Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
środa, 13 sierpnia 2008
Hey, I'm Homer Jay!

Homer Simpson pojawił się na monetach euro. Na razie tylko w Hiszpanii, ale...

 

Właściciel sklepu w Hiszpanii odkrył w kasie niezwykłą monetę euro, z podobizną Homera Simpsona. Znajomi chcieli zapłacić za nią 20-krotną wartość.
Jose Martinez znalazł monetę przeliczając gotówkę z całodziennego utargu, w swoim sklepie w Hiszpanii. Jakie było jego zaskoczenie, gdy na jednej z monet zamiast podobizny hiszpańskiego króla Juana Carlosa, zobaczył wyraźny profil światowej sławy postaci z amerykańskiej kreskówki.

Reszta rodziny też się odnajdzie?
Wizerunek monarchy, z głową pełną loków i nienagannie utrzymaną twarzą, został precyzyjnie przetworzony w wielkookiego, ogromnonosego Homera, nawet z zachowaniem nieodłącznego, całodziennego zarostu. - Moneta musiała zostać zrobiona przez profesjonalistę - powiedział sklepikarz z miasta Aviles, w północnej Hiszpanii.
Wysoka jakoś wykonania nie jest jednak powodem do zadowolenia. Oznacza bowiem, że fałszywe monety mogły być wybite w większej ilości. Niektórzy sądzą nawet, że podróbki są częścią akcji republikanów przeciwko hiszpańskiej monarchii.

Podróbka, ale wartościowa
Przyjaciele i sąsiedzi pana Martineza zaoferowali mu ponad €20 za podróbkę. Oznacza to, że moneta zyskała znacznie większą wartość, niż ma prawdziwe euro. Doszło nawet do tego, że gdy wiadomość obiegła świat, wielu fanów Simpsonów z całego świata próbowało przebić oferty przyjaciół Hiszpana. Jednak Martinez postanowił zachować monetę dla siebie. - To jest imponujące dzieło - podsumował sklepikarz.
Tajemniczy twórca nie tknął drugiej strony monety, na której znajduje się mapa Europy. Być może jednak w następnej wersji znajdziemy plan... Springfield.

Źródło: http://www.tvn24.pl/26086,1561021,0,1,homer-simpson-nastepca-juana-carlosa,wiadomosc.html

10:38, bekspejs
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 sierpnia 2008
Olimpiada po węgiersku

Media wyżywają się na Otylii Jędrzejczak, że mimo upływających lat nie pływa coraz szybciej, szybciej i szybciej.

Ja tam wolę inną stronę olimpiady... 

12:57, bekspejs
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Głośne reklamy

Słyszałem, że posłowie chcą się tym zająć. Jest jeden problem - może się okazać, że wymyślą prawo, które będzie niemożliwe do realizacji, kosztowne we wprowadzeniu, albo w jakiś inny sposób szkodliwe.

Brytyjski regulator (Offcom) ma do tego celu specjalne ciało, złożone z ekspertów oraz zwyczajnych ludzi. W przypadku skargi oglądają oni kawałek programu, gdzie nagle pojawia się reklama. I oceniają w skali upierdliwość reklamy.

Bo przecież nie chodzi tylko o głośność, ale także o:

- irytujące głosy

- wysokie tony

- reklamę wyskakującą po fragmencie np. filmu, który był cichy

- inną jakość dźwięku, wyróżniającą i nadającą reklamie wkurzający charakter

- inne elementy, które wymyślają spece od reklam, by ominąć prawo tak, jak wynalazcy dopingu kombinują, jak zrobić koks, którego nie da się wykryć na badaniach

Jeśli większość not wskazuje na to, że reklama jest "głośna" (w tym także narzucająca się, irytująca, powodująca dyskomfort, nieprzyjemna), to reklamodawca dostaje burę i media po nim jeżdżą jak po burej suce. 

W Polsce regulacja (samoregulacja) rynku reklam jest dopiero w fazie kształtowania się. Zapewne potrwa kilka lat, zanim będzie można mówić o sensownej (samo)kontroli hałasu w tv. Ale miło mieć świadomość, że powolutku się cywilizujemy...

18:02, bekspejs
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 sierpnia 2008
Wideoradary i totalna inwigilacja

Popieram wideoradary i seryjne wydawanie mandatów kierowcom-wyścigowcom.

Właściwie przydałyby się także w miastach, bo i tu amatorów brania i oddawania organów na przeszczepy nie brakuje. Ale do takiej totalnej inwigilacji zmotoryzowanych brakuje mi jeszcze jednego: sieci mikrofonów i mandatów za hałaśliwą jazdę. Mieszkam przy ruchliwej ulicy i co kwadrans przejeżdża za oknem motocykl lub auto z takim hałasem, że drżą szyby, a ja przestają na dłuższą chwilę słyszeć własne myśli.

To absurd, że jeden z drugim palant dla swojej frajdy pogarsza standard życia dziesiątkom tysięcy ludzi.

20:54, bekspejs
Link Komentarze (2) »
sobota, 09 sierpnia 2008
Przyszłość lotnictwa

Paliwo drożeje, LOT może zbankrutować, straty linii lotniczych w tym roku łącznie przekroczą 10 mld dolarów. Przez cenę ropy świat może czekać zmian w szybkim podróżowaniu. Jest kilka wynalazków, które mogą się tu przydać.

Wydaje się, że z tradycyjnych konstrukcji samolotów wycisnęliśmy już niemal wszystko – a konkretnie zrobił to Boeing w swoim ostatnim 787, który pali o 20 proc. mniej.

Można więc rozwinąć „latające skrzydło”, czyli wykorzystać to, co Amerykanie zrobili w bombowcu B-2. Taki samolot będzie latał trochę wolniej, ale zabierze więcej osób i spali o połowę paliwa mniej. Tyle tylko, że prawdopodobnie nie będzie w nim okien dla pasażerów...



