Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
piątek, 26 września 2008
Wegetarianizm jest dla sofciarzy

Moje ciało się buntuje. Tym razem znikł apetyt i od 2 dni nic nie jem. Jedzenie z resztą kończy się źle, czyli na rozmowie z wielkim białym uchem. Nawet wielogodzinne spacery nie pobudziły ochoty na kanapeczkę. Więc radykalnie bo radykalnie, ale chyba się odchudzę. Lekarze generalnie nie potrafią podać nic więcej poza placebo. Ale za tydzień będę ubezpieczony prywatnie i łatwiej będzie mi latać po lekarzach i oddawać krew do badań. Nie mówiąc, że być może nawet taniej.

Poza tym poszedłem za radą lekarza i trochę odpuściłem siedzenie przy kompie – wczoraj byliśmy w kinie na „Hellboy’u – Złotej Armii”. Reżyseria Del Toro, więc wiadomo było, na co się wybieramy – na dziwne stwory, obrazy, miejsca jak z pokręconych snów. Zdumiewające faktury i materiały, z jakich złożone były różne bestie i kreatury pokazane w tym intensywnym, nasyconym kolorem świetle. A akcja – no cóż, Hellboy jak Hellboy. Trochę brakowało mi hitlerowskich motywów, bo to zawsze ma klimat. Ale elfy jako potwory też były spoko.

Nie wyszedłem jednak z wrażenia, pod jakim znalazłem się po niedawnym obejrzeniu nowego Batmana, czyli „Dark Knighta”. To jak dla mnie najlepszy film z cyklu, rywalizujący z jedynką. Głęboki klimat, chwilami naprawdę mrówki chodzące po plecach, gdy wywód na tematy społeczeństwa prowadził Joker. No i grający go Ledger, naprawdę dorastający do roli i rywalizacji z Nicholsonem, który w pierwszej części odtwarzał tą postać.
Są minusy: pewne niedorzeczności scenariuszowe, resztki komiksowości, która nie pasuje do reszty – realistycznej i brutalnej, niektóre sceny wypadły sztywno i nijako.
Ale moja ostateczna ocena jest pozytywna. Gdyby jeszcze pasażerowie promów wysadzili się w powietrze (detonatory powinny być uzbrojone na odwrót, niż powiedział Joker), to byłoby jeszcze lepiej – bardziej szaleńczo, strasznie, okropnie, ponuro i pesymistycznie. Tego właśnie potrzebuje Batman, jeśli jego reanimacja ma się udać – uwspółcześnionego, dobrze podanego pesymizmu. Ameryka tego potrzebuje.
11:13, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 września 2008
Lejdis: kupa z masłem i ziemniakami
Subiektywne odkrycie ostatnich dni: nie tylko tekst piosenki się liczy, nie tylko charyzma wokalisty i moja do niego sympatia! Przekonałem się o tym, słuchając kilku płyt VooVoo (dzięki Ć!). Ku mojemu zdumieni z największą przyjemnością słuchałem płyty „Męska muzyka”, gdzie WW występuje ze wsparciem swoich latorośli. Niby stare dobre VooVoo z bonusem (nie brakowało płyt ze wsparciem wokalistek czy rodziny Peszków). Ale akurat tu warstwa muzyczna jest jakby najbardziej dopieszczona, najgłębsza, najlepiej uzupełniająca wokale, najmniej surowa. Oczywiście nie wszystkie kawałki mi się podobają, ale wszędzie tam, gdzie śpiewa Wojciech, a muzyka leje się do uszu bez napierania, „Męska muzyka” kładzie na łopatki poprzednie pięć, sześć płyt, jakie mogłem odsłuchać dla porównania.

