Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
czwartek, 27 września 2007
Czad na fortepianie

Obejrzałem jakiś czas temu "Legendę 1900", film z muzyką Enio Moricone opowiadający o człowieku, który całe życie przeżył na pokładzie pasażerskiego liniowca. Imię wziął od roku, w jakim się urodził, a że był samorodnym talentem muzycznym, od młodych lat do śmierci zabawiał pasażerów pierwszej klasy fantastyczną grą na fortepianie. Jednak tak jak ludzie, statki także nie żyją wiecznie...

Fabuła jest w istocie opowieścią, historią w kawałkach opowiadaną przez jedynego przyjaciela. Historią, która urzeka wszystkich jej słuchających i pozwala opowiadającemu pokonywać kolejne etapy poszukiwania T.D. Lemon Nineteen Hundred, którego z wdziękiem ekscentryka gra Tim Roth. Pierwsze skrzypce, a właściwie pierwszy fortepian gra jednak muzyka Moricone. Melodyjna, ale z dziwnymi kontrapunktami, które odbierają jej gładką nudę.

Warto obejrzeć, a jeszcze bardziej posłuchać.

Ponieważ moja mądra i sprytna A pokazała mi, jak robić aktywne linki (dziękuję, kochanie!), mogę pokazać najfajniejszą moim zdaniem scenę filmu. Otóż sława okrętowego fenomenu dociera do Jolly Roll Mortona, geniusza pianina, który uważa się za najlepszego pianistę na świecie i chce to udowodnić - wyzywa 1900 na muzyczny pojedynek.

http://www.youtube.com/watch?v=4tislJu9Dls&mode=related&search=

1900 nie bardzo wie, o co chodzi w pojedynku, co jego kumpla doprowadza do rozpaczy. Jednak Morton swoją pogardę i poczucie wyższości potrafi wyrazić nawet za pomocą muzyki. Wtedy Nineteen postanawia wziąć się do grania...

http://www.youtube.com/watch?v=bR_spejo6IA&mode=related&search=

Ne wiem, czy ten kawałek oglądany tak wyrywkowo i bez klimatu filmu wywiera takie wrażenie, jednak mnie zaczarował.

Pięknie jest móc wypowiadać się przez muzykę. Żałuję, że nie starczyło mi cierpliwości, by opanować grę na jakimkolwiek instrumencie prócz nerwów...

16:01, bekspejs
Link Komentarze (6) »
niedziela, 23 września 2007
Zdałem rachunkowość! Tralalala!

28 punktów na 34, jakie mogłem zdobyć (bo tyle orientacyjnie zrobiłem zadań) i na 50 punktów maksymalnie. Słowem: dostateczny! Tadadadam!



Hmmm, teraz będę chyba musiał uruchomić moją kartę kredytową - muszę zapłacić za 2 przedmioty, by dostać do ręki indeks i starać się o wpisy. Nie mówiąc o dostępie do uniwersyteckiej sieci i możliwości zapisania się na 2 ostatnie przedmioty oraz seminarium magisterskie.

Ale póki co - ja i A świętujemy.

22:54, bekspejs
Link Komentarze (1) »
Kolejny urzędowy dzień...

Jutro spróbuję zrobić drugie podejście do urzędu skarbowego. W czwartek udało mi się właściwie bezboleśnie załatwić REGON - a to wszystko dzięki mojej A, która opracowała mi wygodny plan dojazdu do urzędu na drugim końcu miasta, wypytała kolegi, który tam pielgrzymkował niedawno w podobnej spawie, i zebrała bezcenne informacje: gdzie dostaje się formularz, kiedy i jak go wypełnić, do czego służy informacja (wcale nie do udzielania informacji, tylko do kontroli wniosków i wydawania numerków do kolejki). Samo załatwianie trwało więc kwadrans.

Z US tak gładko nie poszło. Z samego rana musiałem odwiedzić moją przyszłą księgową i podpisać u niej umowę takiej usługi. Naturalnie zapomniałem wszystkich ważniejszych dokumentów, więc musiałem wrócić do domu. Więc jeszcze raz do księgowej, a potem już do US. Niestety, nie zdołałem załatwić firmowego konta: choć pozornie nic nie stoi na przeszkodzie, by mi je w mbanku założyli od ręki (mam przecież 2 konta i kartę kredytową w tej instytucji), to po wysłaniu elektronicznego wniosku we czwartek do dziś nie dostałem odpowiedz. Trudno, będę musiał pojechać do urzędu raz jeszcze i podać to konto, jak je już dostanę.

Ale przynajmniej musiałem się zgłosić. Nie była to sprawa prosta. Na wejściu musiałem okazać papier, który stwierdza, jaki mam NIP. To dość absurdalne, bo przecież co roku składam PIT bez dołączania takiego zaświadczenia. A w którejś przeprowadzce musiałem papier zapodziać. Więc na początek musiałem wyrobić duplikat. Pani w okienku odmówiła mi wydania formularza na wydanie duplikatu, bo powinienem wnieść opłatę - kolejny durny przepis, bo niby jakie są koszty wydruku tego z komputera, skoro jestem osobiście z dwoma dowodami osobistymi (starym i nowym)?

