumiałem sens kąśliwych uwag Szwabów (piszę to bez negatywnego oddźwięku – Karlsruhe jest w Szwabii). Począwszy od przylotu na Charlesa de Gaula i na tym samym lotnisku w drodze powrotnej kończąc wszystko nosiło znamię bałaganu, partyzantki, niepewności, kombinacji lewą ręką do prawego ucha.

Scenka 1: Przylot

Samolot zatrzymał się na płycie lotniska. Po kwadransie (sic!) podjechał autobus, który miał zabrać nas do terminala. Stewardessy kazały nam się zbierać, ludzie zaczęli wysiadać, a autobus… odjechał, nie zabierając nikogo. Załoga poinformowała, że zaraz przyjedzie inny. I znowu 10 minut czekania.
Potem wpuszczono nas przez odprawę, machanie dowodem osobistym i sio po bagaże. Ale po drodze labirynt – jakieś wąskie przejścia, klitki, schowki na szczotki, rozgałęziające się korytarze bez żadnej informacji i żywego ducha, a w końcu, w przedsionku sali, gdzie transportery wywalały już nasze walizki, ekipa remontowa kująca młotkami w sufit (kłęby kurzu, tynk, wiszące kable).

Fot. Samochód próbujący pożreć samolot (tak, byłem w d’Orsay).



Scenka 2: Hotel

Mieszkaliśmy tuż przy Polach Elizejskich (Aux Champs-Elysées, aux Champs-Elysées Au soleil, sous la pluie, à midi ou à minuit… itd.) w hotelu o francuskiej nazwie Warwick. Taki lekko przetarty i zużyty prawie luksusik. No, ale niewielkie nieporozumienie z niby angielskojęzyczną obsługą w czasie rezerwacji i dostaliśmy dwójki, ale z małżeńskimi łóżkami. Okazało się, że kierownika wycieczki (pijarowca z firmy, która zaprosiła dziennikarzy) mam szansę poznać o wiele bliżej…

Fot. Kierownik przegląda Kamasutrę (dostarczaną w każdym francuskim hotelu w miejsce Biblii) i próbuje wybrać odpowiednie pozycje na wieczór. Obrazki na ścianach nie pozostawiają zbyt wiele wyobraźni.



Scenka 3: Statek

W ramach atrakcji wszyscy uczestnicy wycieczki mieli zjeść kolację na statku płynącym po Sekwanie. Przy przystani, z której mieliśmy startować, zacumowanych było z siedem statków. A my lataliśmy kilometr w górę rzeki, a potem abarot powrotem – cały czas ktoś nas odsyłał. „Przystań numer 1”, „Nie, proszę pana, numer jeden na pewno nie – to ma być numer 7” itd. Po paru odbiciach znaleźliśmy właściwe miejsce, ale wtedy dowiedzieliśmy się, że to połowa sukcesu – tam mieliśmy jedynie podbić bilety, a płyniemy innym statkiem. Więc znowu przystań 6, a potem 1 – to nasz statek! I tu niespodzianka: statek płynie nie w górę rzeki obok Ile de France (samiuśkie historyczne centrum Paryża), ale w dół rzeki. Poziom Sekwany jest zbyt wysoki. Zadziwiające, że nikt o tym nie pomyślał, gdy sprzedawano bilety kilka godzin wcześniej…

Fot. Jak widać poziom Sekwany wzbiera w oczekiwaniu na nasz wieczorny rejs.

 


Scenka 4: Fotki

Ponieważ oczekiwanie na zamówione dania się przeciągało, dla pasażerów wymyślono atrakcje. Oprócz zawodzącej szlagiery Pani na Scenie, po statku latała Pani Fotograf o japońskich rysach i robiła wszystkim fotki. Na samym początku powiedziała wyraźnie, że nie będzie żadnego wymuszonej opłaty czy czego – mamy się dobrze bawić i ładnie wyjść na zdjęciu. Nienawidzę fotografii, ale byłem w towarzystwie i nie chciałem robić siary. Piękny uśmiech i spojrzenie spod rzęs a la Adonis. Wyszło nawet śmiesznie, więc ucieszyłem się, gdy dostałem odbitkę. „20 euro” powiedziała Pani Fotograf z uśmiechem. Zabrakło mi sprytu, by się od zakupu wykręcić, asertywności? Trochę tak, ale pomyślałem także, że przecież moja A chciała, bym zamiast czekoladek (jakie przywiozłem z Niemiec), z Paryża przywiózł jej coś ślicznego. No, więc dostała moje śliczne zdjęcie.

Fot. W czasie rejsu niezidentyfikowany obiekt latający ostrzelał laserowo Wieżę Eiffla. Na pierwszych stronach francuskich gazet utrzymał się jednak trwający od tygodni narodowy spór o to, które gatunki czerwonych win można podawać schłodzone.