Są jeszcze ekranoplany. Pierwsze projekty wymyślił Rościsław Aleksiejew, który postanowił praktycznie wykorzystać efekt sprężania powietrza pomiędzy samolotem i wodą (efekt następuje też nad lądem, ale nie sądzę, by ktokolwiek myślał o tym, by nad miastami latało coś takiego :)
Pierwszy pojazd tego typu latał 2 metry nad wodą z prędkością 400 km/h. A zużycie paliwa ma o połowę mniejsze niż adekwatnej wielkości samolot. Projekt, który koncentrowałby się na małym zużyciu paliwa, pozwoliłby kosztem prędkości zwiększyć oszczędności – zużycie mogłoby być nawet 3-krotnie niższe niż przy tradycyjnych samolotach.



I jeszcze potencjalny come-back sterowców. I to w nowej postaci – po pierwsze wielokadłubowce z dziesiątkami komór wypełnionych helem, co ogromnie zwiększa bezpieczeństwo; no i jeszcze gondola z kevlaru. Po drugie – sterowce nieco cięższe od powietrza, co ułatwia proces lądowania, wyładowywania towarów i ludzi. Przy dużej powierzchni nośnej taki sterowiec napędzają dwa niewielkie silniki, obracane do dołu lub do tyłu – prędkość lotu to do 250 km/h. Testowana koncepcja SkyCat miałaby być na początku wykorzystana przez armię – w założeniach 20 takich pojazdów jest w stanie w ciągu 3 dni przerzucić 200 tys. żołnierzy, a sterowce będą niezwykle odporne na ataki. No i koszty – zużycie paliwa 5-10-krotnie mniejsze, a jeśli zastosuje się baterie słoneczne, to oszczędności będą jeszcze bardziej imponujące.



Na trasach lądowych mamy jeszcze kolej i szybkie pociągi. Ale tam, gdzie pociąg nie pomoże przyda się jakiś nowoczesny i tani sposób podróżowania. Ciekawe, która koncepcja wygra.

11:26, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 sierpnia 2008
Koniec laby
Właśnie zeżarło mi piękny wpis. Cóż, powiem tylko, że letnia laba się skończyła i wracam do pisania. Nie tylko na blogu.
Dostałem awans i podwyżkę, A zmienia pracę na fajną, robi prawo jazdy, a w ramach rozrywek gramy w Simsy 2. Ja odtwarzam w miarę możliwości czasy komuny Borzymowskiej 15. Niestety, moja postać umarła od nadużywania kąpieli w wannie. Symptomatyczne?

Poza tym czytając dziwne książki dowiedziałem się, że kompani Joanny d’Arc oraz większość jej przeciwników była młodsza ode mnie, że Rosjanie wymyślili ekranoplany do przenoszenia kilkusettonowych ładunków z prędkością 400 km/h, które oszczędzają ponad połowę paliwa potrzebnego do wykonania takiej pracy tradycyjnymi samolotami. I że Hispaniola dzieli się na dwa zupełnie różne kraje: Dominikanę i Haiti. Ten pierwszy jest o połowę większy od drugiego, ale ma o kilkanaście procent mniejszą ludność – i to będącą etniczną mieszanką (przeważnie o jaśniejszym odcieniu skóry) mówiącą po hiszpańsku. W tym drugim mówi się po kreolsku, mieszkają tam czarni potomkowie niewolników i jest tam bieda oraz totalna dewastacja ekologiczna, w odróżnieniu od pierwszego, który – choć ubogi – rozwija się z rozsądkiem i umiarem w stosunku do ekologii. A w obu swego czasu panowali wściekle morderczy tyrani: w Haiti Duvalier, a w Dominikanie Trujilio.

Tyle ciekawych rzeczy do czytania, ale trzeba pisać o taśmach betamax (dlaczego przegrały z vhs), o AMD (dlaczego przegrywa z Intelem) i Totolotku (co robi z kasą za kupony, którą mu zostawiam?).

PS Co do polityki – nie mogę się doczekać wyborów prezydenckich. Kaczyński doprowadza mnie niekiedy do rozpaczy. Jednak doświadczenia podpowiadają, że zawsze może być gorzej. Bo kto miałby go zastąpić?
11:39, bekspejs
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 lipca 2008
Na deser: religijny Raczkowski

Dziś trochę o religii - pierwszy rysunek mnie rozwalił :)

 

I kontynuacja:

 

 

 


Pod względem rysunku satyrycznego "Przekrój" rządzi!

08:34, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 lipca 2008
Futbol jest nudny

Nie wiem jak Was, ale mnie ostatnie finały Euro naprawdę wynudziły. Ludzie zachwycali się grą poszczególnych zespołów, determinacją Turcji, sprawiedliwością, jaka pomogła Hiszpanii zatryumfować po tylu latach. Byli też Polacy, którzy tradycyjnie pozbawili nas złudzeń pokazując, gdzie ich miejsce w światowym i europejskim futbolu. Ale choć nie brakowało żywego grania, zaskoczeń, zaś defensywna, nudna gra przestała dominować, to jakoś brakowało mi magii. W poprzednich mistrzostwach było na odwrót - mecze bywały nudne, ale kibicowałem Grecji, która wbrew rozsądkowi wygrała turniej. Bo działo się coś dziwacznego, coś sprzecznego z rozsądkiem i układem na tablicy bukmacherów. Coś, co sprawiało, że oglądałem wszystkie mecze i zapamiętywałem nazwiska piłkarzy.

A ostatnie Euro przypomniało mi, że futbol z natury jest nudny, jeśli samemu nie kopie się piłki.

16:32, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Lustracja raz jeszcze

Obejrzałem film "Trzech kumpli". Nie widzieliście? Obejrzcie koniecznie, np. na stronie tvn24. To najlepszy polski dokument, jaki widziałem. Mocny, poruszający, cierpki w smaku.