Po napisaniu ostatniego tekstu do kolejnego numeru mojego miesięcznika, zamiast śpieszyć się z pisaniem o reinkarnacji, postanowiłem dać sobie troszeczkę luzu. I obejrzałem w towarzystwie mojej ukochanej dwie polskie dość świeże komedie. W kolejności achronologicznej. Najpierw „Lejdis”, potem „Testosteron” – filmy zrobione przez podobne ekipy reżysera i aktorów. Cóż, po raz 155. okazało się, że druga produkcja nie dorasta do pięt tej pierwszej chronologicznie. W „T” panowie w wielu scenach ewidentnie improwizują, a przy tym widać, że bawią się grą, czują scenariusz lub wzbogacają go po swojemu. Zapomina się, że to jest to Szyc, to Adamczyk, a to Karolak, tylko szybko widzimy już tylko postacie, jakie kreowali (Stuhr wypadł niestety gorzej). Co więcej, film chwilami żartuje sobie z innych produkcji aktorów (tak z roli papieża, jak i chałtur serialowych), ale bez nachalności, ot tak, mimochodem. Generalnie, poza kilkoma bełkotliwymi wypowiedziami, których w zasadzie nie da się usłyszeć i zrozumieć (tak nigdy nie powinno być w filmie za wyjątkiem sytuacji, gdy aktor ma wydać z siebie po prostu niezrozumiały bełkot, a nie np. uczestniczyć w dialogu lub coś pointować, jak to miało miejsce na „T”!!!), nie mam większych technicznych i scenariuszowych zastrzeżeń. Ogląda się to miło, generalnie jest sporo scenariuszowych zaskoczeń, czyli film nie jest do bólu przewidywalny, co jest typowe w większości polskich produkcji. Generalnie film oceniam jako naprawdę fajną rzecz – w dodatku gotową do eksportu, bo uniwersalną i zabawną bez ewidentnego kodu polskiej kultury.

Dla porównania „Lejdis” to kupa. Z przykrością stwierdzam, ale panie wypadły słabiutko. Wielokrotnie miałem wrażenie deklamacji w teatrzyku szkolnym. Wrażenie było pogłębione kilkoma sytuacjami, w których pojawiają się dzieciaki, które w polskim filmie i telewizji generalnie tylko deklamują albo się wygłupiają, jak Olszówka. A to nie jest jedyna opcja – weźcie np. Dakotę Fanning. Panie ewidentnie nie czuły scenariusza, ale trzymały się go, nie odstępując na krok. Bardzo słabo to wyszło – naprawdę fajne linie dialogu padają tak nieautentycznie, że smutek mnie ogarniał. A to przecież komedia.
Poza tym w odróżnieniu od „T”, który jest poszarpany z natury, nie ma wyraźnego początku – coś się stało, ale nie wiemy co i składamy opowieść do kupy – w „L” niby jest ładny układ jednego roku z życia pań, ale jakoś to się rwie, traci tempo, nie tworzy spójnej całości. Są ładne scenki, jak ta, w której lafirynda rzuca miłość swojego życia (bo kobiety muszą być nieszczęśliwe – gdy szczęście jest blisko, to uciekają, co skądinąd jest dość prawdziwą obserwacją scenarzysty). I nie wiem, skąd te zachwyty nad Różczką, dla mnie poza ładną buzią niewiele w tym filmie pokazała, wypadła gorzej niż koleżanki.
Końcówka filmu, co w polskim kinie dość rzadkie, okazuje się zjadliwsza niż początek i środek. To jednak nie zmienia faktu, że przez 2/3 czasu oglądania musiałem wykrzykiwać „to się kupy nie trzyma”, „nie kupuję tego”, „dlaczego one to robią, skoro wcześniej...” itd. Więc niestety: kupa z masłem i ziemniakami. Czyli są atrakcyjne i smaczne szczegóły, ale całość do niczego.
19:32, bekspejs
Link Komentarze (2) »
środa, 17 września 2008
Żenada żenadą pogania

Regularnie przychodzi mi na myśl, obserwując nasze życie polityczne, że już gorzej być nie może, że to już najgłupsza rzecz, jaką chłopaki wymyślili. Najbardziej złodziejska, bezczelna, obmierzła, antypatriotyczna i antydemokratyczna.

I zawsze się mylę, bo gorzej może być zawsze.

Z otwartymi ustami słuchałem dziś telewizora, w którym Marszałek Sejmu Komorowski tłumaczył z zażenowaniem, że specjalna komisja musi się zająć problemem, czy honorować ewidentnie kłamliwe usprawiedliwienia posłów, które mają być podstawą do wypłacania im kasy za nieobecność na komisjach sejmowych (i bodaj – na głosowaniach).
Sziwo, jak można być tak obłudnym, by potem ubierać togi reformatorów, uzdrowicieli państwa, tych, którzy chcą nowotwór biurokratyczno-urzędniczy leczyć i z korupcją walczyć, jeśli samemu w kłamie się (dowód na piśmie – lewe zwolnienie), by uzyskać kilkaset złotych przysługujących za pracę, jedyną pracę jaką te mendy mają?