Ale niech tam. Czy mogę zapłacić od ręki? Nie. Chociaż kilka dni wczesniej płaciłem od ręki mandat, to opłaty wnosi się na poczcie. Żeby nie było za łatwo. Po wniesieniu opłaty dostanę wniosek o wydanie duplikatu, więc będę czekał 2 razy w kolejce: raz po papier, drugi - by go oddać. I być może jeszcze trzeci, by dostać duplikat (to, czy dostanę go od ręki, zależy oczywiście od łaski urzędniczki).

Ale przy okazji wysępiłem papiery potrzebne do:

- zgłoszenia zmiany serii i numeru dowodu osobistego

- zgłoszenia działalności gospodarczej (identyczny formularz!!! aaaaaa!!!)

- zgłoszenia się do tego, że będę płatnikiem VAT

Ta ostatnia przyjemność kosztuje 170 zł. Państwo żąda ode mnie opłaty za to, że będę mu płacił podatki. To przecież zaszczyt.

Nie załatwiłem tego całego korowodu z jednej przyczyny. Nie mogłem sobie przypomnieć NIP-u. A przy składaniu wniosku o wydanie duplikatu przyznania NIP-u trzeba podać NIP.

Joseph Heller wymięka!

Ale ja muszę być twardy. Dziś wypełniam wszystkie kwestionariusze i druczki wpłaty. Jutro z rana atakuję. Oooodyyyynieeeee! (okrzyk odnoszący się do mitologii nordyckiej, a nie do pomarańczowych warzyw)

18:34, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Dorwali mnie!

No i wydało się, co zajmuje mi tyle czasu, przez co nie wyrabiam się w terminami w wydawnictwie, nie wspominając o zaniedbywaniu kobiety.

http://oniet.o0o.pl/Warszawa/1-32/Łukasz-Komuda.html

PS Przysyłajcie mi paczki do kicia!

18:18, bekspejs
Link Komentarze (3) »
Maszyna czasu

... w środę. Fajnie było, prawdziwa maszyna czasu, która przeniosła mnie do czasów liceum. Uczyłem się na profilu matematyczno-fizycznym (co było zabawne, bo aplikowałem do klasy o autorskim profilu filozoficzno-przyrodniczym). Podszedłem z sukcesem do specjalnych egzaminów, zorganizowanych wcześniej niż te zwyczajne kwalifikujące do liceum - a może wtedy w ogóle takich egzaminów nie było poza specjalnie tworzonymi dla bardziej ambitnych... Nie pamiętam. To było daaawno temu.

Do rzeczy. Na tym mat-fizie 90 proc. czasu zakuwałem oczywiście... biologię. Przedmiotu uczyła tam kobieta-potwór, licząca 200 lat Meduza, która nękała m.in. mojego licealnego wychowawcę. Uczyliśmy się częściowo wiedzy wymaganej na pierwszych latach studiów,  a poziom szczegółowości i sposób wymagania od nas tej wiedzy sprawiał, że jak na studiach medycznych zakuwało się bez myślenia całe setki stron na kolejne klasówki, które miały poprawić choć trochę oceny po tych poprzednich, oblanych. Nie spałem, nie jadłem, uczyłem się biologii. Nie można tego było przeskoczyć. Dwa lata przed moim pojawieniem się w liceum jakaś klasa uznała, że temu surrealistycznemu reżimowi się nie podda. Meduza postawiła na swoim i oblała całą klasę z biologii. Cała klasa powtarzała trzeci rok. Poza tym kobieta miała szklane oko, które zawsze łypało w innym kierunku niż to żywe. Proszę wyobrazić sobie scenkę: nauczycielka mówi "chodź do odpowiedzi, chłopcze!" i patrzy tak, że drży 8 osób i żadna nie chce się podnieść, a ona coraz bardziej nerwowo ponawia zaproszenie. W końcu wstaje najsłabsza psychicznie jednostka, a ona mówi "no, chciałem przepytać Piotrka, ale skoro się zgłaszasz...". Delikwent na 60-75 proc. dostawał oczywiście ocenę niedostateczną.

Pani z kolokwium, u której próbuję zaliczyć rachunkowość zarządczą, przypominała Meduzę. Podobna nawet z twarzy, z lekkim zezem i wyrazem wymieszanego zamyślenia z ulotną zaciętością. Spojrzysz w bok: out! Inna kartka na stole niż ta, jaką otrzymałeś: out! Próby porozumienia z kolegami: out! I 1,5 godziny na 5 zadań, które w większości składały się z 8-12 podpunktów.

Niby to są proste obliczenia, przeważnie coś się dodaje, odejmuje, mnoży lub dzieli bez specjalnych kombinacji. Ale im dalej w las, tym więcej drzew: czasem trzeba najpierw odjąć, a potem podzielić. A gdy pomylisz wzór na początku, albo kalkulator spłata figla, to robi się kosmos i wszystko zaczyna się kasztanić. Z wyciągniętym językiem robiłem zadanie po zadaniu i podpunkt po podpunkcie, spociłem się, rozbolała mnie ręka, zabazgrałem (będzie obniżenie punktacji za brzydki charakter pisma?) bite 7 stron rachunkami i wzorami i... zdążyłem zrobił 3,5 zadania. Niby może wystarczyć, ale jeśli jednak gdzieś się potknąłem w rachunkach, albo coś źle zrozumiałem, to leżę.