I musiałem raz jeszcze przemyśleć sprawę lustracji. I z umiarkowanego jej przeciwnika nawróciłem się na umiarkowanego zwolennika. Nie jestem za lustracją totalną, za zajęciem się tą sprawą odkładając wszystko inne na bok, jak planował to robić PiS. Powinien być sąd, który ocenia dowody, prawdziwość akt, przepytuje świadków. I wyrok: nie chodzi o więzienie czy wywłaszczenie z majątku, ale zwyczajne oddanie sprawiedliwości tym, którzych pokrzywdzono. I ich dzieciom, a niekiedy nawet wnukom, bo skurwysyństwo PRL-u i UB-ecji zaczęło się przecież 60 lat temu.

Tak jak rodziny ofiar Katynia mają prawo do uznania mordu na oficerach polskich za zbrodnię z rozkazu Stalina. Tak jak hitlerowscy oprawcy powinni być ścigani do śmierci. Tak samo ubecja powinna zostać przynajmniej osądzona. Dla ofiar, dla historii, dla oczyszczenia tego wrzodu.

Niech ten proces trwa powoli, niechby i 50 lat. Niechby wyjaśnione zostało 5 proc. spraw, a większość łajdaków skończyła uniewinniona. Ale nie powinno być tak, że podłość systemowa, nagradzana przez lata dawnego i częściowo nowego ustroju, jest systemowo rozgrzeszona. Nie wyrazili na to zgody skrzywdzeni.

Jeśli odwrócimy się od przeszłości, to damy przykład następnym pokoleniom. 

A ja własne dzieci będę uczył donosicielstwa, zdrady, konformizmu i bycia kanalią, bo to popłaca, a ci, którzy sądzą inaczej, którzy zachowują godność, uczciwość, wychodzą ponad egoizm, zawsze wychodzą na frajerów.

16:21, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Podsumowanie tygodnia

Dni mijają: ziu ziu ziu, jeden za drugim. Nie wiadomo kiedy.

Tymczasem znowu wziąłem się za bary z magisterką. Tak tak, muszę znowu pochodzić do bibliotek, jeśli jakaś jest otwarta w lipcu. I poszperać w necie. Nie poddam się bez walki. Mam tylko nadzieję, że nagle się nie okaże, że przegapiłem jakiś termin, albo że powinienem wiedzieć, że bez zaliczenia stójki na biodrach nie da się teraz podejść do obrony dyplomu.

Poza tym zmiany w pracy: mój miesięcznik jest na swoim i to oznacza, że musimy zaciskać pasa, ciąć koszty, bo nikt nie dołoży do nas kasy. Dziwi mnie to, bo to oznacza, że właściciel uznał, że po kilku miesiącach będziemy już rentowni - pokażcie mi taką gazetę, która zrobiła coś takiego!

Grunt, że szef mnie ceni i drży w obawie, że zaniepokojony sytuacją znajdę sobie coś innego. Właśnie przyznał mi premię za ostatni numer, czyli zrobienie nienudnych wywiadów na dość nudne tematy. I ogólnie za wysiłki dla dobra Naszej Konfederacji, że tak powiem. Tu szczególne podziękowania należą się mojej fiancee, która wspierała mnie w wysiłkach i czytała większość moich tekstów, wnosząc swoje uwagi i zadając sensowne pytania, które pozwalały mi udoskonalić to, co zrobiłem i nadać szlachetniejszy i zjadliwszy kształt.

Poza tym przeprowadzamy się dwa piętra wyżej - moje biurko będzie miało duże okno i tylko dwa biurka sąsiadów w pokoju. Koniec z duchotą, ciemnością i harmidrem. Super! Za karę jednak wracają wtorkowe dyżury. Jeśli jednak dobrze je wykorzystam, to oszczędze na telefonach przygotowujących moje teksty. 

Acha, przez wakacje mamy wygenerować rezerwę tekstów, która sprawi, że skończy się składanie numeru na ostatnią chwilę. To fajnie. Mniej fajne jest to, że pracę stracił nasz artysta, który czasem więcej przykładał się do siania defetyzmu niż do pracy. Lubiłem gościa, ale po spotkaniu z nim zawsze chciało mi się płakać nad tym, jak kiepską mam pracę. A przecież jest całkiem nieźle (o czym już wielokrotnie pisałem), choć mam nadzieję, że będzie lepiej.

-

Niestety, kroi się, że znowu nie znajdę czasu na urlop. Może jakiś mały wypad na działkę rodziców na 2 dni, może znowu Mazury na kilka dni. Ale w sumie jakoś nie potrzebuję takiego oddechu, wiele się dzieje, z narzeczoną mi się układa, mam ochotę pisać, zajadam się czereśniami i oglądam "Battlestar Galacticę" - fajówa.

Z resztą zobaczymy - może we wrześniu coś się wykroi? Poza tym nie mamy budżetu na wakację, a A nie dadzą urlopu. Za to jest plan robienia prawa jazdy. Tzn A robi, a ja kibicuję. Póki co.

Chciałbym, by już zawsze było tylko takie lato, jak teraz. 

16:04, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 czerwca 2008
Nie finance, tylko fiance

Najpierw było wybieranie pierścionka. Jeden się podobał, ale był trochę niepraktyczny, taki od święta. Inny był nie tak ostentacyjny, skromniejszy, ale też piękny i gustowny, a do tego do noszenia na codzień, co przeważyło szalę.
I zaczęło się czekanie. Bo dzień musi być odpowiedni, a tu ciągle jak nie urok, to sraczka, przemarsz wojsk, a na dodatek "Wiedźmin". Zrobiło się nerwowo, aż w końcu nadszedł wybuch. Bo im bardziej A wpatrywała się we mnie wyczekująco, tym bardziej był to dla mnie sygnał, że moment nie jest odpowiedni - bo gdzie tu niespodzianka?

