Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
piątek, 24 października 2008
30 rocznica baloniarstwa

Śliczne zdjęcie przesłała mi niedawno J.

Chciałem się podzielić - popatrzcie:

 

07:42, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 października 2008
Brygada Kryzys

Czy rozumiecie, dlaczego światowy rynek finansowy się chwieje?

Tych dwóch panów Wam wyjaśni. A przy okazji na śmiesznie (choć całkowicie prawdziwie) obnaży, na jak absurdalnych podstawach działa dzisiejsza ekonomia:

http://www.youtube.com/watch?v=sA7lURtsNnU

PS Podziękowania dla J, który podesłał mi ten śliczny filmik!

20:57, bekspejs
Link Komentarze (2) »
No comprendo

Wróciłem właśnie z kilkudniowego pobytu w Andaluzji. Po stronie plusów:
- 90-proc. odcięcie się od pracy (sprawdziłem maile raz na jakiś czas, coś tam odpowiedziałem, odrobinę czytałem na temat, na jaki muszę teraz napisać);
- pejzaże i wspaniały klimat – 20-25 stopni każdego dnia, noce wręcz za ciepłe;
- Ronda to piękne, małe miasto z przyjemną, nieśpieszną atmosferą i nie tak dużą liczbą turystów;
- jazda wyścigówkami Formuły 3 może być naprawdę ekscytująca (choć głównie dla mojej A :)


- Obraz „Versality” Maxa Ernsta w niewielkim muzeum w Maladze i kilka prac Picassa tamże;
- Wschód słońca o 8:30 nad morzem;
- bliskowschodnie żarcie w malutkiej knajpce w zaułkach Malagi;
- i wszystko to dzielone z osobą, którą kocham.

Ale nie byłbym Polakiem, gdybym nie ponarzekał:
- Połowa wycieczki to zwycięzcy jakiegoś konkursu, z czego kilku panów stanowiło stereotypowe przykłady przeciętnego rodaka: małego cwaniaczka bez przednich zębów, który nie myje się, cały czas chichocze i się drapie, a do tego albo jest pijany, albo o tym mówi, albo szykuje się logistycznie do picia;
- Żarcie w knajpach zorganizowanych w ramach wycieczki w najlepszym przypadku średnie; w przypadku wegetarianów (moja A) – tragiczne;
- Przewodnicy nudzili, a tłumacz zniekształcał te nudy w kluchy, od których mózg mi się przegrzewał i większość czasu zwiedzania z przewodnikami (Alhambra, Ronda) musiałem czytać gazetę, by ocalić odrobinę osobistej godności;



- i największy minus: mimo, że organizatorzy zapewniali, że dopłacę najwyżej za bilet do Alhambry, no i ostatecznie za hotel (różnica między jedynką a dwójką), to na końcu zaśpiewali nam 450 euro – większość to było jedzenie, którego A nie jadła, bo było do dupy, a przy tym zawsze wywalczane na zasadzie wielkiej łaski (wyobraźcie sobie – 4 dni i przy każdym posiłku trzeba powtarzać „Jestem wegetarianką i nie będę jadła tej golonki”). Razem z przelotami i skromnymi wydatkami w czasie wolnym w cztery dni wydaliśmy jakieś 3500 zł. Dopłacam cztery stówy i mam w ramach last minute dwa tygodnie na Dominikanie.
Jeśli firma, która mnie zaprosiła na te wszystkie atrakcje, liczy, że dokonała coś w rodzaju małego skorumpowania dziennikarza w mojej osobie, to chyba osiągnęła efekt odwrotny. Ale przecież żyję w Polsce, a tu musi być wszystko na odwrót – nawet polskie czołgi mają lufy w środku. 

Cóż, doświadczenie i wiedza są jednak bezcenne. A te mówią, że Hiszpanię odwiedzimy sobie raz jeszcze, na spokojnie i indywidualnie. Żarcie – zamawiane tam, gdzie robią to miejscowi – tanie i pyszne. Transport publiczny, choć słabo opisany, jest tam dość dobrze rozwinięty, a ceny hoteli bez brewerii, szczególnie po sezonie. Z resztą tylko po sezonie da się tam wytrzymać z uwagi na klimat i mniejsze tłumy turystów.

20:54, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 października 2008
Piłsudski rulez

Ostatnio prawicowi posłowie, nie mając innych pomysłów na zrobienie czegokolwiek pożytecznego, a walcząc o poprawę swoich rankingów, zaczęli forsować pomysł ustanowienia święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Generalnie 3/4 wyborócw wolałaby wolny 2 maja - żeby skończyć z upierdliwą dziurą pomiędzy dwoma świętami 1. i 3. To, co w historii z trzema magami ze Wschodu mi się najbardziej podobało, że zdaniem prawicy dyskusja o tym święcie to wybór pomiędzy patriotyzmem Piłsudskiego, który taki wolny dzień wprowadził, a Gomułką, który je likwidował.