Scenka 5: Śniadanie

Standardowo w hotelu płaci się za spanie i śniadanko. Tak też było i w naszym przypadku. Siedzimy sobie, zajadamy dobre rzeczy, a tu nagle podchodzi kelnerka do mojego kolegi i wręcza mu rachunek. Ani za całą grupę, ani za całe jego śniadanie (to był szwedzki stół, więc nie bardzo było jak to określić), ot tak za kawę i kanapkę. Tylko on dostał rachunek, żeby było śmieszniej. Próbował to wyjaśniać, ale on nie był wstanie szefowi obsługi wskazać właściwego kelnera, a żaden z kelnerów nie kojarzył jego osoby. Ciekaw jestem, czy w końcu ten rachunek zapłacił…

Scenka 6: Trochę pracy

Nadszedł czas na realizację zasadniczego celu wycieczki, czyli oglądanie osiągnięć technicznych i usług firmy, która nas zaprosiła. Wszystko było opracowane w szczegółach, co do minuty: jakie piętro, jaka wystawa, jaka prezentacja, jaki prezes nas powita itd. Nawet jeden punkt się nie zgodził, wszystko było fastrygowane na bieżąco przez zmieszanych gospodarzy i naszych opiekunów z Polski. „Jedziemy na piętro trzecie… ojej, ale tu już są dwie grupy, no to na piąte, ojej, ale tu nie ma prezesa, to zejdźmy schodami na drugie, ojej, ale tu są goście z Japonii i jest tłok, no to może na górę na mały poczęstunek, ojej ale tu wszystko zjedzone i jeszcze nie posprzątane…”.
Na raty i po kawałku, ale w sumie widzieliśmy to, co mieliśmy zobaczyć. I dwa razy załapaliśmy się na przekąski – bałagan można czasem wykorzystać.

Scenka 7: Duchota

W czasie zwiedzania wszyscy spływali potem – w budynku było okropnie gorąco i duszno. Znalazłem panel klimatyzatora: 24 stopnie. Nic dziwnego, że tak się męczymy. Zapytałem organizatora, czy dałoby się coś z tym zrobić, bo nikt normalny nie podkręca tak termostatu. Usłyszałem „Facet od regulowania klimatyzacji przychodzi po 13. Nie możemy sami zmieniać temperatury”.
Bronią stanowisk pracy kolegów, nie wierzą w to, że można wcisnąć przycisk bez zepsucia go, jeśli się nie miało przeszkolenia, czy raczej celebrują hierarchiczny i organizacyjny obłęd?

Scenka 8: Bagaże

Zabraliśmy swoje rzeczy z pokojów hotelowych, ale zostawiliśmy w hotelowej przechowalni bambetle, by spokojnie coś zjeść w restauracji. Po powrocie do Warwicka niespodzianka (no bez przesady, było wiadomo, że tak to będzie) – nie mogą znaleźć naszych tobołków. Kilka osób lata i szuka. Mój kolega: „A te walizki, które stoją tuż przy drzwiach przechowalni?”. Nie, to nie nasze. OK, czekamy. Po kwadransie jednak okazały się jednak nasze (wszyscy spokojnie czekali, aż obsługa to w końcu odkryje), więc możemy jechać na lotnisko.

Scenka 9: Odlot

Lotnisko w drodze powrotnej przypominało to latanie nad brzegiem Tamizy. Tysiące ludzi, dziesiątki kolejek, nikt nic nie wie, najmniej obsługa. Staliśmy w złym terminalu (na biletach były podane błędne informacje), a potem w 2 złych kolejkach. Jakoś jednak udało się dostać do samolotu. I taki spokój – pewnie polecimy do Casablanki, bo przecież na Sekwanie jest wysoki stan wód.

Fot. Kompletny odlot.



-

Poza powyższymi atrakcjami wyjazd do Paryżewa był całkiem udany. Zrobiłem sobie 4-godzinny spacerek, pokonałem jakieś kilkanaście kilometrów oraz zobaczyłem sobie kilka neoklasycznych obrazów i rzeźb w d’Orsay. To nie był mój pierwszy pobyt w tym mieście, nie miałem też dość czasu, więc ot tak, połaziłem, pogapiłem się trochę.

Fot. Tak, minąłem Luwr dostojnym krokiem. Zostawiam go fanom Dana Browna.

Największe odkrycie tej krótkiej wycieczki to jedzenie. To żadne odkrycie, ale wiedzieć, a doświadczyć – to dwie różne sprawy. Chodzi o to, że w Paryżu można trafić równie łatwo na pychotę, co na świństwo i nigdy nie wiadomo, co się trafi. Wybierając na chybił-trafił jadłem przepyszne ślimaki w maśle, ale też obrzydliwe, zimne i pozbawione smaku żabie udka. Trafiły mi się świetne polędwiczki, ale i obrzydlistwo z baraniny (a może to były baranie flaki – w każdym razie wyglądało równie paskudnie, jak smakowało. Piłem zarąbistą kawę, ale i najgorszą lurę w życiu. Od tej różnorodności wyjątkiem jest posiłek w czasie lotu Air France – z zasady jest po prostu kiepski, niesmaczny i taki odwalony. Dla porównania: w czeskich liniach poczęstunek jest milutki i całkiem smaczny.

Fot. Czas wracać.