No i się pokłóciliśmy. Ale tak na maksa. Z wrzaskami i płaczem. Przy okazji wyjaśniliśmy sobie parę spraw. Ja zrozumiałem, że moja A nie stawia niespodzianki ponad wszystko, że idealny moment może nigdy nie nastąpić i nie wykluczone, że moja kawalerska dusza szukała zawsze dziury w całym. Moja A pojęła, że nie rozmyśliłem się, że mi zależy, a tylko nie bardzo wiem, jak się do tego zabrać, bo we wcześniejszych rozmowach zmarnowaliśmy potencjalne opcje niespodziankowych oświadczyn (odpadło miejsce gdzie się poznaliśmy, miejsce pierwszego wspólnego mieszkania itd.- gdybym ją tam zaczął ciągnąć, to od razu byłoby wiadomo po co...).

Atmosfera się oczyściła, jak to po burzy. Zaręczyny odłożyliśmy na święte Nigdy, może na za rok, tak by podejść do tematu na świeżo. Minął dzień, kolejny dzień pełen pracy, drobnych upierdliwości, bólów głowy, wkurzającej pogody i zgagi po ostatnim meczu Polaków w Euro.

I nagle wczoraj doszedłem do wniosku, że skoro nie usłyszę wielkiego dzwonu, a A nie stanie w świetle poranka z bollywoodzko rozwianym włosem, to każdy dzień może być odpowiedni, by wyrazić uczucia. Więc zanim A wróciła z pracy przebrałem się w garnitur, krawat, kupiłem pięć wielkich czerwonych róż. I się oświadczyłem.

Oświadczyny zostały przyjęte. A troszeczkę popłakała (więcej płakała dwa dni wcześniej, dzięki czemu nie miała dość rezerw, by porządnie się rozmazać). A potem była niespodzianka, bo kupiłem oba pierścionki. Ten na co dzień, z diamentami i ten ładny z szafirem, trochę niepraktyczny, bo pasujący raczej na eleganckie wyjście na raut lub bal. Moja narzeczona nie jest pierścionkowa – ale zasługuje na coś wyjątkowego. I choć nie było wspólnego spaceru po Placu Czerwonym, kolacji we francuskiej restauracji, to pozostanie jej pamiątka tego, że traktuję ją wyjątkowo i chcę spełniać jej marzenia.

Od wczoraj możecie mi mówić: fiance. Nie finance, tylko fiance.

PS Ten szafir jest chyba krzywo zeszlifowany – idziemy do jubilera :)
PPS Ślub chyba na wiosnę. Ale z nami nigdy nic nie wiadomo.

12:27, bekspejs
Link Komentarze (6) »
niedziela, 15 czerwca 2008
A dla tych, którzy wolą taniec...

... lub chociaż się pośmiać.

 

08:44, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Piłka jest śmieszna

Jak nie wierzycie, to zobaczcie, jak fajnie inspiruje twórców reklam:

08:40, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Faryzejski patriotyzm

W ostatnich wielkich imprezach piłkarskich powtarza się następująca kolejność spotkań:

1. Mecz otwarcia 

2. Mecz o wszystko

3. Mecz o honor

Tym razem winy za niepowodzenie nie zwalamy na Edytę Górniak śpiewającą hymn, ale na trenera (skądinąd skutecznego biorąc pod uwagę to, z kim i w jakich warunkach musi pracować) oraz sędziego, który był stronniczy i w ramach tej stronniczości zaliczył nam np. bramkę strzeloną ze spalonego. Generalnie obciach: mimo propagandy, polska reprezentacja pozostaje słaba i gra archaiczny, dość brzydki futbol, w którym awans do następnej fazy rozgrywek stale zależy raczej od szczęścia niż wysiłków piłkarzy.

Ale to nie przeszkadza nam bawić się w powierzchowny patriotyzm na pokaz przy każdej następnej okazji wielkiego piłkarskiego święta. Nie stać nas nawet na to, by w ramach narodowej dumy masowo odpuścić sobie Coca-Colę i pić Hoop Colę, tak jak Czesi generalnie wolą Kofolę od produktu made in USA.

A propos - A i ja zrobiliśmy ostatnio imprezkę dla znajomych, na której odbyły się ślepe testy różnych gatunków koli. I Hoop Cola znalazła się u 7 osób na 8 badanych w pierwszej trójce najwyżej ocenianych. Generalnie skład tej trójki był często różny, a niemal u wszystkich Pepsi wypadła lepiej niż Coca-Cola, zaś napoje słodzone cukrem smakowały lepiej niż te słodzone sztucznie. No i po spróbowaniu 6-7 gatunków wszystko zaczynało się nam mieszać, a po całym eksperymencie wszystkich nieźle mdliło...

Po imprezie został nam tuzin napoczętych butelek z napojem gazowanym, które w odruchu oszczędności opróżniałem przez ponad tydzień i potem długo nie mogłem patrzyć na brązowe ciecze z bąbelkami. Ale jak mi ładnie odrdzewiło jelita, hoho!

07:57, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 czerwca 2008
Dajcie spokój Niemcom!

Jutro mecz z Austrią, a dziennikarze dalej masturbują się faktem, że to Polacy strzelali nam bramki (Podolski, Klose) w Klagenfurcie w meczu z Niemcami. Takie samobóje niby. A Podolski miał łzy w oczach jak strzelał.

Ludzie, dajcie spokój - ich rodzice wyjechali stąd, bo czuli się Niemcami i/lub w Niemczech widzieli dla siebie lepszą przyszłość. A synowie piłkarsko utalentowani zgodzili się z tym wyborem ojczyzny. I bardzo dobrze - przy naszym braku boisk, kasy na szkółki piłkarskie, przy nędznej i skorumpowanej lidze chłopaki dawno zajęłyby się czymś innym niż latanie za piłką w krótkich spodenkach. Taka jest smutna prawda.

Za to jak ktoś chce zostać Polakiem i grać u nas w piłkę (przynajmniej przez jakiś czas), to zaraz wielkie larum, że nawet nie umie po polsku gadać. W ogóle po cholerę nam ten narodowy sport? Po co te flagi, hymny? Czy coś dobrego z tego wynika oprócz wzrostu sprzedaży piwa? Wątpię.

Na balkonie wywieszam więc flagę Tybetu. 