W "Policyce" przeczytałem bardzo ciekawy komentarz Ostrowskiego na ten temat. Otóż Piłsudski był socjalistą i konwertytą, który porzucił katolicyzm na rzecz wyznania protestanckiego (chodziło o rozwód i małżeństwo po rozwodzie z miłością jego życia). Nic dziwnego, że w parlamentarnych przepychankach musiał czasem partiom katolickim coś dawać - i wbrew własnym przekonaniom podarował im Trzech Króli (i parę innych rzeczy, do których również nie był przekonany). Współczesne powoływanie się na ten casus jest bardzo na miejscu: dziś również Kościół różnymi sposobami chce zwiększać swój wpływ polityczny - choć formalnie od pomysłu wolnego dnia się odcina.

Tymczasem nie słyszałem, by prócz Ostrowskiego ktoś jasno i wyraźnie powiedział, że tak jak KK powołuje się na konkordat np. w kwestii religii w szkole, tak teraz o konkordacie nie wypada wspominać, bo reguluje on sprawę dni wolnych od pracy. No, ale przecież religijne święto uznane za kolejny dzień wolny od pracy to oddolna inicjatywa Kropiwnickiego.

Za to innej gazecie trafiłem na cudny tekst o działalności terrorystycznej Marszałka. Opisany był napad na pociąg w celu zdobycia funduszy na działalność niepodległościową, jaki miał miejsce w 1907 r. I smaczki: w liście Piłsudskiego znalazło się wyjaśnienie dla jego osobistego udziału. Piłsudski pisał, że musi w taki bandycki sposób szukać kasy na działalność, bo nie ma już siły żebrać o pieniądze u rodaków, skaralałych i zdziecinniałych ze strachu i niewoli. Twarde słowa. I druga wypowiedź: Piłsudski uważa, że gdyby coś nie wypaliło i w napadzie by go zabili, to byłoby sprawiedliwe wobec tych wszystkich bojowców, jakich wysłał na podobne akcje, z których nie wrócili. Piłsudski był inteligentem i nie miał wielkiego miru u robotników, szeregowych działaczy PPS. Potrzebował więc pokazać, że ma jaja i się nie oszczędza.

Im więcej dowiaduję się o tej postaci, tym bardziej mnie fascynuje. Musze poczytać jakieś solidne historyczne opracowania - tylko nie pisane na kolanach. Chciałbym poznać lepiej biografię faceta, który był na tyle dojrzałym patriotą, że godził się z faktem, że większośc jego narodu to tchórze i głupcy, którzy zatraceni w swojej małości nie potrafią sami z siebie zrobić wiele dobrego nawet dla samych siebie.

10:43, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Użalanka

Wylądowałem z moją A w Hiszpanii na kilkudniowym wyjeździe. Wcześniejsze dwa tygodnie były strasznie pracowite: próbowałem zorientować się, czego brakuje w redakcji i dobrze przygotować się do rozmowy z prezesem. Pisać mogłem tylko nocami, co przekładało się na potęgujące się niewyspanie i zmęczenie. Przegięcie maksymalne nastąpiło w poniedziałek: tekst pisałem do trzeciej w nocy, a o 3:45 była pobudka - o 4:30 mieliśmy zbiórkę na lotnisku. Cały dzień w samolocie, a potem w busie wiozącym nas z Malagi do Rondy. Potem 3 godziny zwiedzania miasta. Po powrocie okazało się, że równie dobrze zasypiam siedząc na kibelku, co w trakcie zawiązywania sznurówek. Żadnego z odcinków serialu, jaki wzięliśmy w ramach wieczornych atrakcji, nie zdołałem obejrzeć do końca, miło szczerych chęci.

Dziś jest drugi dzień wycieczki. A zajęła moje miejsce w ramach atrakcji zmotoryzowanych i właśnie ściga się bolidem Formuły 3 po torze Ascari. Ja pół-śpię, pół-pracuję. Boli mnie całe ciało, ale po przespaniu 7 godzin w łóżku - najmniej głowa.

I wiecie co? Czuję się wspaniale, bo czuję, że żyję. Czuję całe moje ciało, wiem, że wyduszam z siebie ile się da. I to wspaniałe uczucie. I choć czasem sobie postękam (wszak jestem Polakiem), to i tak uważam, że życie jest piękne.

10:26, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 października 2008
Wyścig papieży - finisz
Największy sukces Klemensa to odzyskanie władzy we Florencji dla swoich kuzynów i małżeństwo córki jego siostrzeńca (Lorenzo, władca Urbino) z Delfinem, a potem królem Francji. Tak tak – to była Katarzyna Medycejska, władczyni Francji z uwagi na swoje chorowite i szalone potomstwo.
Najbardziej żałował tego, że nie udało mu się ożenić jednego ze swoich kuzynów z córką cesarza – bratanek ten otruł innego papieskiego bratanka (chodziło o kochanka), a potem sam został zamordowany. Takie czasy.