Wtedy mogę wpaść w czarną dziurę, bo niby wznowiłem studia, ale przecież chyba nie każą mi poprawiać roku, bym mógł DRUGI raz podejść do tego przedmiotu. I który rok miałbym poprawiać, skoro potrzebuję uzupełnić egzaminy jeszcze z trzech przedmiotów, wliczając w to rachunkowość. Trzeci? Piąty?

Tak czy inaczej, to było bezcenne doświadczenie. Przypomnieć się, jak to było mieć 14 lat. Być podmiotem. Zostać sprowadzonym do liczydła, które bezmyślnie ma wyrzucać na kartkę wzory i dokonywać prostych obliczeń, nie musząc wiedzieć, co właściwie liczy i po co. Uczyć się czegoś doskonale bezużytecznego.

PS Mój przyjaciel, MT, sugerował, bym całe te studia traktował jako intelektualną gimnastykę. To ma nie służyć do tego, bym pozyskał wiedzę użyteczną, ale ucząc się ćwiczę zwoje. Z takim nastawieniem zgrzytałem zębami z irytacji i upokorzenia tylko jedną noc, a potem jakoś mi przeszło. Jutro mają być wyniki. Jakoś już mnie to nie rusza.

18:12, bekspejs
Link Komentarze (1) »
Trudno wierzyć w demokrację

Podobno nie wymyślono lepszego systemu politycznego od demokracji. Jednak w polskiej republice bananowej trudno wiarę w to twierdzenie zachować.

Po pierwsze: każda partia może ogłaszać dowolne obietnice wyborcze, takie jak: 3 mln mieszkań, budowa setek kilometrów autostrad, tanie państwo, walka z korupcją i układem (która okazała się walką z własnymi kolegami z obecnego i dawnych układów politycznych). Nikt tego nie rozlicza, nie ma nawet właściwie sposobu zapytać przywódców partyjnych, dlaczego program z poprzednich wyborów jest - delikatnie mówiąc - niezeralizowany.

Po drugie: kampania wyborcza usprawiedliwia wszystko. Kompletne zmiany poglądów i roszady, typu Miller w Samoobronie, Sikorski w PO, a Rokita w PiS (czy to taka różnica, że Nelly zastąpiła Marię?). Paliwowy koncern państwowy Orlen będzie budował drogi i łatał jezdnie, by zdobyć parę głosów dla układu rządowego. Kalumnie i oszczerstwa latają w powietrzu i znieczulają ludzi, przecież można kogoś nazwać ćwokiem i szmatą, a potem budować z nim koalicję rządową. Ktoś może być zdrajcą, ale też za chwile będzie patriotą i jedyną nadzieją. Zupełna inflacja słów. Coś, co nie jest dość agresywne i głośne, niknie w szumie, hałasie. Argumenty powiedziane normalnym tonem usłyszy wyłącznie wypowiadający. Po co więc w ogóle trudzić się argumentami?

Po trzecie: po co w ogóle ten cały cyrk z głosami w urnach? Renata Beger udowodniła, że można posłować latami, choć fałszowało się listy wyborcze. Ciekawe, co będzie, gdy sąd ostatecznie udowodni jej winę, a ona będzie posłanką kolejnej kadencji. Posłowie odbiorą jej immunitet, czy sprawa przyschnie? Wszystko zależy od układu politycznego. Proste.

I na prawdę trudno uwierzyć, że wrzucanie kartki może to wszystko zmienić. Nawet jeśli zagłosuję na Partię Kobiet, Partię ĄĘ czy Krasnoludków, Gamoni i Ćwoków.

Ale nie chcę się wypiąć na demokracji, jak pani na fotce. Odrobina wiary we mnie jeszcze została.

 

---

Na rozluźnienie mały żarcik:

Co Jarosław Kaczyński wpisuje w papierach w rubryce "zawód"?

 

 

 

Wpisuje: "Radek Sikorski".

13:43, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 września 2007
Dać głos

Nie, nie będę dziś pisał o polityce (litości!).

Od dawna wiedziałem, że w serialu "Simpsonowie" jest kilku aktorów, którzy zdominowali obsadę pod względem liczby postaci, których głosy podkładają. Hank Azaria mówi jako Apu Nahasapeemapetilon, Moe Szyslak i szef policji Clancy Wiggum, Julie Kavner gra Marge Simpson i jej siostry, Dan Castellaneta - Homera Simpsona, jego ojca oraz Barneya Gumble, Phil Hartman - Lionela Hutza i Troy'a McClure, Harry Shearer - Monty'ego Burnsa i jego prawą rękę - Smithersa oraz Neda Flandersa, Seymoura Skinnera oraz doktora Hibberta, zaś Nancy Cartwright - Barta Simpsona i jego kolegów, Nelsona Munza oraz Ralpha Wigguma.

Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, by podejrzeć, jak wyglądają aktorzy podczas pracy i jak zabawnie może wyglądać rozmowa np. Homera z własnym ojcem oraz Barney'em albo przekomarzanka doktora Hibberta z Burnsem i Smithersem. Z inspiracji J, brata mojej A, pogrzebałem na youtubie i znalazłem dwa filmiki, które pokazują, jak niezwykłą sztuką jest podkładanie głosu rysunkowej postaci i jak śmiesznie może wyglądać aktor bez rysunkowej maski:

http://youtube.com/watch?v=4fy-fLYFmzs

http://youtube.com/watch?v=di9WfEUUfiY&mode=related&search=

Nieźle się ubawiłem, oglądając. Polecam wszystkim sympatykom serialu!