15:11, bekspejs
Link Komentarze (3) »
niedziela, 08 czerwca 2008
Francuska choroba

Znowu wybrałem się do Paryża na parę godzin. Tym razem miałem być ofiarą indoktrynacji firmy z sektora IT, na szczęście nie ze strony jakiegoś quasimonopolisty. Wręcz przeciwnie - zaprosiła mnie firma, która z takim quasimonopolem próbuje walczyć. Więc pranie mózgu przeszło prawie bezboleśnie, wręcz niezauważalnie.

Za to wspomnienia z samej wycieczki mam - delikatnie mówiąc - takie sobie. Sam Paryż może nie był taki najgorszy - pomijając aroganckich taksówkarzy, głupie windy* i obiad, na który czekałem godzinami - na przystawki godzinkę, na danie główne 1,5 godziny (deser - jak się można domyśleć - darowałem sobie z paniką myśląc o czasie oczekiwania na rachunek).

Ale organizacja wyjazdu była groteskowa. Materiały backgroundowe dostałem 2 dni przed imprezą. O terminie wylotu dowiedziałem się 4 godziny przed nim (3 przed godziną checkinu).  Z lotniska odebrał mnie kierowca, który nie wiedział, dokąd ma mnie zabrać. W dzień imprezy nie było porządnego śniadania, ani obiadu następnego dnia (w dzień przylotu był ten nieszczęsny obiad we włoskiej restauracji z godzinowym czekaniem). A potem z obłędem w oczach wracałem taksówką za własną kasę, bo coś pokpili z godzinami odlotu. Nerwy, irytacja, żołądek zaciśnięty ze stresu.

Pieprzę taki Paryż.

A najśmieszniejsza była odpowiedź na moje pytanie "Dlaczego właściwie tą imprę organizujecie w Paryżu", zadane szefowej marketingu, która - tak jak cała załoga gospodarzy musiała przyjechać do Paryża z Londynu.

- Nie mam bladego pojęcia. Mój szef tak wymyślił.

-

Jedyny plus był taki, że pogadałem trochę moim bełkotliwym angielskim i poznałem paru śmiesznych dziennikarzy - Dhawbadaprata i Joe z Londynu oraz Nila z Tel-Awiwu. Każdy na swój sposób był sympatyczny, pomocny, życzliwy, a przy tym bystry i niegłupi.

Jednak Paryżowi mówię moje stanowcze NIE. Chyba, że pojadę tam z A, na tydzień i bez ustalonego planu wycieczki.

* Windy w moim hotelu zamiast guzików w kabinach miały numerki z piętrami do wciskania na korytarzu. Jak ktoś chce z piątego piętra pojechać na trzecie to wciska guzik z trójką i wyświetla mu się numer windy, na którą ma czekać. A potem pokornie do niej wsiada i liczy, że winda zawiezie go tam, gdzie trzeba. To oznacza, że gdy wracasz z kolegą do hotelu, nie jedziecie sobie windą, dalej gawędząc, tylko żegnacie się przy windzie - no chyba, że kierujecie się na to samo piętro... Francuskie porządki.

19:23, bekspejs
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 czerwca 2008
Jutro i pojutrze

Jutro mam jechać do Paryża, przeprowadzać wywiad z wiceprezesem firmy AMD (producent procesorów, jedyny konkurent Intela). Ale do tej pory nie wiem, kiedy lecę i jakim samolotem. Fajnie, co? Jak do dziesiątej nie dostanę kompletu informacji, to umawiam się na spotkania z ludkami na jutro i pojutrze, kładąc laskę na wyjazd. Paryż, Paryż, też mi coś.

Tak czy inaczej, za kilka tygodni mam jeszcze coś ciekawszego w kalendarzu - odbieram u jubilera pierścionek. Tak, ten pierścionek. Bardzo ładny.

Martwię się tylko, bo jak tu zorganizować niespodziankę i niezapomniany wieczór pod ten pierścionek? Jestem zbyt transparentny dla A - zagląda mi na konto, wyczuwa zawsze o czym myślę, czym się martwię, co knuję. Ratunku!

21:32, bekspejs
Link Komentarze (5) »
Kochamy polskie seriale

Tytuł postu traktuję jako chołd dla Radkowieckiego i jego bloga, z którego dowiedziałem się o kilku naprawdę ciekawych serialach z zagranicznych, głównie amerykańskich, telewizji.

Dzięki Zsypowi (nazwa bloga) dowiedziałem się o serialach: "Dexter", "My name is Earl", "Over there",  "Robot Chicken", "Weeds", "Ripper".

"Dextera" uważam za najlepszy serial, jaki widziałem w życiu - pod względem scenariusza, gry, montażu. Cacuszko, ale już o nim pisałem. Podobnie o Earlu, który właśnie kończy przygody w czwartym sezonie, nieco tracąc wigor i świeżość.

"Over there" to jeden z najlepszych serialów wojennych - opowiada o żołnierzach w Iraku. Gorzki, brudny, smutny i prawdziwy oraz w sumie antyamerykański. Warto się skusić, jak lubi się takie klimaty. 

"Robot Chicken" to animacja kukiełkowa. Dziwaczna, skupiona na parodiowaniu i przetwarzaniu tego, co można zobaczyć na setkach kanałów amerykańskiej telewizji - czyli popkulturze, faryzeizmie, pragnieniu sławy za wszelką cenę. Do tego sporo absurdu i czasem błyskotliwa myśl. Generalnie jest to dość męczący produkt dla kogoś, kto nie czyta płynnie całego amerykańskiego kodu, ale i tak polecam odcinek specjalny "Star Wars". Jest tam kilka naprawdę cudnych perełek.