 

PS Nie znoszę fotografii. Ale chyba lubię wrzucać je na bloga :) 

11:00, bekspejs
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 kwietnia 2008
Rekord
No i pobiłem mój rekord nieobecności na blogu. Ciekawe, że przerwa nastąpiła niedługo po zaaplikowaniu prozaku, a wracam do pisania po odstawieniu. Może to placebo, jakie dostałem, ma jakieś odwrócone działanie? No bo mam wrażenie, jakby moja niechęć do jakiegokolwiek konstruktywnego działania (a właściwie niezdolność) zwielokrotniła się w ostatnich tygodniach. Ale nie jest jeszcze tak beznadziejnie - napisałem ponad 20 stron artykułów do mojej gazety, zgarnę dzięki temu przyzwoitą wierszówkę. Pomajstrowałem też przy kompie i net działa odrobinę lepiej. Próbowałem też naprawić komputer siostry, dokonałem też jednej naprawy u mojego ojca. Coś tam jednak z siebie wykrzesałem, choć nie zdołałem znaleźć radości w środku na tyle, by zorganizować spotkania filmowe, o których od miesięcy myślę. Nie udało się także wybrać na basen, choć zdołaliśmy po roku przymiarek kupić klapki. A nawet znaleźć najbliższy basen. I pójść do tramwaju, by do niego pojechać. Niestety, zbieranie się do tego trwało cały dzień i ruszyliśmy na godzinę przed zamknięciem. A potem staliśmy 20 minut na przystanku, bo nie przyjechały kolejne 4 tramwaje, jakie miały dowieść nas na miejsce. Karma? Moja A uważa naturalnie, że przede wszystkim zaniedbuję jej osobę. Brzmi to głupio, ale staram się wykrzesać z siebie tyle, ile mogę. Najwyraźniej to niewiele. Żadna pociecha, że znajomych zaniedbuję daleko bardziej - w ostatnim miesiącu odwiedziłem chyba tylko Ć, a i tak czułem się jakiś osowiały i nie miałem tego przyjemnego uczucia, jakie mam zwykle po intensywnej wymianie myśli, poglądów, opowieści, dykteryjek. W środę wróciłem z Niemiec. Oglądałem największą fabrykę ciężarówek na świecie. Jest ona położona 5 km od francuskiej granicy, w niemieckim Palatynacie koło Karlsruhe. Jutro ruszam kawałek dalej - do Paryża. Oglądać, jak francuscy lekarze operują przez internet. W ciągu obu wypraw zaliczę 6 przelotów samolotem - to 6 razy więcej, niż do tej pory przez całe moje życie (chowałem się pod kamieniem, wiem). Ale i tak zawsze wspominał będę pierwszy lot - miałem 20 lat i jeszcze załapywałem się na jakąś zniżkę. Lot bez celu - lot był celem. Polecieliśmy sobie z H do Gdańska. Ot tak. Bilet kosztował nasze wszystkie rezerwy gotówki i spowrotem wracaliśmy stopem z międzylądowaniem w Olsztynie. Piękne czasy charakteryzowały się przede wszystkim, że mieliśmy dużo czasu. Czas, czas, czas. W podróży skończę książkę Dukaja "Inne pieśni". Co za zakręcony pomysł na budowę świata! Autor wyobraził sobie, że starożytni Grecy mieli rację i że fizyka działa tak, jak wyobrażał sobie Arystoteles: pierwiastków jest pięć (ziemia, woda, powietrze, ogień i eter). A żydowscy alchemicy kombinują z liczbami pierwszymi i rekombinują je w nowe formy. Formy - wszystko krąży tam wokół form. Ktoś, kto jest ojcem automatycznie wygląda jak ojciec i jego silniejsza forma z natury odciskuje piętno na dzieciach. Jakże inaczej ludzie postrzegają siebie, jakże ważna jest pozycja w hierarchii, jakże kluczowa wola - ale wszystkim rządzi forma.
18:55, bekspejs
Link Komentarze (2) »
środa, 12 marca 2008
Telegraficzny skrót

Modernizacja komputera okazała się upiornym torem przeszkód. Maszyna nie tylko bez końca łączy się z neotradą (z czym problemów nie ma laptop), ale także wyłącza się bez ostrzeżenia - także podczas pisania notek na blogu. Za to w laptopie zaczęła szwankować klawiatura. Oba kompy trafiły do serwisu, a mi został pożyczak, który wydaje z siebie trzaski głośnikiem, gdy na nim piszę.

Męczy mnie to, męczy mnie mój wewnętrzny bezwład, zaległe teksty, a także to, że nie mogę dać Nuszce tyle z siebie, ile bym chciał. I mimo cholernego prozaku wcale nie mogę odnaleźć sobie radochy i ekscytacji tym, że jeździłem sobie ostatnio na segwayu, a dziś obejrzałem na żywo "Inconvenient truth". Niech te prochy zaczną działać, bo na pytania "co słychać" zacznę odpowiadać "nie wiem".

 

20:09, bekspejs
Link Komentarze (4) »
piątek, 07 marca 2008
Sztuka demotywacji
Dziś nie będę pisał o dystymii, która w moich trzewiach walczy o prymat z lenistwem. Będzie o demotywacji, jaką fundują nam pracodawcy.