18:49, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 września 2007
Piękno zakładnikiem koncernów

W czasach przed koncernami medialnymi i projektantami mody, seksapil i kobiece piękno było zbiorczym wyobrażeniem, tkwiącym we wnętrzach ludzi. Większość pociągały pewne cechy - jesteśmy zaprogramowani przez nasze geny, więc to, co świadczy o zwiększonych szansach przeżycia i płodności jest naturalnie przyciągające.

Potem jednak sprytni i obrotni ludzie odkryli, że nasza psychika jest elastyczna i poddaje się manipulacji. Że można sprawić, by dla większości atrakcyjniejsze były nowe elementy, inne cechy, inne wartości. Gdy pojawiły się masowe media i telewizory w każdym domu, można było przejąć kontrolę nad seksapilem i pięknem.

Obecnie obowiązujący wzorzec ma dwie odmiany: modelka z wybiegu, bardzo wysoka i ekstremalnie wychudzona, oraz lalka barbie, która w przybliżeniu jest tym samym, za wyjątkiem nieludzkiej różnicy pomiędzy talią i biodrami oraz wielgachnym biustem. Oba wzory są całkowicie niedostępne dla 95-99% populacji - i właśnie o to chodzi! Nieosiągalność wzoru oznacza możliwość sprzedawania na potęgę: kosmetyków upiększających, ujędrniających, odchudzających, urządzeń i usług związanych z kształtowaniem sylwetki, a w końcu strojów, które wzór mogą przybliżyć, nie wspominając już o lawinowo rosnącym rynku operacji plastycznych.

Śmiesznie jest jednak, gdy system się nieco zapętla. Zgodnie z informacji mojej A, ostatnio w popularnych sklepach z odzieżą trudno kupić coś normalnego. Tamtejsi projektanci z kilkumiesięcznym opóźnieniem kopiują to, co pojawia się na wybiegach. A że w ostatnim sezonie w Mediolanie i Nowym Jorku najmodniejsze były spodnie "rurki" i inne dziwne kreacje w dodatku w dziwnych, nieseksownych kolorach , to na zakupy mogą wybrać się jedynie panie niezwykle bliskie wykreowanego wzoru urody w wersji A, czyli patyczaki. Wszystkie inne w zaproponowanych strojach będą wyglądały brzydko.

W rezultacie moja A i zdecydowana większość jej koleżanek przyjmują postawę wyczekującą. Byle do zmiany kolekcji.

10:00, bekspejs
Link Komentarze (5) »
Tracę żółtą koszulkę lidera?

Nie pojechałem do GUS - zbyt długo próbowałem rano okreslić, jak dotrzeć do tych Włoch w okolice Okęcia ale nie do końca. W poniedziałek, przed kolejnym zebraniem - to jest dobry termin. I za bardzo nie mogę już odwlekać, bo potem muszę założyć konto w banku, a następnie podpisać umowę z księgową i jechać do US.

Na zebranie przyjechałem wczoraj punktualnie, ale zagadałem się z kolegą (zebrania nigdy nie zaczynają się punktualnie). W rezultacie szef poważnym głosem zakomunikował mi telefonicznie, że przecież wszyscy czekają, a ja sobie łażę w tę i we w tę po parkingu przed biurem (P opowiadał mi przygody swojej Serbii, jaką grał w grę Victoria).

Zebranie trwało 2,5 godziny i mało brakowało, by znowu było o niczym jeśli chodzi o mnie (2 poprzednie właściwie mógłbym opuścić, bo nie było nic, co mógłbym zanotować). Tym razem jednak kilka sekund poświęcono mojej osobie - a ja akurat nie miałem czym pisać, więc znowu trochę kwas, na szczęście ktoś miał zapas.

Okazało się, że ministra w biznesie zrobi mój kolega, dostałem telefon do polskiego dyrektora od Człowieka-Dupy, a przy tym sprecyzowane zostało, co mam zrobić w ramach Euro 2012: wyłuszczyć potrzeby, plany i zagrożenia. Czyli w sumie łatwizna. Niemniej dziś muszę sporo podzwonić: postraszyć rzecznika ministra sportu, wydusić coś od człowieka Dupniaka, wyciągnąć fotkę od Motoroli. Do HEG-u będę musiał zadzwonić dodatkowo do kogoś mądrego z Polibudy, ale tu szanse są umiarkowane, bo znaleźć kogoś konkretnego, kto będzie się orientował w energii próżni i będzie miał czas na przejrzenie dokumentacji, jaką dysponuję, nie będzie łatwo.

Nie lubię dzwonić. Denerwuję się, póki nie wpadnę w rytm jąkam się i nie mogę precyzyjnie wyrazić myśli. Tyle lat to robię, ale ciągle telefonowanie powoduje silny stres. Zawsze chciałem być raczej piszącym i analizującym dziennikarzem, a nie tym bratającym się z prezesami i pijarowcami. Może kiedyś dochrapię się takiego stanowiska - pewnie dopiero wtedy, gdy już opanuję stres w dziedzinie dzwonienia. To tak jak z kredytem: najlepszy kredyt i kartę kredytową dostanie ten, kto najmniej jej potrzebuje z uwagi na zarobki.