Do "Weeds" przekonywałem się kilka odcinków, a potem bardzo go polubiłem. Historia jest o wdowie wychowującej dwóch synów w podmiejskiej, dość zamożnej dzielnicy w której wszyscy udają pobożnych i pożądnych, a dupczą się na lewo i prawo, gardzą bliźnimi, a do tego odużają się czym popadnie. Z braku innych pomysłów na utrzymanie, mamuśka zaczyna handlować marihuaną - i w kolejnych odcinkach coraz głębiej poznaje rynek, poszerza teren, dołącza kolejne elementy łańcucha dystrybucji. A to wszystko walcząc ze starszym synem, który co raz zakochuje się nieszczęśliwie i próbując ułożyć w głowie młodszemu, który przedwcześnie dojrzewa. Na dokładkę jest jeszcze jej szwagier, niebieski ptak, który trochę we wszystkim pomaga, ale więcej przeszkadza. No i cała gama barwnych postaci. Naprawdę miły serial familijny, ale raczej dla familii bez dzieci, bo bywa pikantny...

"Żniwiarz" opowiada o nastolatku, którego duszę rodzice sprzedają diabłu. Proste i szczere. W zamian za nią kupili zdrowie (byli w dramatycznej sytuacji), ale teraz chłopak musi spełniać polecenia naprawdę demonicznego szefa. Generalnie musi zbierać dusze, które prysnęły z piekła - za każdym razem za pomocą innego sposobu, improwizując, ale mogąc liczyć na pomoc kumpli. Przyjemne i zabawne, a przy tym pomysłowe.

"Battlestar Galactica" to kolejny serial, jaki za sprawą Radkowieckiego mam na celowniku. Za to nie przekonałem się do drewnianej gry, ciągnącej się jak spagetti akcji i małego realizmu sytuacyjnego "Jericho", wtórności wobec Simpsonów, jaka charakteryzuje serial "Family Guy" oraz tandety, jaka przebija z "Torchwood".

W sumie seriale podpowiadają mi znajomi i rodzina. Od rodzicielki wiem o "Doktorze Housie" - który jest dla mnie serialem numer 2 wszechczasów (po "Dexterze"). Simpsonów zacząłem oglądać za sprawą S, a CSI dzięki M. Jakby się nad tym zastanowić, to samodzielnie eksplorowałem jedynie "Numb3rs" (taki sobie - naiwny i bzdurny częściej niż ciekawy) i "Rome" (superfajny serial historyczny - polecam!).

Hmmm, jakby się zastanowić, to mam takie tygodnie, gdy nic tylko oglądam seriale - jak większość moich rodaków. I mam z tego kupę frajdy. Ale nie namawiajcie mnie na "M jak miłość" - proszę...

21:21, bekspejs
Link Komentarze (1) »
Cywilizacja

Obrastamy w dobra doczesne, celując w najnowsze osiągnięcia cywilizacji.

Po pierwsze - moja A kupiła nowego laptopa i mogę teraz sobie na nim pisać, gdy ona gra w "Wiedźmina" na mojej biurkowej maszynie. Zacna gra swoją drogą - noszę się z zamiarem kupna (gram na egzemplarzu pożyczonym od życzliwego kolegi). Trzeba wspierać udane polskie produkty. A ten jest wyjątkowy - robi wrażenie, bo autorzy uchwycili klimat sapkowskiej powieści. A szczególnie specyficzny, rubaszny humor.

Poza tym mamy też router radiowy i z laptopem można się szwendać po domu bez tradycyjnych zawodów w przeciąganie kabla. Dodajcie sobie jeszcze mysz bezkablową i macie obraz sytuacji - praca bez kabla (mysz sprawdza się o wiele lepiej niż touchpad).

Z dobrobytów chłodzę się teraz przy klimie. Nie stać mnie na samochód, ale na przyjemny chłodek tak. Mały pokoik, w jakim spędzam większość doby, można schłodzić w pół godziny i lato mi nie straszne.

No i czasowo wzbogaciliśmy się o psa - Dropa, z wyglądu spaniela. Fajowy chłopak z niego - w nocy nas nie budzi, nie niszczy mebli, nie sika po podłodze. Za to cieszy się z naszej obecności, powrotów do domu, ciągnie nas na spacery i UWIELBIA przynosić piłeczkę. Godzinami po nią biegać i przynosić. Bez końca. Piłeczka to sens jego życia.

Wczoraj wybraliśmy się z przyjaciółmi do parku pograć w boule i Carcassonne - Drop skorzystał z chwili nieuwagi i pobiegł zabrać piłeczkę innym ludziom. Ci rzucali ją sobie, a on latał jak głupi. Cóż, nie ma istot bez wad*.

* Nawiasem mówiąc pies jest nieco wybrakowany - brakuje mu jednego jądra. Nie wiem dlaczego, ale rodzina A, od której dostaliśmy psa na przechowanie, ciągle podkreśla ten fakt...

20:08, bekspejs
Link Komentarze (3) »
sobota, 17 maja 2008
W końcu zdrowy
Wenlafaksyna ciągle jest w menu (podwyższyłem za radą lekarza dawkę do 112,5 mg. Ale pokonałem wreszcie przeciągające się przeziębienie (cholera wie, co to było), które zwyczajnie dezorganizowało mi życie i odbierało siłę do pracy i zabawy. Nie obyło się bez antybiotyków. Dość, że dziś już nie kaszlę, nie prycham, nie gorączkuję i nie marudzę. Fajnie! Zrobiłem też sobie prześwietlenie kolana i ustawiłem w dwumiesięcznej kolejce do ortopedy. Spore szanse, że ciało samo się naprawi do czasu wizyty. I spoko.

Kończymy kolejny numer miesięcznika. Niedawno było wielkie otwarcie kosmicznego centrum konferencyjno-imprezowego właściciela naszego wydawnictwa. Jedni mówią, że to doda nam skrzydeł, ale może być różnie. Fakty są takie, że z różnych stron docierają do mnie głosy, że ludzie kojarzą moje teksty. Szczególnie ten o Coca-coli i jej pomysłach na zmianę smaku w latach 80.