Paweł III (1534-49, Alessandro Farnese)
Nazywano go wcześniej babskim kardynałem, bo kapelusz dostał dzięki wsparciu siostry, kochanki Aleksandra VI. Z Aleksandra czerpał też przykład: swojego syna Pierluigiego namaścił na księcia Parmy, ustanawiając tam dynastię panującą do połowy XVIII wieku (poszło mu więc lepiej niż Borgiom). Syna Pierluigiego, Alessandra, uczynił kardynałem w wieku lat 14 (ten limit wieku papieże skopiowali chyba z Medyceuszy).
Paweł III bierze odpowiedzialność za oderwanie się Anglii od Rzymu – nie wnikając w sytuację polityczną, założył, że Henryk VIII ukorzy się i porzuci pomysł rozwiązania małżeństwa z córką króla Hiszpanii. Wykonawcy papieskiego planu – Thomas More i arcybiskup Fisher – zostali straceni.
Paweł wymyślił też Święte Oficjum, czyli rzymską inkwizycję. Przydała się – obroniła Włochy dla katolicyzmu (myślących inaczej po prostu palono, a resztę terroryzowano).
Zgodził się też (polecenie wydał cesarz) zwołać sobór w Trydencie. Sobór jednak nie pomógł rozwiązać żadnego z najważniejszych problemów katolicyzmu. Papież z resztą nie dożył końca soboru.

Juliusz III (1550-55, Giovanni Maria Ciocchi del Monte)
Jak tylko go wybrano, mianował swojego 17-letniego sługę Prevostina kardynałem. Sługa ten, został usynowiony przez del Monte – zrobił wrażenie na kardynale, dzielnie walcząc z ulubioną małpą przyszłego papieża. Tak oto żebrak i włóczęga został papieskim elektorem – taki powiew demokracji.
Juliusz był gejem i tego się nie wstydził. Kardynał della Casa zadedykował mu nawet swój poemat „Pochwała sodomii”. Sam papież planował uczynić kardynałem Aretina, wówczas najbardziej sprośnego autora poezji i prozy – jednak za późno wpadł na ten pomysł: zmarł 5 lat po wyborze.

Marceli II (1555, Marcello Cervini)
Znowu papież, który rządził kilka tygodni (dokładnie: 23 dni). I znowu ktoś, kto nie wymyśla nowego imienia. Skromniacha. Ale może słusznie – ostro wziął się do pracy i zrobił pod względem reform więcej dobrego, niż kilku poprzednich papieży razem wziętych. Cóż, przepracował się i umarł, a zapamiętany zostanie dzięki mszy Palestrina, któremu nakazał skomponowanie pieśni liturgicznych o jakości lepszej niż karczemne przyśpiewki.

Paweł IV (1555-1559, Gian Pietro Carafa)
Jak wielu poprzedników miał kochankę (to że jedną jest pewnym novum) i kilkoro nieślubnych dzieci. Wnuka i dwóch bratanków (odpowiednio 14 i 16 lat) uczynił kardynałami. Norma.
Zapisał się jako jedyny papież, który sam własną książkę umieścił w Indeksie Ksiąg Zakazanych: napisał rozprawę o słabości Kościoła, które mogą wzmagać reformację – przeznaczona była ona tylko dla Pawła III, ale wyciekła. Protestanci zaczęli z niej korzystać, a by uniknąć totalnej kompromitacji, Carafa już jako szef szefów postanowił odebrać możliwość jej czytania wiernym swojego Kościoła.
Na reformację potrafił reagować tylko gniewnymi pomrukami. Był zbyt zajęty walką z Hiszpanami, których nienawidził jako urodzony neapolitańczyk, by pamiętać, że są jeszcze jakieś inne, wymagające uwagi sprawy.
Był też wielkim antysemitą: to on zepchnął Żydów do gett, ograniczył zawody przez nich wykonywane do handlu żywnością (ale nie zbożem) i starzyzną. Zmniejszył liczbę bożnic do jednej na miasto. Nasilił nawracanie żydów przemocą i torturami.
Generalnie lubił terror i gdy umarł, w Rzymie rozpoczął się karnawał.  

Pius IV (1559-65, Angelo Medici)
Kolejne konklawe ciągnęło się tak długo, że z nudów mało nie wybrano La Cuevy, hiszpańskiego kardynała, który miał niezliczoną bazę pomysłów na gry salonowe. W końcu padło na Mediciego – ale już nie z tych patrycjuszy, tylko jakiegoś pomniejszego pociotka, który swojej pozycji dopracował się z pomocą własnego rozumu i pracy. Jak zwykle po wyborze ściągnął do Rzymu pociotków i zaczęły się nominację. Wśród szczęśliwców znalazł się jednak przyszły święty, Karol Boromeusz, co uprawnia katolickich komentatorów do twierdzenia, że była w tym ręka Boga.
Pius IV zamknął sobór, jednak nie przyniósł on rozwiązań kryzysu religijnego i ta porażka oznaczała rzezie we Francji i Niemczech. 