09:35, bekspejs
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 września 2007
Miłość nie jedno ma imię

Neil Jordan jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Może dlatego, że głównym tematem jego filmów jest miłość: do drugiego człowieka, do siebie samego, do Boga. Nakręcił np. "Crying game", film, który szczerze mnie wzruszył, zaskoczył, zmienił.

Ostatnio odświeżyłem sobie "Koniec romansu" i film ten awansował w moim prywatnym rankingu do pierwszej dziesiątki. Jest bliski doskonałości: uniwersalny, oszczędny, skupiony, kompletny i silny. Trudno się na nim nie wzruszyć. Jeszcze trudniej nie zapaść się w refleksję. Jest jak kołek, jaki reżyser wbija człowiekowi w duszę, by mu przypomnieć, że tę duszę ma, że ona czuje. Nawet chcąc pozbyć się tego uczucia skupiamy się na własnych emocjach i tym, jak określają nasz świat. Niesamowite.

Co ciekawe, biograficzna historia Michaela Collinsa, jaką oglądałem w ubiegłym tygodniu, również mówi o miłości: do kraju i narodu, oraz do kobiety (ta druga musi ustąpić pola i umrzeć wraz z miłośnikiem). Ten film Jordana to zaskakująca dla mnie, Polaka, nieświadomego historii Irlandii wywalczającej niepodległość od brytyjskiej korony. Znowu pojawia się Stephen Rea, który w "Końcu romansu" grał kapciowego męża, w "Crying game" - ochotnika IRA. Tym razem Rea jest brytyjskim szpiclem, który postanawia Irlandczykom pomóc w ich wysiłkach niepodległościowych. Główną, tytułową rolę gra jednak Liam Neeson, a jego wybranką i niedoszłą żoną jest Julia Roberts.

Najciekawsza w tym filmie jest przewrotność losu. Collins zakłada IRA, rozpoczyna krwawą wojnę o wolność i podpisuje akt rozejmu, który daje autonomię Irlandii (ale bez Ulsteru). Jego przyjaciel i lider walczących o wolność Irlandczyków, Valera, poniekąd szef rządu samozwańczej republiki, nie uznaje porozumienia, choć kontynuacja wojny była absolutnie niemożliwa. IRA słucha Valery i wybucha druga wojna - tym razem Irlandczyków z Irlandczykami. W jej toku, od kul bojowników IRA, ginie założyciel organizacji.

IRA przegrywa jednak wojnę, a Valera poddaje się i znowu trafia do więzienia, tym razem nie brytyjskiego, a irlandzkiego. W końcu wychodzi, zakłada partię polityczną, dostaje się do parlamentu, wygrywa wybory, zostaje premierem, wykorzystuje słabość Brytyjczyków i dzięki sztuczkom prawnym udaje mu się całkowicie uniezależnić kraj od Korony. Inaczej mówiąc - półtorej dekady później bez rozlewu krwi osiąga większość tego, o co walczył w wojnie z własnymi towarzyszami broni (wszystko z wyjątkiem Ulsteru, który do dziś jest częścią UK).

Potem zostanie premierem jeszcze kilka razy, a w końcu - na dwie kadencje - prezydentem. Eamon de Valera, półhiszpan, urodzony w Nowym Jorku - trudno dać wiarę (amerykańskie obywatelstwo sprawiło, że po powstaniu wielkanocnym 1916 r. nie został rozstrzelany jak inni przywódcy buntu).

Po co wymyślać fabuły, skoro życie plecie takie opowieści?

00:10, bekspejs
Link Komentarze (2) »
środa, 12 września 2007
W czepku utopiony

Chyba los chce dać mi szansę. Albo robi wielki rozbieg, żeby z całej siły kopnąć mnie w dupę. W każdym razie: dopiero dziś rano zauważyłem, że jest jeszcze drugi termin zaliczania rachunkowości zarządczej. I to sprawia, że będę miał realną szansę powalczyć. A dziś w południe kolokwium bym położył - poważnie przerobiłem może 20 proc., resztę przekartkowałem, a kartkowanie to stanowczo za mało.

Jutro, przed zebraniem, będę starał się uzyskać REGON. Czyli kolejny etap w zabawie w zakładanie firmy (teoretyczenie regon i zgłoszenie w skarbówce mógł zrobić mój urząd dzielnicowy, ale gdybym mu na to pozwolił, to trwało by to jeszcze 3 tygodnie, a na końcu okazałoby się, że muszę wprowadzić się na Rembielińską. Upór mojej A w tym, bym podzwonił do znajomego, który kilka tygodni temu zakładał firmę, miał głęboki sens. Okazało się, że bez tego telefonu czekałaby mnie wielka furia, bo kolejka bywa tam bardzo długa, a nieświadomi stoją w niej po 3-4 razy, za każdym razem dowiadując się, że nie mają WYPEŁNIONEGO formularza, potem - że brakuje im kserokopi papierka z urzędu dzielnicy, a potem, że cośtamjszecze.

Tymczasem musze pisać. Do zrobienia Człowiek Dupa, Euro 2012 i co pan robi, panie ministrze. Dupa rozgrzebana, ciągle nie mogę uzyskać audiencji u samego Dupmana, euro mogę robić po linii najmniejszego oporu (jak sądzę), a ministra ciągle mój szef nie zdołał wybrać. Mam jednak nadzieję, że trochę czasu jest, bo teraz zamierzam pisać dla mojego kwartalnika: o HEG, awariach prądu, ciepłym rynku i ogólnie o tym, co się dzieje.