Superhiperultrapatriotyczny PiS, poszukując nowych sposobów paraliżowania prac rządu, wymyślił, że przygotowywane (a więc dalekie jeszcze od głosowania) ustawy będzie denuncjował w Komisji Europejskiej. Co to, kurwa, ma być? Zaczynam wspominać czasy rzeczpospolitej szlacheckiej i jej liberum veto z pewnym rozrzewnieniem. Dawno przebiliśmy dno rozkładu systemu demokratycznego, jaki ustanowili nasi ziomale trzy, cztery wieki temu.

A najpiękniejsze jest to, że przyjdą wybory i miliony ludzi odda swoje głosy na tą hołotę. A kolejne miliony ze strachu przed zwycięstwem Bezprawia i Niesprawiedliwości zagłosuje na kogokolwiek innego, choćby na skupioną na pijarze, bierną, rozlazłą i tak samo skorumpowaną jak cała reszta Platformę.




Nie mogę dziś znaleźć ukojenia w myśli, że w innych krajach jest podobnie, wcale nie lepiej. Co gorsza, nie widzę wyjścia z sytuacji. Taki dzień.

 

09:51, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 września 2008
Ciekawostki z Wikipedii
Z ostatnich dni – czytałem sobie o flocie Teksasu z czasów niepodległości tego kraju. Liczyła ona 4 szkunery i znikła w ciągu dwóch lat (1836-1838) na skutek działań floty brytyjskiej i amerykańskiej (okręty trudniły się w zasadzie korsarstwem), a przede wszystkim meksykańskiej (której atakowanie było najważniejszym celem utworzenia marynarki wojennej Teksasu).

Inny przykład: młyny św. Klary we Wrocławiu. Dotrwały w niezłym stanie od XIII wieku do II wojny światowej, ale wtedy zostały zniszczone przez Rosjan. Ruiny można było zrekonstruować, uzyskując ciekawą atrakcję turystyczną. Ale prezydent miasta zdecydował, że lepiej je wysadzić w powietrze. Śmieszne i straszne jest to, że pomysł skłonił do protestu nawet PRL-owskiego ministra kultury, ale prezydent był nieugięty i resztki młynów zniszczono – w 1975 r., który ogłoszono „Rokiem Ochrony Zabytków”.

I ostatni smaczek: grób świętej Paraskewy. Pochowano ją Epiwat w Serbii pod koniec XI wieku, ale później grób przenoszono: w 1238 r. do Trnowa, kilkadziesiąt lat później do Jass w Rumunii, później jeszcze – to już trzeci raz – do Belgradu, za czwartym razem w 1522 r. do Konstantynopola i za piątym w 1641 r. do Jass. Jak wędrowała za życia (Paraskewa urodzona w Serbii dotarła pieszo do Ziemi Świętej), tak i po śmierci.
14:25, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 września 2008
670 tys. laptopów

Mój przyszły szwagier wyjechał dziś rano do Edynburga na studia informatyczne. Rodzina martwi się, jak sobie poradzi, skoro wyskakuje prosto spod skrzydeł rodziców. Ale z mojego punktu widzenia powinni być przede wszystkim dumni: sam dostał się na studia informatyczne na Polibudzie, sam ocenił, że są one do niczego, sam znalazł alternatywę, zarobił pieniądze na bilet i start, złożył papiery, dostał się, zdobył akademik i zapewne za parę dni poinformuje o swojej pierwszej pracy, która pozwoli mu się tam utrzymać.

Zazdroszczę mu trochę, bo za moich czasów taki wyjazd był raczej trudny do zorganizowania. E tam, nie do końca to prawda – zazdroszczę mu tej samodzielności i uporu, bo życie ułożyć sobie bardziej według własnych oczekiwań. Ja zdołałem gówniane studia zamienić na równie gówniane, ale za to nieco mniej męczące. A i nawet tych do tej pory nie zdołałem skończyć. Ale przynajmniej zarabiam pisząc, to już coś, bo sprawia mi to przyjemność.

