Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
poniedziałek, 29 października 2007
Anegdoty korporacyjne

Postanowiłem zawłaszczyć w mojej nowej gazecie dział anegdot korporacyjnych. W sumie można takie rzeczy wymyślać, bo życie i tak prześciga fantazję, ale ponieważ jestem leniwy, to wolę zbierać je od ludzi i po procesie wyanonimowania, puszczać do gazety.

Jakbyście coś ciekawego mieli, to ślijcie!!!

A tu trzy przymiarki:

Akcja "Prezes"
W wielu korporacjach budowany jest kult prezesa, a jego wizyty w poszczególnych oddziałach i zagranicznych filiach stają się ważnym wydarzeniem. Od jego oceny zależą późniejsze awanse lokalnych menedżerów, albo zaczynają się degradacje lub zwolnienia. Czasem jednak przygotowania do wizytacji nabierają groteskowych rozmiarów.
U jednego z globalnych liderów branży kosmetycznej np. drobiazgowo planowano trasę przejazdu prezesa z lotniska do polskiej siedziby takiej firmy. Na wybranej trasie uprzednio wykupywano jak najwięcej bilboardów, na których umieszczano reklamy produktów koncernu – by prezes po drodze mógł docenić marketingowe starania swoich podwładnych. W biurach panowała oczywiście pełna gotowość: wzywano ludzi z urlopów, ściągano z łóżek obłożnie chorych. Porzucano pilne prace, których załatwianie tworzyłoby dla człowieka z zewnątrz wrażenie bałaganu – i zajmowano się sprawami mało istotnymi, które rozwiązywać można w uporządkowany i wizualnie najbardziej profesjonalny sposób. Ponieważ zapowiedziana była wizyta bossa w kilku stoiskach z kosmetykami, zlokalizowanych w centrach handlowych, na okres jego obecności w stolicy najęto statystów, którzy robić mieli tłum chętnych do zakupu.
- Przypominało to patiomkinowskie wsie, budowane na czas przejazdu carycy Katarzyny, by wzbudzić w niej dobre samopoczucie władcy sprawnie zarządzanego imperium, w którym nie ma biedy i nieporządku – wspomina jedna z menedżerek średniego szczebla, która postanowiła poszukać pracy w firmie bez tak skrajnego kultu prezesa.


Czekamy na sygnał z centrali
Każdy kraj ma swoją kulturę organizacyjną. Skrajnie hierarchiczną, a jednak na swój sposób innowacyjną kulturę zbudowali Japończycy, indywidualistyczne przeciwieństwo stworzyli Amerykanie. Swoją kulturę korporacyjną mają też Austriacy – charakteryzuje się hierarchicznością i silną centralizacją.
Przekonali się o tym pracownicy jednego z polskich banków, który kilka lat temu przejęty został przez austriackiego giganta. Wszelkie działania musiały mieć błogosławieństwo z Wiednia, co przy pewnej barierze językowej i organizacyjnej oznaczało wydłużenie oczekiwania na podjęcie decyzji w najbardziej błahych sprawach. Dla przykładu: uzyskanie akceptacji nowych wzorów wizytówek dla polskich pracowników mogło trwać półtorej miesiąca. Poważniejsze zmiany wymagały wielomiesięcznego oczekiwania w całkowitej bierności. Asystentka jednego z polskich dyrektorów wspomina: W branży pojawił się dowcip: po katastrofie samolotu na bezludnej wyspie wszyscy zaczęli się organizować. Jedna grupa zaczęła zbierać drewno na opał, inna – budować schronienia, reszta ruszyła w poszukiwaniu pożywienia. Tylko dwóch smutnych bankierów z Austrii stało sztywno wyprostowanych, z oczami wlepionymi w horyzont. – Co robicie, panowie? – zapytał jeden z rozbitków. – Czekamy na instrukcje z Wiednia.