HEG to rewolucyjne urządzenie, które może w dużej części rozwiązać globalne problemy z zapotrzebowaniem na energię elektrycznę. Albo wielki przekręt. Bo to nic innego, jak rodzaj perpetuum mobile. Wykorzystuje zjawiska związane ze strukturą molekularną wody oraz siły związane z próżnią. Właściwie można to sobie wyobrazić jako 8-metrową rurę, w której woda woda podciągana jest silniczkiem elektrycznym w górę (jak zasysanie wody z akwarium, gdy je opróżniamy), a potem swobodnie leci do drugiego zbiornika, a przy okazji napędza generator (silnik jest już wtedy wyłączony). A ponieważ zbiorniki są połączone, woda tak lata bez końca i produkuje 500 lub 1000 kW. Nie wiem, co dokładnie mądrego jest w tych rurach, ale kosztują 150 tys. euro. Planowana jest budowa bloków po sto takich generatorów. Setka ma dać 100 MW. Czyli połowę tego, co daje węglowy blok elektrowni konwencjonalnej. Trudno w to uwierzyć, ale taki blok HEG będzie tańszy inwestycyjnie niż blok konwencjonalny w przeliczeniu na MW, a przy tym nie pobiera żadnego paliwa i chodzi bez przerwy 12-15 lat!

Czary-mary? Mam numery patentów, filmiki (niezbyt wyraźne) pokazujące generator w ruchu, wiem o 4 działających rurach i już wytwarzających prąd. I ciągle nie wiem, co o tym myśleć. Ponoć zjawisko, które powoduje działanie urządzenia (zasada "tarana wodnego") odkryto ok. 1772 r., a pomysł twórczo rozwijali bracia Montgolfier (zanim zajęli się robieniem ludzi w balona). Ba, znalazłem nawet pompki o wiele mniejszej skali, które można sobie kupić do domku lub ogródka:

http://www.swistak.pl/aukcje/1993458,POMPA-WODNA-TARAN-WODNY.html

Ale wobec wytwarzania w obiegu zamkniętym energii o mierzalnej i znaczącej wartości mój sceptycyzm nakazuje daleko idącą powściągliwość.

23:43, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 września 2007
Polityka mnie nie tyka

Chciałbym, żeby tak było. Ciągle nie mogę wyjść ze zdumienia, że Sejm się rozwiązał. Ale skoro partia rządząca ma całkiem spore nadzieje na ponowne zwycięstwo... Ostatnie miesiące były przecież jednym wielkim teatrzykiem dla gawiedzi, która w tym kraju ma bardzo wiele do powiedzenia w rankingach poparcia politycznego, a jeszcze więcej przy urnach.

Zaobserwowałem wzmożoną aktywność dziennikarzy: wczoraj słuchałem TVN24 (bo tv nie mam, ale internet pozwala podsłuchiwać niektóre stacje) i trudno było nie zauważyć podkręconej agresywności czwartej władzy. Moja A uważa, że to wszystko przez to, że w okresie przedwyborczym politycy pchają się do tv drzwiami i oknami ze swoją kiełbasą wyborczą, więc żeby ich zapraszanie miało sens, trzeba od nich wyciągnąć coś ciekawego, a to jest możliwe tylko przy wnikliwości, złośliwości, uporze dziennikarza. Jak na mój gust było to odrobinę chamskie, ale jakoś trudno żałować mi polityków. Raczej szkoda mi ogólnej medialnej atmosfery, brakuje mi w tym wszystkim jakiejś klasy, inteligencji, elegancji.

Gdzie ja się uchowałem, co?

Słuchałem rozmowy z Religą i Gilowską, ministrami zdrowia i finansów. Brzmieli, jak Kaczyński. Te same bełkotliwe odkręcanie kota ogonem. Czy to Kaczyńscy tak ich zbałamucili, czy może po prostu władza tak zmienia ludzi... Smutna sprawa, bo do obu tych postaci miałem pewną skromną sympatię.

07:50, bekspejs
Link Komentarze (4) »
Maraton urzędowy

Wczoraj miałem do załatwienia 2 proste sprawy: uregulowanie sprawy mandatu i zmiana nazwy ulicy we wniosku o rozpoczęcie działalności gospodarczej.

Ze wszystkim uwinąłem się w 3 godziny z dojazdami i godzinnym czekaniem na otwarcie okienka (wyjątkowo urząd dzielnicy pracował od 10., jak na złość). Dużo czy mało? Jak na nasz piękny kraj, to chyba niezły wynik. I udało się uniknąć burdy, co też uznaję za sukces. Ale i tak był to po części mały maraton, jak na tak proste sprawy.

Przy płaceniu mandatu, co w ogóle nie powinno mieć miejsca, bo przecież urząd skarbowy powinien po prostu potrącić jego wartość z mojego zwrotu nadpłaconego podatku, zaliczyłem 4 pokoje. Najpierw 13. (to chyba na zasadzie straszenia interesantów), potem 23., 22. i w końcu znowu 13., w którym rozmawiałem z zupełnie innym panem niż za pierwszym razem. Już rozumiem, dlaczego administracja stale się rozrasta, skoro zapłacenie mandatu musiało zaangażować 4 urzędników...