-

Przy okazji wyjazdu, a właściwie wylotu. Ostrzegłem szwagra, by schował swojego laptopa do bagażu podręcznego, bo lotniskowi pracownicy potrafią rzucać walizami i uszkodzić sprzęt. Albo po prostu ukraść komputer. Nie musiałem tego mówić, J uznawał trzymanie lapota przy orderach za rzecz oczywistą.

Piszę to, bo dziś znalazłem informację, jaką skalę mają kradzieże laptopów. W samych Stanach rocznie ginie obecnie 670 tys. komputerów!!! Dżizas, co za świat...

http://www.securitystandard.pl/news/157440/USA..notebooki.znikaja.na.lotniskach.html 

21:35, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 września 2008
PRL-owski żarcik

W książce „Niepiosenki” znaleźć można kilka prawdziwych perełek. Jest historia o pierwszym koncercie „Kultu” zagranicą, który miał miejsce w... Kurytybie w Brazylii. Jest o spotkaniu Kazika z Kusturicą i przyjaźni nawiązanej przez wspólne zamiłowanie do piłki nożnej. Jest historia o tym, jak szczeniakiem będąc, założył się z kolegą, że ten nie skoczy z piętrowego budynku. Kolega wygrał, zainkasował historyjkę z gumy balonowej, a potem przez rok chodził w gorsecie ortopedycznym, co zostaje skwitowane: „wykazaliśmy się wtedy głupotą w stanie czystym”.

Ale historia, jaka rozbawiła mnie najbardziej, to ta, w której pojawia się Matysiak i jego sztuczka z kłódką. Otóż Matysiak kupował solidną kłódkę i do spółki ze Staszewskim wyczajali moment, gdy w mięsnym były jakieś brudne resztki, po które i tak ustawiała się – skromna bo skromna – ale jednak kolejka. Jeśli mieściła się ona w całości w sklepie, to chłopaki doskakiwali i zamykali drzwi wejściowe na kłódkę, poczym uciekali, by następnie obserwować rozwój wypadków z bezpiecznej odległości. Wyobraźcie sobie ten popłoch pań sklepowych, które muszą wypuścić klientów przez zaplecze, na którym przecież niczego nigdy nie brakowało...



W ramach wspominek, walnąłem fotkę sklepu, jaki wypatrzyłem na Mokotowie. Normalnie maszyna czasu...

16:04, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Wolska dla Wolaków

Tak tylko narzekam na dzielnicę, w której mieszkam, że pod nami mieszkają alkoholicy, na przeciwko, tuż obok mieszkał, ale żona wyrzuciła, że leją pod oknem, że na podwórku brakuje murku, by wszystkie lumpiki miały gdzie usiąść.

Przeglądałem właśnie zdjęcia z mojego telefonu komórkowego i zauważyłem, że moje towarzycho też za kołnierz nie wylewa. Co gorsza, jak widać, libacja odbywa się mimo obecności małych dzieci, które dostały się nawet do zagrychy w postaci kurczaka z KFC, jak i przepitki, czyli Kryniczanki – Wody Czystej Jak Łza (99%).

13:28, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 września 2008
Między nami złodziejami
Czytam sobie książkę Kazika „Niepiosenki”. Zawsze ceniłem gościa za jego wkład w moje muzyczne wychowanie. Dzięki niemu wiem, że nie jest istotne, co się umie robić z gitarą czy głosem, ale efekt – emocja u słuchacza. Wszystko prócz emocji jest drugorzędne. A gdy do emocji dodany jest przekaz nakłaniający do samodzielnego myślenia i analizowania otoczenia – to malina.

Kazik jest jednym z najgłośniejszych bojowników z piractwem fonograficznym. Setki wywiadów na ten temat, dziesiątki felietonów, do użygu. A wśród jego tekstów taki smaczek – historyjka, jak to planując okładkę „Tata 2” użył bezprawnie zdjęcia fotografa, który potem na ostro i z prawnikiem upomniał się o swoje. Felieton napisany w celu napiętnowania wariata z aparatem, który nie miał zamiaru oddać efektów swojej pracy za darmochę, co niezmiernie zdumiało Staszewskiego. Wiecie, podane było imię i nazwisko fotografa (Drozd jeśli pamiętam) i ostrzeżenie, że lepiej trzymać się od niego z dala. No i komentarz, że od tej pory będzie szlaban na fotografowanie Kazika z zespołem w czasie koncertów.