Przykład pierwszy, firma U. Płacą nieźle, powyżej średniej na rynku, ale nigdy nie wiadomo, kiedy otrzyma się pieniądze. W rezultacie ludzie, którzy pozakładali firmy, ciągle zadłużają się, by zapłacić podatki i zusy, a potem żołądkują się o spóźniające się płatności. A zleceniodawca raz spóźni się tydzień, raz miesiąc, innym razem zapłaci połowę, a potem długo czeka się na resztę. I cały efekt przyzwoitej gaży trafia szlag.

Dla opłacanych w ten sposób ludzi to nie powinien być wielki problem: wystarczy z kilku pensji zbudować sobie bufor oszczędności, za pomocą którego doczekać można do kolejnego przelewu. Tyle, że niektórzy mają tyle płatności, kredytów, alimentów itd., że tworzenie tej rezerwy przebiega dość długo. Poza tym otwiera się pytanie: czy otwarta linia kredytowa, którą można otworzyć mając najmniejszą firemkę, jest poza zasięgiem zleceniodawcy? Czy wszystkie koszty pracowe (włącznie z ceną takiego kredytu) opłaca się przerzucić na zatrudnionych, bo i tak mają lojalność kondotierów i morale chłopów wcielonych siłą do armii?

Przykład drugi, czyli firma N. Znajoma właśnie starała się o podwyżkę i usłyszała, że ciężka robota, jaką odwala od miesięcy, a która nie różni się od tego, co robią jej zarabiające trzykrotnie więcej koleżanki, zasługuje na uznanie. Ale nie na podwyżkę. Bo przecież jest recepcjonistką. A gdy zwolni się miejsce wyżej w hierarchii służbowej, to poszukają kogoś niedoświadczonego poza firmą... a moja znajoma będzie ją wprowadzała w zawód rekrutera.

Czy można budować trwały sukces przedsiębiorstwa opierając się na zespole sfrustrowanych ludzi o stopniowo coraz bardziej zaniżonej samoocenie? A może tu nie chodzi o sukces firmy, ale o samopoczucie szefa?
08:36, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 marca 2008
Nowy, a wygląda jak stary

Piszę o moim komputerze. Zapewne jest mnóstwo razy szybszy i ma o wiele więcej możliwości, niż ten poprzedni, ale z zewnątrz to mój stary blaszak (bo została stara obudowa).

Tak jak z ludźmi - powierzchowność może kryć różne osoby. Szybkie i wolne, sprytne i nie, irytujące i pomocne, głośne i ciche, kontemplacyjne i ekstrawertyczne.

Tak jakby zaleciało banałem, co? 

19:48, bekspejs
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 lutego 2008
Cleese reklamuje

Jeden z polskich banków promuje się właśnie z pomocą Johna Cleesa, chyba najlepiej rozpoznawalnego członka trupy Monty Pythona.

 



Najbardziej w tej reklamie rozbawiło mnie to, że Nuszka okropnie ją znielubiła po pierwszym obejrzeniu (a nawet przed: po mojej pierwszej relacji na temat Cleesa i reklamy).

Ale zostawmy temat szybkiego uprzedzania się i zajmijmy się Cleesem. Facet nagrał setki reklam dziesiątków produktów, niektóre znalazłem na youtubie i są naprawdę zabawne. Tu macie reklamę Compaqa z lat 80.:


I jeszcze jedna absurdalna (a czego się spodziewaliście? :)

A co powiecie na to? (Kaupthing)
A Giroblauw? (cokolwiek to jest)
 
I jeszcze na koniec reklama społeczna (czy jak to się zwie).
 
 
Jak widać, odkryłem kolejną możliwość wzbogacania bloga i pewnie w najbliższych dniach będę jej nadużywał. Nic na to nie poradzę, że cieszy mnie wszystko to, czego ni z tego ni z owego nagle się nauczę. 
10:06, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 lutego 2008
Bekspejs popierduje

Jestem człowiekiem wielu talentów. Jakiś czas temu nauczyłem się na przykład wydawać nieprzystojne dźwięki przy użyciu samych złożonych ściśle dłoni. Jeśli któremuś z czytelników wydaje się, że wydawanie nieprzystojnych dźwięków innymi częściami ciała jest talentem to informuję - to nie talent, ale fizjologia i nie ma powodu do dumy.

Pierdzenie dłońmi nie jest tak bezużyteczne, jakby się mogło zdawać. Pozwala na przykład nawiązywać kontakt z dziećmi i podrostkami, których ta sztuczka nieodmiennie bawi, szczególnie prezentowana na forum publicznym.

Niestety, talenty czasem wyrywają się spod kontroli. Nie dalej jak wczoraj wybrałem się na konferencję poświęconą 100 dniom premiera. Główni goście to dwóch wiceministrów najważniejszych resortów, do tego przedstawiciele organizacji biznesowych po jednej i redaktorzy naczelni poczytnych pism po drugiej stronie. Wszyscy pięknie usadzeni przy podkowiastym stole. Do tego kilkadziesiąt osób luzem siedzących na stojących obok podkowy krzesłach ustawionych w kilka rządków.