Pius V (1566-72, Antonio Michele Ghislieri)
Za młody jurny ksiądz, w końcu porzucił słabości ciała. Właściwie zajął pozycję przeciwną do hedonizmu – umartwiał się postami i włosiennicą, lubił też patrzyć na tortury. Nie dla przyjemności – raczej dla umocnienia w sobie braku współczucia, niewzruszoności. Regularnie co tydzień odwiedzał lochy inkwizycji, która dostała od niego legitymację dla rozkręcenia działalności. Wprowadził terror, jakiego Włochy jeszcze nie znały – wzmacniany siecią tysięcy donosicieli.
Wymyślił też, że ekskomunikuje Elżbietę I, królową Anglii i w specjalnej bulli nakazał poddanym jej „odsunięcie od władzy wszelkimi sposobami”. Katolicy w Anglii dostali więc licencję na zabijanie, z automatycznym odpustem w pakiecie. Nawiasem mówiąc, poprzedzająca ją królowa Maria, katoliczka, wykrwawiała swój kraj w poszukiwaniu protestantów i tysiące dzięki niej trafiło na stosy. Elżbieta nie miała w sobie takiej krwiożerczości – spiskujących katolików wieszała jako zdrajców. Mimo to z grona tych zdrajców na ołtarze jako święci trafiło całkiem sporo spiskujących mord na królowej katolików. Protestanci nie mają świętych – do spalonych więc nikt się nie modli.
To Pius V utwierdził też Kościół w uporze trzymania się łaciny jako języka liturgii. Skoro protestanci tłumaczyli Biblię na języki narodowe, a swoje nabożeństwa odprawiali w tychże, to Kościół Rzymski musi na odwrót. Bez sensu, ale trzymano się tego przez 400 lat. Brawo.

To tyle – wypisałem się, bo chciałem się oderwać od ekonomicznego pisania.

PS Dostałem awans na zastępcę rednacza. Niedługo negocjuję nowe warunki zatrudnienia, póki co właściwie kieruję większością aspektów działania miesięcznika.
W nagrodę wysłałem się na urlop (razem z Anią) na kilka dni do Hiszpanii. Muszę odespać i trochę odsapnąć, bo ostatnie dni były koszmarne. Książka o papieżach to jedyna rzecz, jaką zdołałem przeczytać (z rzeczy pozapracowych) od miesiąca – stąd może ta sążnista relacja.
21:13, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Wyścig papieży

Skończyłem właśnie książkę „Występni papieże renesansu. Prawda czy czarna legenda?” Gerarda Noela. Polecam, choć może warto czytać od 50 strony, bo początek jest nudny i tak wiele nie daje, jak się autorowi zdawało. Nota bene: pisarz jest historykiem i redaktorem „Catholic Herald”, wydawanego w Anglii, a także należy do Royal Society of Literature. Nie jest to więc antykatolicka propaganda autorstwa protestanta, tylko wewnętrzna krytyka okiem historyka. Ciekawe, bo facet broni papieży uznanych za potworów, a wyciąga sprawki tych, o których pamięć zachowała się lepsza niż na to zasłużyli. Ale nie będę gołosłowny, tylko wrzucę tu najdłuższy blogowy wpis, jaki dotąd napisałem. Życzę przyjemnej lektury.

Kalikst III (1455-58, Alfonso Borja, czyli Borgia – wuj Aleksandra VI)
Wybrany na konklawe, na którym było tylko 15 kardynałów, wśród których było tylko 9 duchownych. Zalał Rzym Hiszpanami, dzięki czemu wzmógł do nich nienawiść, jaka brała się z ich obecności w Neapolu.

Pius II (1458-64, Eneasz Sylwiusz Piccolomini, wuj Piusa III)
Oprócz promowania ziomków niewiele ciekawego zwojował na tym stanowisku.

Paweł II (1464-71, Pietro Barbo, siostrzeniec Eugeniusza IV)
Przystojniak i narcyz, chciał przybrać imię Formozus (po grecku „przystojny”), ale takie imię przybrał papież, którego ciało po śmierci zostało ekshumowane na rozkaz jego następcy Stefana VI, posadzone na tronie i osądzone. To źle wróżyło, więc wybrał Pawła.
Bardzo lubił przyjmować gości, szczególnie piękne kobiety i młodzieńców (był biseksualny) – nawet w obliczu ambasadorów przybyłych na kolację potrafił wybrać sobie wyjątkowo apetycznego sługę, którego na jego rozkaz rozbierano, a następnie torturowano. Lubił jak jęki mieszały się z dźwiękami lutni i fletów.
Przywrócił zwyczaj chodzenia papieży w koronach – kazał zrobić sobie nową specjalnie na rozmiar swojego ego. Korona kosztowała 120 tys. dukatów – tyle, co kilkuletnie utrzymanie 20 tys. armii. Jedna z plotek głosiła, że umarł właśnie na skutek ciężaru, jaki zwyczajnie skręcił mu kark.