Prawo autorskie jest fajne o ile oznacza tantiemy dla mnie, ale już niefajne, gdy ja muszę nagle zapłacić 5 tys. zł za czyjeś zdjęcie? Panie Staszewski, sporo punktów pan u mnie stracił za ten tekst, za tą małość, za tą – jak pan to nazywasz – komunę mentalną. Smutek.

PS Piszę to jako „pierdolony złodziej” (cytując KS), bo w życiu kupiłem chyba jedną lub dwie oryginalne płyty Kultu, a resztę skopiowałem od znajomych lub pozyskałem w sposób ewidentnie nielegalny. Miałem nadzieję, że moje wyrzuty sumienia w tym względzie poprawi zakup książki za prawie 40 zł, z której Staszewski powinien mieć trochę więcej niż z jednej legalnie sprzedanej płyty. Ale wyrzuty sumienia skutecznie zredukował autor, taki sam pierdolony złodziej jak ja, w dodatku pozbawiony klasy i żenujący w swojej próbie zaszkodzenia Drozdowi.
14:15, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Kotleciki i borówki

Chorowanie na żołądek ma jedną zasadniczą zaletę. Po dłuższej głodówce świat otwiera przed nami zupełnie już zapomniane doznania. Gdy moja luba zrobiła sobie kotleciki warzywne, to zapach groszku, marchewki, panierki, nawet musztardy (której generalnie nie używam) tak mnie rozbroił, że mimo mojej choroby zjadłem jednego.

Smak po prostu eksplodował mi w ustach, powalił. Miałem łzy w oczach, trochę dlatego, że to była najpyszniejsza rzecz od pamiętnej Zupy Wszystko, jaką udało nam się przyrządzić z C i W pewnej mglistej nocy w Beskidzie Niskim. A trochę też z żalu, że taka symfonia smaków nie jest mi dana na codzień. Żal.

Właśnie zajadam borówki amerykańskie przemyte gorącą wodą. Nie jest to może idealne żarcie dla rekonwalescenta, ale jak one pachną... jak płyną po języku...

Z resztą, pisać o kuchni jest trochę tak, jakby śpiewać o teatrze. Więc na tym kończę. Smacznego!