Przez ostatni miesiąc przeczytałem chyba ze trzydzieści różnych tygodników i dodatków do gazet - taka skomasowana prasówka. Z tej całej masy papieru, w głowie pozostał mi jedynie ciekawy tekst byłego ministra edukacji, pana Legutko. Napisał on, że im bardziej reformujemy edukację, tym jest z nią gorzej. A to wynika z prostego mechanizmu: reformom przyświeca pewien paradygmat. A jego bazą są dwa założenia:

1. Dzieciaki - jak wszyscy ludzie - dokonują racjonalnych ocen tego, co mogą robić i wybierają rzeczy dla siebie najbardziej opłacalnych.
2. Dzieciaki mają naturalną skłonność do poszerzania horyzontów, szukania nowych doświadczeń, intelektualnych wycieczek, rozwoju duchowego.

Te dwa założenia nie dość, że przynajmniej częściowo są sprzeczne, to jeszcze są nieprawdziwe. LUDZIE NIE SĄ RACJONALNI. I ZALEDWIE GARSTKA MA SKŁONNOŚĆ DO SAMOROZWOJU! Nic dziwnego, że im bardziej ulepszamy szkoły, tym dziwniej nam to wychodzi...

Co Legutko proponuje w zamian? Powrót do edukacji w stylu średniowiecznym. Bez kar fizycznych i zakazu nauki dla kobiet, ale na pewno z dość surową dyscypliną, ścisłymi zasadami. A przede wszystkim – według kanonu trivium i quadrivium. Trivium obejmuje gramatykę, retorykę i logikę. Gramatyka uczy nas porządku świata postrzeganego poprzez porządek języka. Poznając gramatykę języka obcego łatwo orientujemy się w innym postrzeganiu rzeczywistości z punktu widzenia osób urodzonych w tym języku. Np. o ile łatwiej faministkom z krajów anglosaskich niż z Polski, gdzie język jest barierą równania pozycji kobiet i mężczyzn. Retoryka – uczy dyskusji, dialektyki, uczciwych i nieuczciwych chwytów (byśmy widzieli, gdy inni je stosują). Logika – wiadomo.
Quadrivium to geometria, arytmetyka, muzyka i astronomia. Geometria i arytmetyka to baza nauk ścisłych, astronomia to ich rozwinięcie (wraz z astronomią przydałaby się też fizyka), a muzyka to śpiew, granie na instrumentach, taniec, a może także nauka manier i kodów kulturowych ludzi innych, niż Polak z dużego miasta.

Zakładając, że nie mówimy o ścisłym uczeniu tylko powyższych przedmiotów, ale traktujemy je szerzej, a zasadę traktujemy jako wskazanie akcentów i proporcji – to jest to propozycja ciekawa. Legutko podkreśla, że prócz języka obcego łacina powinna być przedmiotem obowiązkowym – o ile nie chcemy tracić kontaktu z bazą kulturową, jaką dla nas pozostaje chrześcijaństwo i antyk. Przyznam, że pod wieloma względami się z nim zgadzam. Choć diabeł tkwi w szczegółach. Np. naukę gramatyki polskiego w podstawówce uważam za stratę czasu, za to w liceum odpowiednio podana mogła by być użyteczna – pokazywać ustrukturalizowanie świata.
Generalnie tezy Legutki bardzo mnie zafrapowały i skłoniły do przemyśleń.

A wszystko to dzięki A i G, którzy zaprosili nas do siebie na Mazury. Pięknie było i Ania zrobiła wielkie postępy w obłaskawianiu swoich fobii dotyczących owadów. Mając arachnofobię zasnęła ostatniej nocy z dwoma wielkimi włochatymi pająkami tuż nad głową (łaziły po suficie). Hardcore!

Pozdrawiamy A i G!
23:22, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 kwietnia 2008
Nie tylko ja wydaję nieprzystojne dźwięki...

... niektórzy jednak osiągnęli w tej dziedzinie poziom sztuki:

http://volleys.com.au/tvc/ 

PS Pozdrowienia dla W, który znalazł tą piękną stronę!
10:35, bekspejs
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 kwietnia 2008
Starcie
Kolejne spóźnienia z płatnościami i nonszalanckie traktowanie tej sprawy doprowadziły moich kolegów z pracy do szewskiej pasji. Postanowili walczyć o swoje do ostatniej kropli krwi. To źle rokuje – prezes nie toleruje tak ostrego przeciwstawiania się jego mętnym praktykom. Konflikt stanowi bardzo poważne zagrożenie dla mojego czasopisma.
Albo ulegnie prezes i praca stanie się czystą przyjemnością (no, może nie do końca, ale będę bliżej tego błogostanu niż kiedykolwiek). Albo zrobi coś radykalnego: wywali cały zespół, zamknie gazetę, zmieni ją w pismo dla działkowców. A może wszystko rozejdzie się po kościach?

Lubię tych ludzi, piszę na ciekawe tematy (najczęściej), nieźle mi płacą (choć z poślizgiem). Żeby choć ten jeden raz chimeryczny prezes zachował odrobinę zdrowego rozsądku…
22:32, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Testuję nowe technologie
Czasem fajnie być dziennikarzem. Np. wtedy, gdy pijarowcy próbują się jakoś przypochlebić i przygotowują prezenty na konferencjach. Czasem jest to coś ciekawszego, niż filiżanka lub parasol z firmowym nadrukiem. Testuję właśnie – w ramach dziennikarskiej promocji – dwa rozwiązania technologiczne, które niebawem mogą stać się czymś zwyczajnym.
Pierwszym jest telefonia w technologii VoIP, czyli mam aparat stacjonarny podpięty pod kartę sieciową komputera i gadam za darmo. Na razie widzę więcej minusów niż plusów: aby rozmowa przez ten telefon miała sens, nie mogę mieć przeciążonego łącza (a przeważnie mam). Poza tym irytujące jest pewne opóźnienie, z jakim słychać mnie w aparacie osoby, z jaką rozmawiam.
Ciekawsza jest telewizja w komórce. Działa na razie tylko testowo, w szeroko pojętym centrum stolicy i nie jest jeszcze dostępna w płatnych usługach telekomów. Po co oglądać TV na ekranie 4x3 cm? A tu właśnie okazuje się, że te godziny spędzane przed telewizorem to w istocie godziny słuchania niż oglądania. A dźwięk w komórkowej telewizji jest lepszy, niż w tradycyjnym telewizorze. Poza tym taka osoba jak ja ogląda programy informacyjne, no – czasem jakąś publicystykę lub mecz. Czy do tego istotnie potrzeba większego ekranu? Bez przesady.