Najpierw prowadzący blablabla, potem ministrowie jednostajne bla, potem organizacje blabla, potem ministrowie bla - i tak to się toczyło. Przeczytałem wszystkie materiały dostarczone przez organizatorów, namalowałem kilkanaście rozpaczliwych sześcianów, wypiłem dwie kawy i zjadłem te ciacha, do jakich mogłem sięgnąć. Jak na złość nie mogłem poczytać przygotowanej uprzednio rezerwowej "Polityki", bo obok siedział dziennikarz tej gazety. Ja bym nie chciał, by ktoś usiadł obok mnie i czytał moją gazetę, więc na zasadzie wzajemności postanowiłem mu tego nie robić.

Podpierałem głowę na dłoniach, zaplatałem palce, przesuwałem w dłoniach długopis. Czymś się zająć. Nie zasnąć. Obok "Polityka" opuściła głowę, pokonana, po mojej drugiej stronie "Rynki zagraniczne" delikatnie pochrapują. Po przeciwnej stronie stołu ludzie podszczypują się i kolegów w dłonie, by nie dać się Morfeuszowi. Eksposeł na luźno postawionym krzesełku łagodnie pochyla się w prawo i traci punkt podparcia. Rozbudzony kontaktem z ziemią otrząsuje się i wraca na pozycję. Niewiele osób to zauważa, wszyscy skoncentrowani są na własnym froncie, na odparciu fali senności.

Po wyłamywaniu palców moje dłonie jakby bezwiednie odnalazły właściwe ułożenie i PRUUUUUT! Stężałem. Kilka par oczu popatrzyło się w moim kierunku. Zniesmaczone miny dalszych sąsiadów i zdziwione bliższych - słyszeli, że dźwięk wydobył się sponad stołu, a nie spod niego. Poza tym organoleptycznie wiedzieli, że to jakaś chytra sztuczka.

Żeby ratować sytuację postanowiłem ponowić pokaz. PRUT PRUT PRUT. Tym razem kilkadziesiąt osób zwróciło na mnie uwagę i grupa, która wiedziała już o co chodzi, stała się mniejszością.

No więc PRUT PRUT PRUT PRUT PRUT PRUT. W sali zaległa cisza.

- Czy ktoś jeszcze chciałby skomentować wystąpienie pana ministra? - zapytał jękliwym głosem prowadzący spotkanie.

- PRUT - odezwało się po przeciwnej stronie stołu, przy którym siedziałem.

- PRUUUUT - odpowiedział ktoś w głębi sali.

- PRUT PRUT PRUUUUUT - spointował prowadzący.

08:07, bekspejs
Link Komentarze (5) »
Quasiszatan

Sakrafata inwigilata?

07:40, bekspejs
Link Komentarze (1) »
wtorek, 26 lutego 2008
Lexapro, czyli z ulotki leku

Escitalopram jest selektywnym inhibitorem wychwytu zwrotnego serotoniny (SSRI).

Możliwe działania niepożądane leku:

- Występujące u ponad 10 proc. pacjentów - mdłości (płynnie przejdę z niestrawności, która mnie męczy od piątku w niestrawność indukowaną przez lek).

- Występujące u 1-10 proc. - zapalenia zatok, zmniejszenie apetytu (fo fajne!), trudności w zasypianiu (ups), uczucie senności (to powinno pomóc w zasypianiu), zawroty głowy (to chyba, jak w końcu dostanę zaległy przelew z gazety!), ziewanie (przy senności nic dziwnego), biegunka (cholercia), zaparcia (naturalne antidotum na biegunkę), nasilone pocenie się (mówcie mi Stinky), zaburzenia funkcji seksualnych (aaaaaa!), uczucie zmęczenia (to brzmi jak wymówka tych dysfunkcji seksualnych), gorączka (a to jak zaprzeczenie).

- Występujące o mniej niż 1 proc. - zaburzenia snu, zaburzenia smaku (sądząc po dowcipach, jakie ostatnio publikuję na blogu, to mam ten efekt ex ante).

- Rzadko pojawiają się - i tu cała lista z porfirią, lewitacją i zgonem włącznie.

-

Lekarz był chyba młodszy ode mnie. Ale spostrzegawczy, bystry i sympatyczny. Od ręki wyleczył mnie z depresji. Bo zamiast niej mam dystymię.

Ocho, odpalają się mdłości i zawroty głowy. Więc wybaczcie, ale urwę w pół słowa.

20:29, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Ruchanna

Ostatnio rozśmieszyła mnie taka rozmowa:

- Ona się nazywa Rihanna, ta piosenkara. Dlaczego mówisz na nią "Ruchanna"?

- Bo jest z Barabadosu.

-

Dziś miałem ciekawy dzień. W ciągu godziny widziałem: Ziemkiewicza, Gomułkę (ale tego wiceministra finansów, a nie tego od "ni pies ni wydra, coś na kształt świdra"), Jana Tomasza Grossa i papieża (potem się okazało, że to tylko drzewa się tak ułożyły).

Dobrze, że lekarz, do którego się wybieram za pół godziny, ma w ramach swojej specjalności "urojenia".

A mówiąc poważnie - denerwuję się. Nie lubię takich wizyt. Od spotkania z psychiatrą wolałbym już badanie u proktologa. Tam przynajmniej uzewnętrzniając się mógłbym myśleć o czymś miłym i odległym.