Sykstus IV (1471-84, Francesco della Rovere, wuj Juliusza II)
Po wyborze na papieża z miejsca mianował kardynałami dwóch bratanków – jeden później został papieżem. Trzeciego krewnego – siostrzeńca – mianował kilka lat później. Również biseksualista, nie ukrywał słabości do pięknego ciała. Zachował się dokument, w którym zezwala rodzinie kardynała Santa Lucii na uprawianie sodomii w wyjątkowo nudnych i męczących miesiącach czerwcu, lipcu i sierpniu. Był więc wyrozumiały dla seksualnych potrzeb kolegów po fachu.
Najbardziej kręciło go jednak kazirodztwo – najchętniej bzykał członków własnej rodziny. Z własną siostrą spłodził chłopca nazwanego Pietro Riario. I opłaciło się, bo potem bzykał się też z tymże Pietro właściwie tego nie kryjąc przed nikim. Drugiego kuzyna – Giuliano della Rovere – pompował jako chłopca, potem biskupa, potem kardynała. Pompował skutecznie: della Rovere dwadzieścia lat później został papieżem.
Zapamiętany zostanie jednak nie z powodu swojej etyki, ani z tego, że utworzył hiszpańską inkwizycję, która przez następne 300 lat będzie terroryzować półwysep Iberyjski. Zbudował bowiem kaplicę sykstyńską – najbardziej znany zabytek Watykanu.

Innocenty VIII (1484-92, Giovanni Battista Cibo)
Cibo kombinował, jak jeszcze większym wstydem okryć na kartach historii Kościół Katolicki – i wymyślił. To on był gorącym orędownikiem „Malleus Maleficarum”, czyli „Młota na Czarownice”. Napisał bullę, która stała się wstępem do tego podręcznika tortur i bzdur, jakie miały sankcjonować kary za domniemane czarownictwo. Czyli jak baba utonie w rzece, to znaczy, że może była w porządku. A jak nie utonie, to się czarownice spali.
Bardzo kręciło go znęcanie się i upadlanie kobiet, był mizoginem doskonałym, ale bzykał też czasem kobiety, choć częściej chłopców. Był więc trzecim biseksualistą z rzędu na papieskim tronie. Spłodził kilkoro nieślubnych dzieci, co było standardem jeśli chodzi o papieży, jak i w ogóle możnych okresu włoskiego renesansu.
W drugiej części pontyfikatu coraz więcej się obżerał i coraz więcej spał. Wkrótce robił już tylko te dwie rzeczy. Utył tak potwornie, że nie był już w stanie zejść z łóżka, a by podleczyć zdrowie karmiono go kobiecym mlekiem. Gdy wpadł w konwulsje, lekarz zaproponował transfuzję. Połączono jego żyły z żyłami kolejno trzech młodych mężczyzn. Nic dziwnego, że żaden z nich tego nie przeżył (podobnie jak Innocenty). Kronikarz wspominał z emfazą, że palce ochotników (teraz już trupów), rozginano metalowymi prętami, by zabrać im złote dukaty, jakie otrzymali za podjęcie ryzyka takiej operacji.

Aleksander VI (1492-1503, Rodrigo Borgia, siostrzeniec Kaliksta III)
Najsłynniejszy potwór na papieskim tronie – jednak głównie jego zła opinia bierze się z tego, że był znienawidzonym Hiszpanem, który broniąc swojej pozycji dbał o kariery rodziny i ziomali – kilku zrobił książętami. Obsmarowali go kronikarze następców, których jako kardynałów trzymał dość krótko. Próbował ogarnąć Państwo Papieskie, scentralizować je – ale trafił miedzy młot Hiszpanów i kowadło Francuzów, a więc w spór o Neapol. Wybrnął z niego zręcznie, bez większych strat dla Włochów i Rzymian – szczególnie, gdy porówna się to do potworności, jakie będą działy się w Italii kilkadziesiąt lat później za panowania tych, którzy go oczerniali.
Żył i jadł tak skromnie, że rzadko miewał gości. Jego krytycy zbudowali z tego mit, że był trucicielem – tymczasem na jego stole były zawsze chleb, sardynki i tanie wino. Nikt się więc nie garnął.
Z Borgii i jego dzieci: Cesarego oraz Lukrecji – zrobiono potwory. Tymczasem nie odstawali specjalnie od makiawellicznej normy. Cesaremu po prostu się nie udało – gdy zaczął przegrywać, przestał być złotym dzieckiem Włoch, do którego garnęli się sojusznicy. Potem ci, których pobił na polu bitwy i dyplomacji jeździli po nim równo (zginął w wieku 31 lat jako kondotier w Nawarze). A Lukrecja? Nie ma jednoznacznych dowodów, że kogoś otruła. A nawet gdyby – czasy były brutalne. W samym Rzymie dziennie na brzegu Tybru znajdowano kilka-kilkanaście ciał dziennie. I to nie tylko za tego pontyfikatu – raczej było to mało, bo Aleksander zwiększył wydatki i zreorganizował służby miejskie.
Tak jak wielu innych papieży trzaskał kasę sprzedając kardynalskie kapelusze – we wrześniu 1500 r. zarobił w ten sposób 120 tys. dukatów w jeden wieczór, sprzedając 12 sztuk. Robił pieniądze ściągając klątwy nałożone przez poprzednich papieży, unieważniając małżeństwa królów i ogólnie świadcząc usługi dla ludności. Ufundował największy dom publiczny w Rzymie i ciągnął z niego rokrocznie 50 tys. dukatów. 