Jestem pewien, że TV w komórce stanie się za kilka lat standardem. I te tłumy zombie z bezmyślnym wzrokiem i słuchawkami w uszach będą miały gdzie się gapić – w mały, kolorowy ekranik. A średni czas spędzany z telewizorem wydłuży się do 16 godzin na dobę.

Z drugiej strony – spece od VoIP zaczynają wdrażać także inne usługi dostępne przez łącza szerokopasmowe. Pojawia się już telewizja cyfrowa, której rozwinięciem już za kilka lat będzie program zestawiany na życzenie i pozbawiony reklam. Rzeczywistością każdego telewidza stanie się swobodne przewijanie i zatrzymywanie programów, bo wszystko, co leci, będzie na bieżąco nagrywane na dysku dekodera i dopiero z dysku oglądane na ekranie.
Telewizja na okrągło, telewizja bez reklam, programy do wyboru, dzwonienie za prawie darmo… Jak to zmieni naszą kulturę, jak to zmieni nas samych?
19:34, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Zdrowie jest najważniejsze
Ponieważ napisałem swoje teksty i miałem więcej czasu, postanowiłem nadrobić zaległości i wybrać się do lekarza. Raz, bo kolano ciągle dziwnie się zachowuje. Dwa, bo budzę Nuszkę moim kaszlem i straszę ludzi chrypą. Sprawy ciągną się za mną już dłuższy czas (wystarczy sprawdzić wpisy poniżej), więc trzeba było się tym zająć.

Moja przychodnia to jednak przychodnia, do jakiej zapisałem się w poprzednim mieszkaniu. Trzeba było się pofatygować na Bielany. Więc autobus pierwszy: 20 minut czekania. Przesiadka i kolejne 20 minut sterczenia na przystanku. No i jeszcze kilometr dojść. Na miejscu byłem spóźniony na umówioną wizytę chyba godzinę, ale za to nie musiałem stać w długiej kolejce emerytów. Szybkie badanie (płuca ok, a kolano trzeba obejrzeć pod usg) i mogłem wracać. Wypisałem się z tej przychodni, by móc znaleźć jakąś bliżej. No i jeszcze raz ten sam scenariusz, czyli mój autobus ucieka mi sprzed nosa, a potem czekam 20 minut, choć zgodnie z rozkładem autobusy powinny jeździć co 10 minut.

Wyprawa zajęła mi 3 godziny. Powinienem być zmęczony i wściekły. Ale nie byłem. A to dlatego, że moje leki działają i takie rzeczy przestały mnie irytować (w każdym razie – o wiele mniej niż wcześniej). Poza tym przeczytałem dwie zaległe „Polityki” – więc nie miałem poczucia totalnie zmarnowanego czasu.
Ale ważniejsze jest to, że moja A odstawiła tabletki antykoncepcyjne (bo musi zrobić przerwę). Nagle się okazało, że jej złe nastroje, wkurzenie, niezaspokojony głód bliskości (przytulaj mnie ciągle i niczym innym się nie zajmuj) i wieczne narzekanie są efektem ubocznym hormonów, jakie sobie aplikowała. Nagle między nami zapanowała harmonia, świetnie nam jest być razem, ustępujemy sobie w sytuacjach sporów, no po prostu jest idealnie.
Kurcze, wystarczy, że w środku wszystko działa jak należy i od razu chce się czytać, pisać, kochać, zwiedzać, spotykać z ludźmi, a życie nie przybija tak monotonią. Życie jest piękne. Zdrowie jest ważne.
19:17, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 kwietnia 2008
12 najgłupszych wypowiedzi gwiazd

Znalazłem na stronie The Sun, więc się podzielę:

Linda Evangelista: Nie odchudzam się i nie stosuję diety. Po prostu jem mniej niż mam na to ochotę.

Christina Aguilera: Gdzie w tym roku odbędzie się Festiwal Filmowy w Cannes?

Britney Spears: Byłam wiele razy za granicą, za oceanem. Na przykład w Kanadzie.

Greg Norman (taki golfista): Wiele zawdzięczam moim rodzicom, szczególnie mamie i tacie.

Don King: Mówi po angielsku, hiszpańsku, a do tego jest dwujęzyczny!

Jessica Simpson: Nie jestem anorektyczką. Pochodzę z Teksasu – czy w Teksasie jest choćby jeden anorektyk? Ja o żadnym nie słyszałam. I to nawet, gdy wliczymy moją osobę.

Brooke Shields w czasie wywiadu w ramach kampani przeciw paleniu papierosów: Palenie zabija. A gdy jesteś martwa, tracisz istotną część swojego życia.

Paris Hilton: Co to jest Wal-Mart? Czy oni sprzedają coś na ściany?

Angelina Jolie: Nie wiem, czy w moim życiu było jakieś kluczowe zdarzenie, które mnie odmieniło, ale po raz pierwszy uprawiałam seks mając 14 lat.

Alicia Silverstone: Myślę, że film “Clueless” był bardzo głęboki. W tym sensie, że był bardzo lekki. Ta lekkość pochodziła z głębokiego miejsca, gdzie znaleźć można prawdziwą lekkość.

Arnold Schwarzenegger: Myślę, że gejowskie małżeństwo powinno pozostać więzią łączącą wyłącznie kobietę i mężczyznę.

Winona Ryder: Najlepiej czuję się, gdy jestem szczęśliwa.

I mój faworyt:

Sylvester Stallone: Tylko będąc martwym artysta może osiągnąć szczęście, bo dopiero wtedy nie może się zmienić. Ale ja – po śmierci – zamierzam odrodzić się jako pędzel malarski. 

14:11, bekspejs
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
statystyka