Zamienię depresję na hemoroidy. Mogą być nawet wydatne, 3. stopnia.

-

Po sajkokilerze idę do dentysty. Tam się znieczulę (jakby nie dość było bezwładu i zobojętnienia :). I naprawię drugą z czterech plomb, jakie zafundowałem sobie 2 tygodnie temu. Jeśli dent mnie za to staksuje, to chyba poszukam innego lekarza...

Ć skomentował jakiś czas temu moje jęki zdrowotne:

- Chcesz wiedzieć, dlaczego boli cię kolano i w ogóle jest niezafajnie? Spójrz do dowodu osobistego. Tam jest taki zestaw cyferek: data urodzenia. Jakieś pytania?

Ja bym dodał jeszcze jeden element dowodu: tego białego ptaszka na białym tle, który mówi, że jestem Polakiem i mam obywatelski obowiązek narzekać, marudzić i wieszać psy na całym świecie z jego przyległościami. Tak mi dopomóż Bóbr.

16:02, bekspejs
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 lutego 2008
Dopadło mnie

Nie mam siły, ani weny, by pisać. Senne poranki przechodzą w senne wieczory. Nawet sprzątniecię wokół siebie czy umycie się to zadania rozpisywane na punkty i realizowane z determinacją himalaisty zdobywającego K2 od najgorszej strony.

Deprecha. Jak to na wiosnę.

Szukam na Woli jakiegoś miłego psychiatry, który dobierze mi odpowiednie pigułki szczęścia. Poprzednie odpalały po kilku tygodniach i pozbawiały mnie niemal całego libido - nic fajnego.

Życzcie mi powodzenia.

08:15, bekspejs
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 lutego 2008
Użyteczność bloga

Ten wpis to rodzaj testu użyteczności pisania bloga. Szukam elektryka, który wpadłby do mojego mieszkania na Woli i naprawił oświetlenie kuchni (takie lampki małe wbudowane w szafki kuchenne). Nie wiem, co się tam schrzaniło, ale ponoć nie transformator (tak twierdzi właściciel mieszkania). Chodzi mi oczywiście o szybkie i skuteczne działanie połączone z niewygórowaną ceną.

Znacie kogoś takiego?

11:43, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Muzyka na dziś

Przez kilka tygodni, a może miesięcy nie słuchałem absolutnie niczego - no może czasem barokowego Marsalisa lub chorały gregoriańskie do pracy, czasem przeplatane z Haendlem. Takie nieinwazyjne tło wspomagające koncentrację powtaralnością, porządkiem, harmonią.

Zastanawiałem się ostatnio, dlaczego niektóre kawałki, zespoły, wokaliści od razu zdobywają moją sympatię, a inni ni cholery. W odróżnieniu od Nuszki, która ma ucho muzyczne jak Zapendowska, nie obchodzi mnie technika. Zespół może fałszować, grać niedbale, gubić się trochę w nutach, wokalista może mieć pół oktawy i wadę wymowy, teksty piosenek mogą być banalne lub wręcz głupie. Ale całość musi mnie trafiać, dotykać czegoś we mnie, poruszyć mnie, zadziwić, rozbawić, zasmucić, nakręcić, uspokoić. Coś ze mną zrobić. Tylko to się liczy, reszta to detale.

Weźcie takie Sex Pistols, albo Lecha Janerkę, albo Williego Masona, albo Andrzeja Zauchę, albo niektóre mozartowskie pitolenia na klawesynie. Jakby się temu przyjrzeć obiektywnie, to albo będzie kicz, albo wtórność, albo nuda, albo płaskość, albo ostentacyjna dziwaczność, albo irytująca nieklarowność. Ale wkładam sobie obiektywność w buty (żeby być wyższym).

Czasem jednak nie ma żadnego trafienia w sedno czy poruszenia czułej struny i muzyka po prostu zaraża. Tak właśnie chodzi mi po głowie "Boys are back in town" Thin Lizzy. Wpadło i wypaść nie może. A jeszcze lepsze jest rażenie muzyką w pracy: kolega puszcza jakiś album w kółko i w końcu uzależnie mnie od niej - tak właśnie stało się z Clap Your Hands Say Yeah (fajna nazwa kapeli, prawda?).

To jeszcze jeden powód, dla którego czasem lubię wybrać się do biura.

(na focie jest oczywiście włochacz z Thin Lizzy)

(a tu macie przystojniaków z CYHSY) 

-

Z ciekawych eksperymentów muzycznych mogę polecić stronę http://www.theuser.org/dotmatrix/downloads/en/frame_index.html gdzie muzyczne kompozycje wygrywają nam igłowe drukarki.

11:34, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lutego 2008
Łyk popkultury

Czanelserfując trafiłem na cudny teledysk:

http://youtube.com/watch?v=Qtw-QwnyRGY 

Dla tych, którym nie chce się klikać oraz tych, którzy nie lizneli języka faszystów:

Hicior "DU HAST DEN SCHOENSTE ARSCH DER WELT" to nic innego jak "Masz najpiękniejszą dupę na świecie". Piosenka składa się właściwie tylko z tej frazy powtarzanej w kółko, muzyki disko i dup płci obojga wirujących na ekranie (głównie jednak damskich).