Pius III (1503, Francesco Todeschini-Piccolomini, siostrzeniec Piusa II)
Wybrany jako kompromis w sytuacji patu – o tron walczył della Rovere i kardynał Sforza. Nie zdążył namieszać: rządził 26 dni.

Juliusz II (1503-13, Giuliano della Rovere, bratanek Sykstusa IV)
Nazywano go Il Terribile (Groźny), ale nie tylko terroryzował, ale i prowadził sprytnie dyplomacje i kupował kogo trzeba, np. kardynałów na konklawe, które go w końcu poparło. Nie on pierwszy, nie ostatni.
Ściągnął do Watykanu Rafaela i Michała Anioła i tego ostatniego z dużym prawdopodobieństwem zaliczył. Bardzo lubił cielesne uciechy, dość wcześnie zaraził się syfilisem i chętnie się nim dzielił z innymi. Miał specjalnie poinstruowanych sługów, którzy jednak dbali by zachować pozory – pilnowali, by nikt nie całował go po stopach, które były potwornie zniekształcone od choroby, której przyczyny wszyscy się już wtedy domyślali.
Przez cały pontyfikat centralizował władzę i wojował. Gdy malowano jego portret nie chciał załgać obrazu i kazał sportretować się z mieczem w dłoni (zamiast Pisma Świętego).
Podczas walki z Francuzami wymknął mu się fajny bonmot: „Zobaczmy, kto ma większe kule: papież, czy król Francji”. Po czym wyszedł na mury zamku, który był oblegany, w ornacie, z hostią i całym świecącym i świętym kramem w procesji. Francuscy żołnierze nie potrafili zmusić się do strzelania do głowy swojego Kościoła, namiestnika Chrystusa na Ziemi.

Leon X (1513-21, Giovanni Medici – syn Wawrzyńca Wspaniałego)
Tu też fajny bonmocik: „Bóg dał nam papiestwo – zabawmy się!”. Sprytnie wybrany szybko, zanim na konklawe pojawili się kardynałowie z Francji. Do promocji szykował się od dawna – kardynałem został w wieku 14 lat (któreś z hiszpańskich książątek miało 12, a syn króla Francji w XVI wieku 8, więc spoko). Był brzydalem i miał potworne owrzodzenie odbytu, które – jak pisze kronikarz – doskwierało mu szczególnie po chwilach uciech, jakim się oddawał z młodzieńcami. Ale na konklawe wytrwał do szczęśliwego finału, którego od początku był faworytem. Uwielbiał pompę: ceremonia jego intronizacji kosztowała 100 tys. dukatów – 1/7 tego co zostawił w skarbcu stale reformujący, porządkujący sprawy, szukający kasy i wojujący poprzednik.
Rozrzutność wymagała specjalnych sposobów pozyskiwania funduszy – kredyty szybko zaczęły być mordercze dla Państwa Papieskiego, przy oprocentowaniu rzędu 40 proc. Sprzedawał więc kapelusze kardynalskie nawet zadeklarowanym ateistom – niektórzy hobbiści dla żartu kupili sobie najwyższy (po papieżu) tytuł za 70 tys. dukatów. Większość płaciła ok. 20 tys. Podniósł też opłaty w rzymskich burdelach, które od dawna były częścią Vaticanum Incorporated. Łącznie mianował 31 kardynałów, w tym 3 zawodowych bankierów (była to forma spłaty pożyczek).
Miał skłonność do pięknych mężczyzn i niektórych mocno promował. Niejaki Alfonso Petrucci dosłużył się tyłkiem godności kardynała – i poczuł wiatr w żagle. Kupił więc lekarza papieskiego, który przykładał do wrzodów na tyłku jego świątobliwości jakieś maści – by tym razem przyłożył truciznę. Plan się wydał, Petrucci uciekł, ale dostał gwarancję nietykalności. Po tym, jak wrócił się pokajać i prosić o wybaczenie, został wrzucony do lochu i torturowany, a w końcu stracony. W ramach łaski do uduszenia umęczonego człowieka użyto jedwabnego sznura w kolorze szaty kardynalskiej. Pełen bon ton.
Poza tym spisek sprawił, że Leon zaczął rzucać oskarżenia na lewo i prawo, a oskarżeni musieli się wykupywać sumą 5-50 tys. dukatów (w zależności od nastroju papieża). Ruszyła też kampania zbierania kasy przez odpusty – i to z filiami w całej Europie. Ten proceder rozbujany do rozmiarów przemysłowych, odpalił za pontyfikatu Leona niejakiego Marcina Lutra. Rozpasane życie Medyceusza i jego długi były więc współodpowiedzialne za reformację, rozpad świata chrześcijańskiego i ponad 200 lat wojen religijnych. Nieźle się zabawić, a inni niech się martwią – to powinno być jego mottem. Zostawił po sobie dług w wysokości 800 tys. dukatów, który będzie ciążył kolejnym pontyfikatom i spowoduje, że następni papieże będą tylko kombinować, skąd wziąć kasę. Luter – który odmówił przyjazdu do Rzymu w celu spalenia na stosie – mógł dalej grzmieć, bo przemysł odpustowy musiał pracować, inaczej Watykan musiałby ogłosić upadłość i bezpośrednia opieka Pana Boga mogłaby się okazać kompromitująco licha.