Łubu dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu
Niektórzy szefowie muszą być we wszystkim najlepsi. Nie znoszą świadomości, że ktoś w ich zespole może mieć lepsze kompetencje w jakiejś dziedzinie, może być bystrzejszy, lepiej znać język obcy, czy nawet – że może być sprawniejszy fizycznie.
O tej słabości jednego z partnerów w polskiej filii międzynarodowej firmy doradczej wiedzieli wszyscy pracownicy. Ci, którzy nie zorientowali się dostatecznie szybko, po prostu tracili pracę.
- Dlatego śmiesznie wyglądały imprezy integracyjne, których nieodłączną częścią były mecze piłki nożnej – wspomina jedna z pracownic. - Szef – mężczyzna po 50-tce, wzrostu siedzącego psa, z co najmniej 40-kilogramową nadwagą – pokonywał całe boisko, kiwając wysokich, muskularnych 20- i 30-latków. W końcu, zasapany, dobiegał do bramki przeciwnika, gdzie bramkarz panicznie starał się nie przeszkadzać, rzucając w kierunku słupka i nie podnosząc z ziemi tak długo, póki piłka nie znalazła się w siatce.

W ten sposób ludzie firmy budowali zwarty zespół zintegrowany upokorzeniem i strachem wobec szefa.

15:08, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Nerwówa

Nie wykonałem pracowego planu na weekend, nie wstałem z samego rana, by pisać. Zaległości trochę mnie przytłaczają, robię się nerwowy. Moja A, która ma swoje problemy, nakręciła mnie dziś i - rozdrażniony - własnoręcznie wbiłem gwóźdź do trumny naszego fotografa. Zostanie zwolniony i szukamy kogoś na jego miejsce. Przypuszczam, że fakt, iż stał się ostatnio trudny we współpracy, wynika po prostu z tego, że właśnie się przeprowadza do nowego mieszkania, którego zakup w ostatnich dniach finalizował. Dlatego mi głupio. Pociechę najduję w necie (patrz obrazek).

15:02, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2007
Klasyki

Ostatnio wpadły mi w ucho trzy zabawne sentencje.

Pierwsza, w oryginale, jest autorstwa Busha seniora:

- Read my lips: no new taxes.

Druga to dzieło Aldousa Huxley'a:

- Intelektualista to osoba, która odkryła, że są rzeczy bardziej interesujące niż seks.

I trzecie to piękna odpowiedź Winstona Churchilla na pytanie, jaki jest jego sposób na to, by mając ponad 80 lat i ciągle być w świetnej formie. Premier Zjednoczonego Królestwa przełknął whiskey, zaciągnął się poteżnym cygarem i odpowiedział:

- Przede wszystkim: żadnych sportów.

08:26, bekspejs
Link Komentarze (1) »
Jaka błoga cisza...

Wybory za nami. Kampania wyborcza była męcząca, wszechogarniająca, agresywna, erystycznie surrealistyczna. Jak najmniej o programie, jak najwięcej o emocjach. Dzięki temu mieliśmy rekordową frekwencję, choć czy to powód do radości, że ledwo połowa ludzi spełniła swój obowiązek? Dodatkowa zaleta takiej kampanii jest taka, że nie będzie można PO zarzucać, że nie realizują programu, bo program właściwie na pewno zrealizują: odsuną od władzy PiS i w miejsce jego niekompetentnych dziesiątków tysięcy ludzi wsadzą swoich dyletantów. Żadna partia nie może pozwolić, by krecią robotę na zapleczu robiła opozycja. Żadna partia nie ma zaplecza specjalistów tak szerokiego, by urzędnicze stanowiska oraz miejsca w radach nadzorczych obsadzić fachowcami. Jednym słowem, stare dobre TKM, czyli przysysanie się do państwowego cyca.

Może ogłuchłem od sloganów wyborczych, ale jakoś nie słyszałem, by jasno i dobitnie któraś z partii chciała w ciągu jednej kadencji wzmocnić służbę cywilną, zmarginalizowaną i zniszczoną przez Kaczyńskich.

Pocieszające jest to, że można już od tego wszystkiego odetchnąć. Dzień po wyborach w mojej pracy NIKT nawet nie napomknął na temat PO, PiS, całej tej parlamentarnej menażerii, która tak lubi skupiać na sobie naszą uwagę. To samo moja rodzina. Ludzie odpoczywają po zawłaszczeniu mediów przez polityków.

Oby jak najdłużej.