Proste i szczere. I cieszy fakt, że dożyję czasów, gdy autorzy muzyki nie będą musieli męczyć się wymyślaniem tekstów (bo po wała?), walną po prostu łupułupu loopa i chwacit. Do teledysku wsadzi się po prostu zbliżenia na dupy i cycki, to się samo sprzedaje. 

-

Żeby nie było, że prosta muzyka musi być pozbawiona przekazu, to proszę:

http://youtube.com/watch?v=nPBmXEO3yUU

Wielkiej przenikliwości nie trzeba, by sobie dośpiewać, o co biega tym biegającym mumiom, koszykarzom i innym dziwnym postaciom latającym w kółko przed ekranem.

Chciałem dziś napisać coś jeszcze o muzyce, ale muszę lecieć na zebranie do pracy. Nawet lubię te zebrania, bo bywa śmiesznie. Szczególnie jak szef uczula nas w związku z terminami oddawania tekstów, a sam pisze swoje na kolanie pół godziny przed wysyłką do drukarni.

14:58, bekspejs
Link Komentarze (6) »
środa, 20 lutego 2008
Plany (ambitne)

Doba powinna mieć nie 48 godzin, ale znacznie więcej.

Z pilnych rzeczy mam do załatwienia (najlepiej - na dziś):

- praca zaliczeniowa z Prognozowania i symulacji

- poprawki do magisterki

- felieton na stronę korporacyjną

- wpis do korporacyjnego bloga

- tekst do mojej nowej gazety (zanim zapomnę to, co było na konferencji) i zmiany autoryzacyjne w artykule o Segwayu (bo mi wydrukują z błędami)

- tekst do starej gazety (j.w.)

- i cztery inne teksty do starej gazety, którą chyba wydajemy za tydzień

- dentysta (plomba poleciała)

- fryzjer

- okulary - od miesięcy się wybieram, żeby kupić

- umówić się z prezesem do kolejnego tekstu

- znaleźć elektryka do lampek w kuchni

- kupić nową fajkę wodną (zabieram się do tego od pół roku, a zapaliłbym sobie...)

-

I zamiast zrobić choć kilka punktów z tej listy, pojadę teraz do biura (szef mnie wzywa) i będę uzupełniał detale w moich tekstach już po składzie, tłumaczył się szefowej starej gazety, że nic dla niej jeszcze nie mam, gadał o historii z PK, o filmach z M. A potem pojadę z tą ostatnią oglądać Earla.

Czy to ze światem jest coś nie tak, czy to ja jestem tak beznadziejnie niezorganizowany?

12:12, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Nie przestaje mnie to bawić

Obiecuję, że niebawem się tym znudzę. Ale póki co zaserwuję Wam jeszcze trochę searchtermów, które niezawodnie wiodą do tego miejsca:

barta płatności mobilne - niektórzy fani Simpsonów są zdrowo walnięci...

jak wiązać bandany - phi, też problem. Spróbujcie odpowiedzieć na pytanie "jak wiązać banany?"!

jakiego masz kompa srebrnego - porządny użytkownik - sam zadaje pytania i sam na nie odpowiada.

niegrzeczne pnie - perwersyjny fan Tolkiena?

nie kapuję cię koleś - też tak mam.

cisza nocna -obowiązująca - jak najbardziej!

lekka cipka - pomiar nie będzie łatwy...

na stojąco słabsza erekcja - pocieszające, że na zasadzie przeciwieństwa na leżąco jest mocniejsza.

 

I - taddam taddam - mój faworyt:

patyczaki hipnoza - nic dodać, nic ująć.

 

-

Ponieważ na poprzedni searchtermowy rebus nikomu nie chciało się odpowiadać, nagrodę otrzymuje autor bloga. Śliczny królik z naleśnikiem na głowie. Zawsze chciałem takiego mieć.

11:55, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lutego 2008
Powrót do źródeł

Hipermarket, długaśne kolejki do kas, a nasza oczywiście wlecze się najwolniej, ku irytacji mojej i Nuszki.

- Pani pierwszy dzień w pracy? - pyta klientka o dwa oczka przed nami w kolejce.

- Nie - odpowiada zdziwiona sprzedawczyni, która pracuje wyjątkowo powoli - a może po prostu wolniej niż koledzy przy innych kasach, którzy dają z siebie o wiele za dużo za te tysiąc z hakiem na rękę.

Sprzedawczyni dodała coś jeszcze, czego nie usłyszałem ja, ale dotarło to do pani w kolejce stojącej tuż przed nami.

- No tak, Ukrainka. Wszystko jasne - westchnęła.

W końcu doszliśmy do kasy i zaczęliśmy wykładać swoje rzeczy. I się zaczęło:

- A państwo to wszystko na dwa tygodnie kupują? - zapytała sprzedawczyni mieszanką polskiego i ukraińskiego - A dzieci państwo macie? A planujecie? A mieszkacie razem? A kto tak dużo je słodyczy? A w Warszawie to fajnie...