Hadrian VI (1522-23, Adriaan Florenszoon Dedal)
Kardynałowie bali się Cesarza, więc wybrali jego katechetę i nauczyciela. Dedal był prostakiem: gdy go wybrano (zaocznie, bo siedział w Hiszpanii), najpierw napisał list z pytaniem, czy w Rzymie będzie mógł się gdzieś tanio zatrzymać, bo jako papież powinien chyba tam zamieszkać. Na imię wybrał sobie Hadrian (żeby mu się nie myliło z tym otrzymanym na chrzcie). 7 miesięcy zbierał się i podróżował do Rzymu, gdzie dał sobie pocałować stopy przez wszystkich włoskich kardynałów (panował zwyczaj, że papież schylającego się do pocałunku w stopę schyla się i ściska – taka oznaka braterstwa ze strony pierwszego wśród równych). Łącznie rządził 20 miesięcy (wliczając podróż). Nie potrafił się na nic zdecydować, więc i niewiele po sobie zostawił. Wspaniały mnich, tragicznie beznadziejny papież, który przyśpieszył reformację.

Klemens VII (1523-34, Giulio Medici – bratanek Wawrzyńca Wspaniałego)
Rzymski motłoch zażądał na papieża Włocha. No i kardynałowie musieli tak kombinować, by tego Włocha wybrać, jednocześnie godząc zwaśnione stronnictwa. Gdy trwało to zbyt długo, tłum ograniczył posiłki elektorów do dwóch (chleba, wina i wody), nie ogrzewano sal, nie sprzątano. W takiej presji wygrał kolejny Medyceusz – dwa lata po zakończeniu pontyfikatu poprzedniego, który sprowadził na Watykan tyle problemów. Klemens był jednak uwielbiany przez tłumy z uwagi na wygląd i charakter. Choć jednak był wicekanclerzem dwóch poprzednich papieży, sam jako szef okazał się do niczego. Przede wszystkim: zdradzał sojuszników tak często, że wkrótce był brany za wroga przez wszystkich bez wyjątku. Idiotyczne zachowanie wobec cesarza Karola V, któremu wszystko wtedy się udawało, spowodowało najazd na Państwo Papieskie. Karol nie zlikwidował watykańskiego interesu tylko dlatego, że był katolickim władcą, który obawiał się próżni, jaką by to zostawiło. Przez Europę przewalały się właśnie kolejne fale reformacji.
Dlaczego dziś możemy zobaczyć szwajcarskich gwardzistów w Watykanie? To dzięki Klemensowi. Gdy do Rzymu zbliżała się armia cesarza, ten ignorował ten fakt, licząc na to, że sam Bóg pokona Niemców. Nie pokonał, a jego ci weszli do miasta i zastali go w jakimś jego ulubionym kościele. Ponad setka najemników ze Szwajcarii oddała życie, by papież mógł uciec. Głupota godna lepszej sprawy. Swoją drogą kilku kardynałów dało w długą za papieżem, ale nie wszystkim się udało. Del Monte (późniejszy papież Juliusz) został pochwycony i dla uciechy powieszono go za włosy. Niemcy i ich proste rozrywki.
Polityka Klemensa doprowadziła do największej katastrofy w Rzymie od czasu najazdów barbarzyńskich jeszcze za czasów Cesarstwa Rzymskiego. Tygodniami żołdacy gwałcili, mordowali, podpalali – aż w końcu zaczęło w mieście brakował żywności i w końcu wybuchła zaraza.
W końcu odeszli, a porozumienie z cesarzem wymagało m.in. wypłatę 400 tys. dukatów. Wcześniej, by tej tragedii uniknąć, wystarczyłoby zapłacić połowę, albo przeznaczyć ją na własną armię. Ale papież nie mógł się zdecydować.

cdn. 