08:14, bekspejs
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 października 2007
Wpadka

Wczoraj - zastępując kolegę - leciałem na spotkanie autorskie z hiszpańskim pisarzem Jorge Molistem. Facet jest jednym z poczytniejszych autorów w Hiszpanii, a przy tym odnosi sukcesy jako menedżer, dawniej w Procter&Gamle, teraz w Paramount. Do Instytutu Cervantesa dotarłem spóźniony, ponieważ byłem zdenerwowany to kontrola na bramce (instytut jest na terenie ambasady), kosztowała mnie kolejne minuty. W końcu wpadam do budynku, a tam śladu informacji. Błąkam się po korytarzach, a w końcu znajduję człowieka. Z wyglądu - jakiś Cervantes. Pytam się go, czy nie wie, gdzie jest spotkanie autorskie z Molistem. A ten:

- Jorge Molist, bardzo mi przyjemnie.

Klasyka.

PS Facet okazał się bardzo miły. I zrobił na mnie wrażenie - pisze to, co lubi, robi to po nocach, co 2-3 lata nowa powieść. No i każda sprzedaje się lepiej od poprzedniej.

PPS Spotkanie o 18:30 zaczęło się po hiszpańsku - czyli kilka minut po 19. Kultura manana.

23:52, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 października 2007
Życie się toczy

Ostatnie dni upływają na zamykaniu pierwszego numeru, który znajdzie się w kioskach, oraz na nieustających spotkaniach. Szef wpakował mnie w kilka tematów, które wymagają bardzo wielu telefonów i spotkań, więc dzwonię, spotykam się, a do tego chodzę na konferencje i takie tam. A ponieważ utarł się zwyczaj, że obiado-kolację jem z moją lubą, a przy tym fajnie jest coś obejrzeć, to po prostu brakuje mi czasu, by pisać. Pisać do pracy, do bloga i dla siebie. Brakuje czasu by czytać, wszystko co wyszarpnę światu to chwile w komunikacji miejskiej, a i nawet nie to w pełni, bo jak jadę na spotkanie to przypominam sobie temat, albo wymyślam pytania, jeśli ich jeszcze nie przygotowałem (godzina w autobusie bywa wielce kreatywna).

Ponieważ już powinienem updatować moją magisterkę (tak!), już - pisać małe teksty z ubiegłotygodniowych konferencji (bo zapomnę, o co chodziło, a moje pismo daje się odczytać z notatek tylko póki pamiętam, czego sprawa dotyczyła). Już - nowe teksty do drugiego numeru. Już, już, już.

A przy tym świadomość, że przez zamieszanie z jedynką poszły w niej w 75 proc. teksty z zerówki, przez co zarobię w tym miesiącu ledwie kilkaset złotych...

Fajnie jest być chwalonym w pracy, ale wolałbym lepiej zarabiać zamiast tych pochwał. Lepiej, tzn. bardziej adekwatnie do moich wysiłków. Bo teraz to trochę takie odliczanie: ile starczy mi zapału do robienia nowych rzeczy, nawet ciekawych, jeśli jechać będę na karcie kredytowej lub kredycie odnawialnym?

Nie chciałbym podzielić zdania mojego ojca, który traktuje mnie protekcjonalnie i gasi mój zapał do pracy, pytając za każdym razem, gdy się spotykamy, ile kasy już dostałem z tej nowej firmy. A jego zdanie, zdanie starego cynika, to: w pracy ostatecznie liczy się tylko kasa. Miłą atmosferą, fajnymi relacjami z szefem, ciekawymi wyzwaniami nie zapłaci się czynszu.

23:40, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Czy warto zatrudniać młodych?

Kolejny felieton - efekt mojej obecności na wielkiej konferencji poświęconej szkoleniom.