Przy zmianie Rembielińskiej na Remiszewską również nie obyło się bez latania, ale tylko w jedno miejsce: z okienka dla działalności gospodarczej skierowano mnie do pokoju 428 i tam po prostu czekałem na wydrukowanie nowego papierka. Czuć było cywilizacyjną zmianę, bo przecież mogli zmusić mnie do składania podania o zmianę ulicy i do czekania kilku dni. Rozpłynąłem się więc we wdzięczności dla dzielnicowych urzędników i z torbą pełną zupek instant, zabezpieczających aprowizacyjnie moje przyszłe miesiące w pracy (przynajmniej te zebraniowe poniedziałki i czwartki), udałem się do biura.

W biurze załatwiałem jakieś organizacyjne sprawy: zaklepywałem składacza na potrzeby mojego kwartalnika, próbowałem zdobyć telefon na biurko, załatwić sobie wizytówki i odzyskać moją marynarkę na misje specjalne, którą trzymam w biurze, a która zawieruszyła się podczas przeprowadzek. Po powrocie do domu niewiele byłem w stanie się nauczyć na kolokwium. Więc wszystkiego muszę się nauczyć dzisiaj.

Chyba nadużywam swojego szczęścia w kwestii studiów. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

07:30, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 września 2007
Bezsens w metrze

Żeby nie było: moim zdaniem metro jest wspaniałym wynalazkiem i chyba jedynym rozwiązaniem w rosnącej metropolii pozwalającym na poruszanie się w jej granicach. Warszawskie metro bardzo mnie cieszy i korzystam z niego niemal codziennie. Ale napisać chciałem o dwóch jego dziwactwach.

Po pierwsze: brak śmietników. Nie kojarzę stacji stołecznego metra, w którym na peronie lub w pasażach ponad nim możnaby znaleźć choć jeden kosz na śmieci. Metro jest codzień sprzątane i tylko dlatego śmieci nie tworzą jeszcze hałd. Czy to znaczy, że mam walić papierki prosto na piękne lastryko? Naturalnie brakuje mi do tego odwagi, no i jest to nieeleganckie. Ale czasem z irytacji dusząc ogryzek w dłoni mam ochotę na szczyptę anarchii.

Druga sprawa to wahadłowy pociąg do ostatniej od strony północnej stacji. Jest to zapewne niezbędne ze względów technicznych czy organizacyjnych i o konieczności przesiadki dla przejechania do ostatniego przystanku informuje nagranie odtwarzane w czasie jazdy. No właśnie. Puszczane jest w chwili, gdy hałas w wagonie jest największy i praktycznie nie ma szans zrozumieć, o co chodzi. Tymczasem 2 minuty wcześniej pociąg potrafi odstać kilkadziesiąt sekund we względnej ciszy na wcześniejszej stacji. Czy osoba, która to wymyśliła, choć raz przejechała się metrem, by zobaczyć, jak to nagranie się sprawdza? Wątpię.

Hmmm. Dobrze, a teraz opublikuję wpis na blogu i zobaczę w podglądzie, jak się sprawdza.

23:08, bekspejs
Link Komentarze (3) »
Wyprowadzamy się (chyba)

A miało być tak pięknie!

Właścicielka naszego mieszkania miała same złe doświadczenia z jego wynajmowaniem. Zażądała 500 złotowej kaucji i dała nam bardzo krótki termin zapłaty - za dany miesiąc mieliśmy płacić do 5. Tymczasem moja umowa o pracę (nomen omen rozwiązana 9 dni temu) wspominała o tym, że firma płacić będzie mi do 10 dnia miesiąca. Przez pierwsze 2-3 miesiące było jednak miło, bo płaciła z tydzień wcześniej, więc landlordka była zadowolona. Skrupulatnie wyliczaliśmy też kilowatogodziny i inne sprawy, więc zawsze byliśmy "w porządku" wobec niej. Niemniej od paru miesięcy moja firma zaczęła opóźniać płatności - i za każdym razem musiałem ją za to przepraszać.

W tym miesiącu jednak zrobiła się z tego awantura. Pani powiedziała, że sprawdziła mojego pracodawcę, i jest to spółka akcyjna, co jej zdaniem oznacza, że płaci w terminie. Na końcu języka miałem, że Stocznia Gdańska to także spółka akcyjna, a zaległości w pensjach stoczniowcy mieli swego czasu ponad roczne. Ale tego nie powiedziałem, za to wspomniałem, że nie zdarzyło się, byśmy zapłacili później niż 9 dnia miesiąca. Czyli właściwie nie mogę nawet mieć najmniejszej pretensji do pracodawcy. A interesy babki zabezpiecza nasza kaucja, więc w ogóle o co chodzi?

Pani jednak postanowiła się poawanturować i po prostu zarządała pieniędzy za dwa dni. Na szczęście pensja akurat spłynęła, ale mieliśmy też plan awaryjny. Niemniej wyprowadziło nas to z równowagi, tym bardziej, że od wprowadzenia się nie mogliśmy doczekać się zmiany lodówki, która pożera połowę prądu, za jaki płacimy (to Donbas, lodówa made in CCCP z co najmniej 25-letnim stażem) i swoją pracą potrafi obudzić nas w nocy. Dodatkowo od 2 miesięcy mamy dziurę w ścianie: brodzik w prysznicu był nieszczelny, trzeba było go naprawić, a to wymagało kucia ściany. Kucia, ale już nie łatania.