13:41, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 września 2008
Zakręćmy kurek Rosji!
Nie pisałem nic o Gruzji. To znaczy na blogu, bo w gazecie mojej popełniłem tekst o przyjaźni polsko-gruzińskiej, która objawia się wymianą handlową na poziomie obrotów sklepiku z tanimi ciuszkami, jaki moja Mama prowadziła niegdyś na targówkowskim bazarku. Bardzo ładną rozmowę na temat sprawy Polska-Gruzja-Rosja słyszałem na TVNiet 24 z niejakim Cioskiem Stanisławem, byłym amba w Moskwie i komuchem z gęby i życiorysu. Facet ma jednak pod kopułką, bo mówi wprost: no i co możemy Rosji zrobić? Pogrozić paluszkiem i wygonić z prestiżowych organizacji? U, pewnie robią po nogach ze strachu. Tym bardziej, że obecność w niektórych przynajmniej formalnie wymusza na nich udawanie cywilizowanego kraju, a więc koszty i wysiłki, od których teraz mogliby w końcu odpocząć. Realny nacisk na Rosję może być tylko jeden – musimy przestać kupować ich ropę i gaz. To język, który rozumieją, bo sami posługują się nim chętnie i z efektami, że przypomnę sprawę Ukrainy. Generalnie jest tak, że UE ma z Rosji 1/4 swoich surowców energetycznych. A Rosja z UE 80 proc. swoich pieniędzy budżetowych. Kto kogo tu powinien trzymać za jaja, ja się pytam? No ale do takich działań UE powinna mieć spójny, zaakceptowany przez wszystkie kraje plan rozwoju energetyki i strategii geopolitycznej, a nie podwórkową grę w chowanego, jaką szczególnie skutecznie uprawiają Niemiaszki. Tymczasem sprawa wygląda tak: za kilka lat Ruskie będą mieli swoje rury pociągnięte do Chin i jeśli Europa powie coś nie tak lub chociaż nieładnie się skrzywi, to będą zakręcać kurki, bo nie będzie im groziła śmierć z głodu, tak jak teraz. W tej całej wizji pocieszające jest jednak to, że przewaga Rosjan potrwa tylko 20-25 lat – potem Chińczycy uniezależnią się od ich ropy i gazu przez dywersyfikację oraz – uwaga – przerób węgla i inne nowe technologie energetyczne. W interesie Rosjan jest zatem kąsać teraz, gryźć na poważnie za kilka lat i nachapać się, ile wlezie, póki świat zmieni się na tyle, że ich atuty wyblakną. Póki co Europa na to pozwala. Osetyńcy mają prawo do samostanowienia, jasne. A 200 km dalej na wschód są Czeczeni, którzy już takiego prawa nie mają, nie wspominając o 20 innych narodach, którzy radosnej federacji z Rosjanami jako rasą dominującą mają już od dawna dość. No ale cóż, poparliśmy niepodległość Kosowa, to teraz wyjaśnijmy, dlaczego Abchazi nie mają prawa do własnego państwa, oprócz tego, że Saakaszwili to fajny chłop i przystojny mężczyzna. Swoją drogą: póki Ruscy nie wybudują Gazociągu Północnego, to możemy sporo namieszać, zakręcając kurki na rurociągu Jamał, odcinając od surowca część Niemiec. Ale nie byłby to mądry ruch, póki sami – wzorem Chińczyków – nie zaczniemy produkować gazu z węgla dla potrzeb przemysłu. Puławy i Kędzierzyn już się za to zabrały, bo Miller, prezes Gazpromu, mimochodem zapowiada 4-krotne podwyżki cen gazu...
10:21, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Za mundurem lesby sznurem
Piszę na żywca, bo mój komputer bardzo ostatnio nie lubi internetu i edytowanie wpisu na blogu trwa kilka razy dłużej niż napisanie czegoś nowego. Więc darujcie literówki, błędy gramatyczne, logiczne oraz brak akapitów. Jedzeniemy.

Za parę tygodni w Ameryce będą wybory. Wcześniej Amerykanie odrzucili pomysł, by na stołek prezydenta wybrać zestaw: demokrata+kobieta+żona byłego prezydenta+doświadczona w polityce sucz z jajami większymi niż połowa waszyngtońskiej arystokracji.
Wyborcy uznali, że na republikańskiego łyso-siwego bezzębnego weterana o dość wyrazistych poglądach (jak na Amerykę) najlepszą wunderwaffe będzie czarny muzułmanin przekonwertowany na jedną z akceptowalnych przez Amerykanów sekt protestanckich.

Generalnie najwięcej jest o tym, kto jest młodszy, ładniejszy i ma za żonę niezłą dupcię, a nie o programie. Czy tak wygląda demokracja przyszłości? Bo nie mam poczucia, że nadchodzi zderzenie dwóch wizji Ameryki. Choć Stiglitz przekonuje, że bez socjaldemokratycznych reform demokratów USA czeka dalszy zjazd po równi pochyłej. Blah, i tak udało im się przeżyć ćwierć wieku na kredyt – to chyba jakiś rekord, czy coś.