Osoby urodzone po 1980 r. nazywane są niekiedy pokoleniem Y. Ci dwudziestolatkowie nie pamiętają już PRL-u i wychowali się w świecie wartości, jakie nasza kultura przyjęła po 1989 r. Ich cele to kariera, maksymalizacja indywidualnej konsumpcji, a ich najważniejsza cecha to przekonanie o własnej niezwykle wielkiej wartości oraz egoizm – tak w przerysowany sposób można odczytać to jak młode pokolenie pracowników opisują przedstawiciele branży HR. Coś jednak musi być na rzeczy, skoro ludzie działów kadr mają nawet szkolenia, w których przygotowują się do tego, jak reagować na żądanie typu: „albo do godziny 17 dostanę na piśmie potwierdzenie mojego awansu i podwyżki, albo odchodzę”.
Zgodnie z opiniami specjalistów od kadr, największym problemem, jaki wynika z zatrudniania przedstawicieli pokolenia Y, bywa ich niska umiejętność do pracy zespołowej – jeśli nie są gwiazdami, to tracą zainteresowanie projektem. Do tego dochodzi nieustająca presja związana z nagradzaniem – nawet wysłanie trzech maili do kontrahentów powinno wiązać się z awansem i podwyżką. Są także „trucicielami” – gdy są niezadowoleni (a prawie zawsze są), zniechęcają do pracowitości i własnej inicjatywy kolegów z pracy, którzy łatwo przyjmują ich rewolucyjne spojrzenie.
Z pewnością nie wszyscy dwudziestolatkowie są zapatrzonymi w siebie jedynakami bez krzty samokrytycyzmu. Na pewno też mają pewne zalety, jakich brakuje np. 50-latkom – jak choćby obycie z komputerem. Nie mniej w samej tej przerysowanej krytyce pokolenia Y usłyszeć można tęsknotę za pracownikami „w dawnym stylu” – skromnymi, raczej biernymi, cierpliwymi i nie tak agresywnie nastawionymi na karierę. Szkoda, że poprzednie trendy w dziedzinie HR odsunęły tak wielu tych miłych, skrupulatnych starszych ludzi w rynkowy niebyt, na wcześniejsze emerytury czy renty.

PS Czy ucieszyliście się kiedyś z tego, gdy poproszono Was o pokazania dowodu tożsamości przy zakupie alkoholu? Ja kilka razy, niestety to było dawno. Fajnie jest mieć młody wygląd, ale to mija. Na szczęście mój szef potrafi przypomnieć to uczucie. "Inni młodzi dziennikarze myślą, że już wszystko potrafią, żądają większej kasy i Bóg wie czego, nie przyjmują krytyki. Ty nigdy nie powiedziałeś, że wiesz coś lepiej. Nawet jak masz rację, to mówisz, że wydaje ci się, że jest nieco inaczej, niż mówi ten, który właśnie się myli". Z jednej strony wychodzę na fajtłapę, niepewnego tego, co wiem. Z drugiej - przynajmniej jestem jeszcze młodą fajtłapą. To chyba kryzys wieku średniego, bo wolę to, niż być pewnym siebie, cynicznym starcem.

23:14, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 października 2007
18. października - warszawski dzień energii?

Jak dotąd napisałem do pierwszego numeru mojego nowego miesięcznika ledwie 5 stron, z czego 3 chyba nie pójdą - brakuje czasu na skład, skoro doradca każe wszystko zmieniać: fonty, paginy, światła, łam, kolory itd.

Za to szef postanowił dodać ciekawych tematów, ludzi mediów i zebrać trochę ekstra kasy w postaci reklam. W rezultacie do początku przyszłego tygodnia współtworzę tekst o programach biznesowych (o czym pisałem poniżej) oraz o potencjalnych kandydatach na ministrów finansu i skarbów (nie wiadomo, co z tego wyjdzie, bo nikt zdrowy na umyśle nie prognozuje żadnych nazwisk). Do tego samodzielnie, w miejsce mojego tekstu o studiach MBA w dziedzinie marketingu, napisać mam artykuł o rynku szkoleń różnego typu (szczegóły poznam dopiero dziś). Niezły hardcore, bo mało czasu. A do tego w czwartek mam 2 konferencje, na których po prostu być muszę - więc albo latanie po mieście i opuszczanie na obu najciekawszych fragmentów, albo bilokacja. Bo nikogo w zastępstwie posłać nie mogę - wszystko dotyczy energetyki, na tym się trzeba trochę znać, a pozostałe dwie osoby, które mogłyby mi pomóc, są albo wyjechane, albo na kolejnej konferencji. Czy 18 października to jakaś magiczna data, że wszyscy muszą tego dnia robić konfy o energii?

08:36, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Moja A kontratakuje

Nie jestem człowiekiem asertywnym, nie lubię się kłócić i co gorsza, często marnie bronię własnych interesów, nie wspominając o tym, że nie potrafię się dobrze sprzedać (brrr, co za niewolniczo-dwuznaczny zwrot).

Na szczęście wspiera mnie moja A, która jest rzutka, twarda i świetnie negocjuje różne sprawy, od drobnych do wielkich. W ostatnich dniach zaskoczyła mnie w dwóch sytuacjach - uporem, konsekwencją i miksowaniem miłych tonów ze stanowczością.