Poczułem się, jakbym był w małym sklepiku na rogu ulicy. Albo lepiej - w jedynym spożywczaku we wsi, gdzie rumiana sprzedawczyni zawsze ma dobry humor, zawsze jest głodna rozmowy, zawsze nawiąże kontakt. I człowiek wie, że jest w z ludźmi. Że nie jest jedynie materią organiczną, która wypełnia pustą przestrzeń, ma NIP i portfel. Że ktoś go zauważa, że kogoś obchodzi. Że ktoś go słucha.

Ta Ukrainka powinna zostawić kasę i przesiąść się do stoiska z lampami leczniczymi. Ale wtedy bym coś stracił. Nie przypomniałbym sobie czegoś, do czego tęsknię, a o czym już prawie zapomniałem.

21:41, bekspejs
Link Komentarze (5) »
Najstraszniejsze prace na świecie

Dawno temu moja przyjaciółka M zainspirowała mnie do tworzenia subiektywnego rankingu najgorszych prac na świecie. Opowiadała o facecie, który 8 godzin dziennie w lunaparku darł się do mikrofonu:

- Świetna zabawa, bawimy się, kręcimy, świetnie się bawimy, świetna zabawa!

Dziś przyglądałem się człowiekowi, który w takim rankingu wypadał równie wysoko. Facet sprzedaje lampy lecznicze w centrum handlowym niedaleko kas hipermarketu. Sprzedaż to mocne słowo - większość czasu słucha. Skarg, żalów, smutnych życiowych opowieści emerytów, którzy niby to zainteresowani lampami, poprawą zdrowia, tak na prawdę pragną uwagi, obecności innego człowieka. Sprzedawca nie wyglądał na psychologa, ani na człowieka, który z powołaniem wykonuje misję powiernika, spowiednika, cierpliwego uczestnika bolesnej samotności i starości. Wyglądał na młodego człowieka, który po prostu chce sprzedać trochę lamp, zapłacić czynsz, przeżyć do pierwszego, kupić koronkowe stringi swojej dziewczynie. Na jego twarzy wypisana była betonowa maska życzliwej obojętności, podszyta cieniem rozpaczy.

21:27, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Czasem bywam bezwzględny

- Kochanie, powiedz mi coś miłego.

- Coś miłego.

- Oj wiesz, o co mi chodzi. Jakiś komplement...

- Wyglądasz dziś zabójczo.

- A coś bardziej oryginalnego, wyjątkowego?

- Propan-butan? 

 

17:14, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lutego 2008
Wiadomości z frontu

W 2 dni muszę skończyć jeden duży tekst i napisać drugi od zera. Uff. Za to rozbawił mnie facet z firmy Segway - mój rozmówca nagabiony do wypowiedzi.

- To smutne, że pisze pan o segwayu, a nigdy nie próbował pan, jak się na nim jeździ!

- Widzi pan, przed chwilą skończyłem tekst o KGHM, a nigdy nie widziałem na oczy kopalni miedzi, ani huty, ani 12 mld złotych. Zaraz zaczynam pisać o rynku hazardu, a nigdy nie byłem w kasynie, a cały mój wkład w ten rynek to kilka złotych puszczone na chybił-trafił w dużego lotka.

Gdybym pisał o zwalczaniu przestępczości w Brazylii, to powinienem strzelać do dzieciaków na fawelach? A gdybym jeszcze miał kiedyś dotykać tematu Iridium, to powinienem zostać kosmonautą?

Chciałbym, by płacili mi za opisywanie moich wrażeń, emocji, subiektywny odbiór spraw. Ale płacą mi za to, by ocenić, jakie straty ekonomiczne wywołuje czkawka. 

18:47, bekspejs
Link Komentarze (7) »
Rankingi i oceny

Jeden z czytelników niniejszego bloga uprzejmie mnie poinformował, że kilka dni temu blog tenże osiągnął wysoko premiowane 131. miejsce wśród wszystkich 100 tys. blogów na blox.pl. No i do tego ma jeszcze 8. miejsce wśród blogów pamiętnikowych.

Fajówa, choć w gruncie rzeczy nic to nie znaczy i do niczego nie służy - wystarczyło by popisać trochę na tematy typu "branzowalnie Dody", albo "Lindsay liże", w ostateczności "dowody na złodziejską działalność Tuska", by podpompować trochę liczbę wejść. Więc w sumie mam to gdzieś, za to bardzo cieszy mnie 1. miejsce w wśród stron wyszukanych na google, gdy wpiszemy hasło "do pracy bez majtek". Ć, który zwrócił mi na to uwagę i teraz sugeruje, bym ostro i biznesowo poszedł w tym kierunku, licząc na pozytywne efekty buzzmarketingu.

Ja się waham - może koncentrycznie zaatakować kilka takich nisz i rozwijać nie tylko temat chodzenia do pracy bez majtek, ale również np. "eklektycznych tatuaży na worku osierdziowym", "panie na poczcie - fetysz" i "czeskie smalcowe basowanie"?

18:37, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Dowcip z brodą

- Wolałbym mieć gruźlicę, niż być bogatym.

- Dlaczego?

- Bo bogaci umierają wszyscy, a gruźlików tylko 29 procent. 

18:18, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
statystyka