Komentatorzy uważają, że jeśli Amerykanie wybiorą McCaina, to znaczy, że są rasistami. Nie sądzę, by można było snuć tak daleko idące wnioski, ale proponuję w takim razie akcję afirmatywną: Obama dostaje na wejściu 20 proc. głosów poparcia w każdym stanie gratis. Bo dlaczego nie? McCain może przecież ogłosić, że jest żydowską lesbijką i wtedy z miejsca 60 proc. głosów przypada dla niego. Swoją drogą, generała popierają mniejszości seksualne – jak donosi prasa. O co tu chodzi? Za mundurem panny sznurem?
10:12, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Ufo chce zbadać mnie oralnie i analnie, ale biorę smectę i daję radę
Szisz, nie wiadomo kiedy zleciał tydzień. Ostatni tydzień pracy mojej A w jej podłej korporacji. Teraz siedzimy razem w domu i napięcie nierzadko rośnie, choć nie zawsze tak, jakbyśmy chcieli. Związek to ciężka i nieustająca praca. Ale popłaca, zapewniam. Z pewnością koegzystencji nie ułatwia fakt, że oboje się rozchorowaliśmy. A ma swój kręgosłup i parę innych spraw, które skrzyknęły się i zaatakowały, zwietrzywszy, że nie ma już tego swojego abonamentu w Limie. Ja – hmmm, nie wiem. Zjadłem coś, albo wypiłem, albo złapałem wirusa. Tak czy inaczej, od soboty mam silne zawroty głowy, kamień w brzuchu, mdłości, bóle głowy i ogólne potworne osłabienie oraz drżenie, które z pewnością nauczyłyby mnie bojaźni bożej, gdyby nie to, że wolę wierzyć w starzenie się mojego organizmu i nowości na rynku wirusów niż w złośliwego Naczelnego Demiurga, który karze losowo cierpieniem, a co bardziej wierzących zmusza np. do składania najstarszego syna w ofierze (a potem wyskakuje z krzaków i wyjaśnia, że to był tylko taki teścik). Koniec antyreligijnych dygresji. Generalnie mam zły humor i jestem zmęczony, tak zmęczony, że potrafię przespać w ciągu doby 16 godzin. A tu pisania huk, i to całkiem fajnego pisania... Tworzę teraz książeczkę o UFO. Muszę się pilnować, by nie wystrzelić, że obce cywilizacje to banda idiotów, która nie może się zdecydować: chcą się dać dostrzec, czy może nie, chcą się z nami dogadać, czy raczej porwać co drugą krowę i wypchnąć jej wnętrzności przez gardło, pozostawiając przy okazji losowe ślady laserowych skalpeli. Zboczeńcy. I jeszcze te badania analne – a ja się pytam, czemu do tego nie zmuszają do seksu oralnego? Pomijając zniecierpliwienie nawiedzeńcami całkiem sporo poznałem FAKTÓW z dziedziny latających światełek o nieznanej proweniencji. Taka na przykład bitwa o Los Angeles – 2,5 miesiąca po Pearl Harbor w Hollywood i okolicach wygaszono światła, a artyleria przeciwlotnicza próbowała przez godzinę zestrzelić klucz świateł, jakoby japońskich bombowców. Dziś wiadomo, że Japończycy to nie byli, bo i nie mogli być. A jeszcze są foo fightersi – i to nie ten zespół z Grohlem, tylko zjawiska, jakie nękały pilotów, od jugosłowiańskich po japońskich, szczególnie w czasie II wojny światowej. Generalnie ganiały ich kule, cygara, światełka – relacji są dziesiątki tysięcy, wyjaśnień znacznie mniej. Pierwsza odnotowana i raportowana dowództwu pochodzi z 1941 r. z polskiego transatlantyka „Pułaski”, który woził brytyjskich żołnierzy po Oceanie Indyjskim (głównie do Egiptu, by odpierać Rommla). Doniesienie złożył marynarz wachtowy Doroba, a raport dotarł w tym samym tygodniu do MI5 – bo jak kula i światło, to wiadomo, że hitlerowcy. Generalnie serce roście, bo nasi tu byli :) Najbardziej spodobała mi się historia, jak belgijskie lotnictwo w 1989 próbowało przechwycić czarne trójkąty lecące w szyku, cicho i bardzo szybko nad ich częścią Zachodniej Europy. Obiekty widziały dziesiątki tysięcy ludzi, złapano je na radarze, generalnie to pewnie Amerykanie nie chcieli się przyznać (i nie przyznali się do dziś, bo to by znaczyło, że natowskich sojuszników mają w dupie, a wiemy, że przecież stanęli by za nimi murem, pod warunkiem, że nie trzeba umierać za Gdańsk). Ale nie tylko Serbowie mieli okazję wykazać, że nie wszystko pięknie gra w niewykrywaniu ich niewykrywalnych bombowców lub innym wojskowym szajsie. A właśnie, od dawna miałem napisać o Amerykanach.
06:37, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
statystyka