Kilka dni temu pod naszym oknem zaczął wyć autoalarm jednego z aut. I tak wył przez 5 godzin. Gdy zrobiło się późno, stało się jasne, że właściciel nie zamierza nic w tej sprawie zrobić, bo pewnie jest nieobecny w pobliżu auta. Ja zacząłem opowiadać głodne kawałki o aktach samosądów na takich autach i uciekać od działania, uznając, że w naszym bloku muszą być rodzice małych dzieci, którym to przeszkadza bardziej, niż nam, i z pewnością będa interweniować. A wzięła sprawy w swoje ręce: przez internet znalazła telefon do straży miejskiej i zaczęła dzwonić. Po drugim telefonie dowiedziała się, że straż jest bezradna, ale przesłała sprawę do policji. I po godzinie auto umilkło - zapewne za sprawą policji. Jaki byłem z niej dumny!

Wczoraj natomiast A wykorzystała kontakt do potencjalnego przyszłego landlorda i nie tylko namówiła go do obniżenia czynszu o 200 zł miesięcznie, ale jest na dobrej drodze do poważnej redukcji kaucji i do wymuszenia wyniesienia wszystkich mebli, jakie nam się nie spodobają. No po prostu chapeaux bas! Gdy ja pytałem o te rzeczy, to nie podlegały negocjacjom, a ona wszystkiego dokonała przez komunikator internetowy (właściciel jest w Anglii).

W rezultacie znowu jesteśmy na progu przeprowadzki - bo jeśli mam zapłacić 100 zł więcej miesięcznie, to odżałuję brak metra pod ręką (obecnie i tak dojeżdżam autobusem do placu Wilsona, bo przejazd wahadłowym pociągiem jednej stacji trwa niekiedy dłużej). Odżałuję fajną okolicę w jakiej mieszkam, i całkiem milutką łazienkę, jaką mamy. A także spójne, sympatyczne wnętrze do jakiego już przywykłem. W zamian bowiem dostaniemy 2 razy więcej powierzchni, o pół metra wyższy sufit, zmywarkę, większą kuchnię, osobny pokój do pracy i przyzwoitą, nowoczesną lodówkę, która nie będzie nas straszyć, gdy będzie się włączać. A ma nadzieję na to, że w większej przestrzeni uda jej się namówić mnie na psa (waham się, ale chyba ulegnę, bo to dobre ćwiczenie odpowiedzialności). Za to ja liczę na to, że uda mi się ściągnąc do miasta rowery.

Sprawa nie jest jeszcze dograna, klepnięta, negocjacje trwają. A my także nie jesteśmy w pełni przekonani. Ale to nie zmienia faktu, że w ogóle bierzemy tą przeprowadzkę pod uwagę tylko dzięki talentom mojej A. Marnuje się dziewczyna w tej swojej kiepskiej pracy - powinna negocjować duże kontrakty dla dużych korporacji (na duży procent). Byłaby świetna, jestem o tym przekonany.

Acha, i nigdy jej negocjacje nie wyglądają jak na obrazku poniżej. Choć nierzadko mają podobny efekt :)

08:06, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
TV odstrasza

Wspominałem o tym w którymś z poprzednich wpisów, ale rzecz jest warta osobnej adnotacji.

Jeden z moich szefów wpadł na pomysł, byśmy w ekspresowym tempie zrobili bogaty tekst, będącym przeglądem najważniejszych programów biznesowych w mediach: radiu i telewizji. I wtedy okazało się, że 2 dziennikarzy oraz dyrektor wydawniczy nie mają od lat telewizora (wliczam tu siebie), a pozostali właściwie nie oglądają telewizji.

I nic dziwnego: z jednej strony tv stała się trudna do zniesienia z uwagi na nasycenie reklamami, które w dodatku puszczane są o wiele głośniej niż reszta treści, co ma sprawić, że ich treść ściga nas nawet w toalecie, albo w kuchni, gdzie udajemy się, by zrobić sobie herbatę. Do tego to, co oferuje jest trudne do zaakceptowania. Rozrywka skrojona jest do osoby, która nie ma wiele ze mną wspólnego. Teledurnieje, tańce z gwiazdami, debaty polityczne - trochę szkoda na to czasu. Filmy to odgrzewane kotlety, które albo już widziałem, albo nie mam ochoty oglądać. Jedyne, co pozostaje, to programy informacyjne, ale te są tak sprofilowane, deklamowane wersalikami, nakręcane, że co dzień trzęsienie ziemi, sensacje i w ogóle polityczny młyn, o którym jednak następnego dnia nikt nie pamięta, bo są kolejne doniesienia, jeszcze bardziej "niesamowite". Męczące to jest, jałowe, a przy tym irytujące. Tym bardziej, że dobranie dźwięków i obrazów ma magnetyczną, hipnotyzującą moc - gdy mam w pobliżu telewizor sam zapadam w stan katalepsji, zastygam gapiąc się w ekran z pilotem w dłoni, który wciska przyciski kolejnych kanałów. Broniąc się przed tym, nie chcę mieć telewizora i unikam miejsc, gdzie jest on włączony.