21:13, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 października 2008
Hardcore
Mój szef poległ w firmowej walce koterii i próbie pogodzenia małego biznesu, jaki rozkręcił na boku, z prowadzeniem pisma. Połowa zespołu zastanawia się nad odejściem. Szef handlu to się zwalnia, to wyżywa na Bogu ducha winnych pracownikach.

W takiej atmosferze przychodzi mi przyjmować gratulacje z powodu mojego awansu. Na jakie stanowisko? Nie wiadomo. Z jakimi apanażami? Tym bardziej. Wiadomo, że teraz mam prowadzić pismo w tym sensie, że planuję najbliższe miesiące, dogaduję się z handlem, szukam nowych współpracowników. Do tego jestem odpowiedzialny za współpracę w stowarzyszeniem lobbystycznym, którego periodek wchłonął mój miesięcznik, co oznacza sporo przepychanek, bo umowa umową, a najlepiej zwalić komuś robotę na głowę, niech się martwi.
Na razie zbieram tylko pochlebne opinie, ale od 3 tygodni czekam na zalegającą pensję za pracę, jaką wykonałem w lipcu i sierpniu. I zastanawiam się, czy po rewolucji przywrócone zostaną oryginalne stawki – bo póki co były obniżone o 1/3.

Więc darujcie mi, że się nie cieszę. Jeśli nie byliście na zebraniu z moim prezesem, nie współpracowaliście z nim w poważniejszych sprawach, to uwierzcie mi na słowo: nie mam z czego się cieszyć. Zamiast gratulacji trzymajcie kciuki, bo na dniach będę renegocjował warunki mojego zatrudnienia. Dopiero wtedy okaże się, czy chociaż utrzymałem status quo przychodów do obciążenia pracą i obowiązkami. I czy faktycznie awansowałem i popchnąłem moją karierę do przodu.

Kariera... że też takie słowo przechodzi mi przez gardło...
19:52, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Pokacycki.pl
Ostatni tydzień obfitował w e-odkrycia. Najpierw ktoś przysłał mi link do strony, na której chłopiec mścił się na dziewczynie za zdradę, publikując jej rozbieraną sesję. Rzecz była szatańska: każdy, kto wchodził na stronę, w jej adresie widział rodzaj kodu. Gdy rozesłało się dostatecznie dużo linków rozsiewając domniemaną e-zemstę, prowokując innych do wchodzenia na stronę, dostawało się możliwość obejrzenia kolejnych nagich fotek.

A o co chodziło? Jak wyśledził Ć., w tekście o zemście na tej „sóce” (braki ortograficzne miały wskazać emocjonalny przekaz i autentyczność) pojawiał się link do testu na inteligencję. Gdy się go rozwiązało, wynik otrzymać można było tylko po wysłaniu sms-a płatnego 20 zeta. Piękna sprawa – twórca zarobił pewnie kilka tysięcy, znając przeciętny poziom inteligencji i czujności Polaków, no i ludzi jako takich.

Dziś wychodzę sobie z konferencji, a przed hotelem, w którym była, ospoilerowany żółty samochodzik z siedzeniami o pokrowcach w barwach krowiej skóry (czarno-białe łaty). Ohyda i w ogóle boleść. Kolega mój na to: „normalnie pstryknę fotkę i wrzucę na wiejskituning.pl”. I tu mnie zdumiał, bo nie wiedziałem, że są takie hobbystyczno-złośliwe stronki. Poszukałem i znalazłem: jest spora konkurencja.
http://wiejskituning.pinger.pl/
http://wiejskituning.blox.pl/html
i nieco przewrotna, żartobliwa bardziej:
http://www.sramnatuningi.com/

I tu nagle przypomniała mi się słodka strona, która nie raz poprawiała mi nastrój:
http://bialekozaczki.blog.pl/
Jeśli nie znacie, to wchodźcie: robi wrażenie.

A z bardziej pikantnych odkryć – miejsce, gdzie możecie wrzucić fotkę cycków Waszej dziewczyny (taki jest target) i pochwalić się znajomym. Albo swoje własne, jeśli jesteście płci pięknej. Z resztą nie koniecznie, z czego korzystają także niektórzy faceci.
http://pokacycki.fotolog.pl/

Niesamowite miejsce. Internet. Pozbądźcie się nadziei, wy, którzy tu wwwchodzicie.
19:39, bekspejs
Link Komentarze (1) »
statystyka