(swoją drogą - popatrzcie, jak czarodziejsko działa telewizja na dzieci w wieku kilku miesięcy - zupełnia hipnoza)

Z drugiej strony: apetyty konsumentów rosną. Mając komputer z internetem, mam do wyboru setki stacji radiowych, sporo programów puszczanych w sieci, własną muzykę, filmy i programy rozrywkowe, a także gry komputerowe, nie wspominając o rozmowach czy zabawie z ludźmi przez sieć. Po co więc miałbym zawracać sobie głowę sztywną ramówką jakiejkolwiek telewizji?

Całe szczęście, że szef się zlitował i w końcu piszę o stacjach radiowych. Bezpieczniej, przyjemniej i normalniej, choć być może pisać będę o branży w stopniowym zaniku - właśnie przez internet i indywidualne potrzeby zinternetowanych słuchaczy.

06:42, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Piękny marsz KuK

Kolega powiedział mi o pięknym marszu, jaki śpiewali w XIX wieku żołnierze w armii cesarsko-królewskiej.

Pod Ulm
pod Ulm
pod Austerlitz
braliśmy w dupę
braliśmy w dupę
i nie mówiliśmy nic

Bo taką
od Boga
naturę mamy
że bierzemy w dupę
że bierzemy w dupę
i nic nie gadamy

Jak dla mnie przebija to marsz rzymskich legionistów, którzy w piosence sugerowali, by ojcowie i mężowie chowali swoje kobiety, bo wiozą łysego "rypałę".

06:12, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 października 2007
Wiadomości z frontu

Działo się przez ten tydzień, proszę państwa...

Po pierwsze: założyłem w końcu firmę. Wymagało to kilku poranków poświęconych na latanie po urzędach, pocztach oraz - to akurat było lekkie, łatwe i przyjemne - założenia konta przez internet. Ale mam już komplet dokumentów, wszystko zgłoszone gdzie trzeba. Od tej pory z biurokratami będzie zmagać się moja księgowa, E, która pomagała mi przebrnąć przez całą procedurę.

Moim skromnym zdaniem, bez żadnej pomocy przeciętnie inteligentny człowiek nie będzie w stanie założyć firmy w czasie krótszym niż 2 tygodnie. Co więcej, aby to zrobić, trzeba mieć z tydzień wolnego, bo stoi się w kolejkach, gdzie klasyczna jest procedura typu: nie ma pan ksero tego papierka? to prosze przyjść z ksero (i wracamy na koniec ogonka).

Generalna uwaga do zakładających firmę: róbcie kopie wszystkiego, co dostajecie. A regonu, nipu i wpisu to od razu 4-5 kopii. Powaga.

Jak się okazało, z wszystkich osób w mojej redakcji, które zakładały firmę, pierwszy przeciąłem linię mety. I może niepotrzebnie się tak śpieszyłem: za pracę we wrześniu i tak wystawiłem umowę o dzieło (albo zlecenie, no tą nieozusowaną).

Po drugie: straciłem koszulkę lidera. Postanowiłem nie porzucać mojej poprzedniej gazety i przez 10 ostatnich dni męczyłem się na dwa fronty, nieco odpuszczając nowy tytuł. Zrobiliśmy grubszy numer, w którym znalazło się prawie 10 stron moich artykułów, więc pod koniec zeszłego tygodnia byłem wyczerpany, połowę piątku przespałem. Ale się udało i zaraz trzeba było się łapać do pisania artykułów do mojego miesięcznika biznesowego.

Po trzecie: no właśnie, wyszła nasza "zerówka". Uczucia wywołała mieszane, ale na pewno nie negatywne. Jest bazą do tego, by poprawić layout i zrobić porządny pierwszy numer. Niemniej właściciel pisma zaprosił swojego kolegę, który jest uznanym w branży specem od mediów. Ten obsobaczył zerówkę jak burą sukę, po prostu wszystko: formę, treść, skład, kolory, paginy, fonty, wszystko. A następnego dnia wysłał prezesowi... propozycję usług doradczych za 120 tys. zł. To więcej, niż zarobki całej ekipy blisko 20 osób zaangażowanych w projekt. I wyobraźcie sobie, że prezes zmiękł i, choć nie zgodził się na tą sumę, to uznał, że bez naciągacza sobie nie poradzimy. I coś w tym jest - ten kolo jest ponoć niezwykle wpływowy, wszyscy ważni gracze go znają, połowa ludzi w branży czyta jego bloga. Z jego złym PR-em przedsięwzięcie może zamienić się w klapę. Więc po długich negocjacjach udało się stargować cenę do... 5 tys. zł, kilograma kiełbasy krakowskiej i paczki papierosów "Klubowych". Żartuję z tym ostatnim, ale suma jest na poważnie. Zaczynamy więc działalność od opłacenia się medialnej mafii...

Ponieważ zapowiada się totalna rewolucja w layoucie, to nie ma czasu na obrabianie nowych materiałów, więc robione są zerówkowe z dodatkie 3 materiałów, które mają ją wzbogacić i dodać im blasku. Jeden z tekstów to ten mój o mba, w drugim biorę udział i właśnie powstaje - będziemy robić analizę wszystkich programów gospodarczych w radiu i tv. Ponieważ nie mam tv, będę pisał o radiu.

Po czwarte: zdobycie wpisów do indeksu okazało się trudniejsze niż zaliczenie przedmiotów. Już cztery razy wpadałem na wydział i całowałem klamki - prowadzący zajęcia nie odpisują na maile, nie można się dowiedzieć, kiedy przychodzą na dyżury i czy w ogóle przychodzą. Jeden z dwóch wpisów już zdołałem zdobyć, drugi - może w przyszłym tygodniu.

W piątek zaczynam wykłady - logika. We wtorek mam programowanie i symulacje, a także - co gorsza - rozmowę z promotorem. Jak mnie spławi, to muszę szybko napisać nową pracę magisterską. Może to nie byłoby takie głupie, ale spróbuję z tą starą. Ech.

W uniwersyteckim systemie panuje taki bałagan, że musiałem dodatkowo wpaść do dziekanatu, by ustalić, kiedy mam te zajęcia, bo w necie ani w drukowanych planach zajęć nie można było ich znaleźć. Chciałbym to wszystko mieć już za sobą...

Po piąte: zmieniliśmy sobie z A telefony komórkowe. Przemigrowaliśmy z Orange, który wkurzał nas od lat jakością usług i cenami, do Ery, gdzie mamy z resztą większość znajomych. Procedura trwała 1,5 miesiąca i potrzebne było 5 wizyt w punktach obsługi. Za każdym razem wymagano ode mnie innych dokumentów, co więcej - raz mogłem przenieść numer z sieci do sieci i od razu na firmę, innym razem nie. Czasem potrzebowali papierów z ZUS, czasem nie. Czasem była oferta promocyjna przy migracji, a czasem oszczędzałem tylko na opłacie aktywacyjnej. A jak mieliśmy już wszystko włącznie z aktem chrztu, to okazało się, że nie ma tego telefonu, jaki sobie wybrałem. A wybierałem 2 dni, porównując mnóstwo parametrów.

Gdy już byłem bliski kapitulacji (rezygnacja z używania komórek jest ostatnio bardzo modna), udało się znaleźć punkt, gdzie bez kolejki w 1,5 godziny załatwiliśmy to, co chcieliśmy. Dostałem wybrany telefon, choć po drodze dowiedziałem się, że ten model dość często się psuje. Jeśli tak się stanie, to trudno. Mój stary grat właśnie zaczął gubić klawisze (jesień?).

Powoli zaczynam dochodzić do siebie po ostatnich tygodniach. W przyszłym będzie gorąco z uwagi na wypuszczanie jedynki, ale przy załatwionych urzędach, komórkach i części spraw związanych ze studiami oraz po złożeniu mojej starej gazety - powinienem przynajmniej normalnie się wysypiać... Powinienem...

08:08, bekspejs
Link Komentarze (3) »
statystyka