Moja A jest jednak obrotna, więc wyczaiła u znajomych, że ich znajomi mają znajomych :), którzy dość tanio wynajmują nieco większe mieszkanie - i to 2 przystanki autobusowę od obecnego lokum. Jeśli wszystko się uda, to przeprowadzka będzie już za 2 tygodnie. Oby tylko to nowe miejsce nie okazało się norą, bo ma aż 5 zalet: jest większe w tej samej cenie, ma osobny pokój (co pomoże rozładować emocje w naszym konkubinacie bez gwałtownych wyprowadzek A), nie ma wielkiej ulicy za oknem i znajduje się na przeciwko studzienki wody oligoceńskiej. No i ma wannę!

Póki co jednak pukam w różne malowane i niemalowane rzeczy, żeby sprawa wypaliła i wszystkim czytelnikom dobrej woli sugeruję to samo. W środę oglądamy nowe lokum. Do tego czasu niech pukanie będzie z nami.

22:50, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Głupota w reklamach

Nie będę się znęcał nad całym wszechogarniającym nas marketingiem. Ale z równowagi wyprowadza mnie głupota niektórych kampanii. Weźmy dwa przykłady.

Komórki wirtualnego operatora komórkowego WP Mobi (właścicielem jest chyba Wirtualna Polska) mają na swoich plakatach hasło: "799. NAJBARDZIEJ INTERNETOWA KOMóRKA". To chyba co najmniej połowie czytających zasugeruje, że WP Mobi jest całkowicie niezdolna do obsługi dostępu do sieci, skoro 798 innych sieci robi to lepiej.

Moja ulubiona sieć pizzerii Da Grasso na swojej ulotce zachęca do zakupu sałatek: "Zzieleniej z naszymi sałatkami". Ludzie! Czy ktoś to w ogóle czytał, zanim projekt ulotki wysłano do druku! Litości! Gdy zauważyłem dziś ten lapsus, z irytacji zamiast połówki dużej "hawajskiej" zamówiłem "dolce vita" (A wzięła jak zwykle połówkę "cztery sery"). I zarządziłem, że nie jemy w restauracji, ale w domu, przez co połowę zjedliśmy po drodze w metrze, a zimną resztę trzeba było odgrzewać w mikrofali.

Podane przykłady mogą ilustrować jakąś podstępną formę manipulacji. Jakiś podwójny przekaz, atak na podświadomość. Może. Ale moja podświadomość śmieje się z takich pomysłów i daleki jestem od kupienia sałatki nie tylko w Da Grasso, ale w ogóle jakimkolwiek sklepie czy restauracji. Prawdziwy facet powinien jeść tylko mięso i używać wyłącznie komórki WP Mobi.

22:27, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Metoda marchewki i marchewki

Od chwili złożenia przeze mnie wniosku o zmianę dowodu nie mogę uwolnić się od spraw urzędowych. Już sam dowód kosztował mnie trzy biurokratyczne przygody. Zacząłem jednak zakładanie firmy i to wygląda na prawdziwe „Siedem praca Asteriksa”, jeśli nie „Poszukiwaczy zaginionego Arkusza 6786/A”. Pierwsza wyprawa do urzędu dzielnicowego skończyła się niepowodzeniem, bo było tyle niejasności przy wniosku dotyczącym zgłoszenia działalności gospodarczej, że wolałem podumać nad sprawą w domu i poradzić się mądrzejszych ode mnie. Druga była pełnym sukcesem – złożyłem wniosek. Trzecia – odebranie papierów, tylko pozornie była udana. W domu okazało się, że zamiast „Remiszewska” wpisali mi „Rembielińska”. Pewnie przy przeklepywaniu mojego podania do komputera taka nazwa pojawiła się jako pierwsza.
Jutro jadę to odkręcać. Moja A spodziewa się pewnie, że będę robił zadymę u kierownika urzędu. Nie wiem, czy wystarczy mi odwagi i asertywności, ale 50 zł i kolejne podanie o zmianę adresu – co jest alternatywą awantury, jest w przybliżeniu podobnie nieprzyjemne.

Ale wcześniej czeka mnie urząd skarbowy – trzeba zapłacić mój mandat z listopada. Ciekawe, ile okienek będę musiał tam odwiedzić? Blankiet mandatu dostałem wybrakowany (bez strony, gdzie podany był numer konta) i dlatego nie zapłaciłem haraczu wcześniej i pozbyłem się papierka. To też pewnie będzie ogromny biurokratyczny problem. Dlaczego nie ściągnęli mi tego mandatu z nadpłaconego podatku, jaki mi zwrócili, tylko straszą mnie, a właściwie moich rodziców, komornikiem?

Po mandacie i walce w urzędzie dzielnicowym zafunduję sobie wycieczkę do pracy i kolejne zebranko (mamy zebrania w poniedziałki i czwartki, ale za to w pozostałe dni w ogóle nie muszę pojawiać się w pracy). Zachowałem żółtą koszulkę lidera w dziedzinie tempa oddawania artykułów. Szef powiedział, że test luźnego traktowania dziennikarzy wypadł pomyślnie jedynie ze mną, ale i tak zasady ostrego reżimu mnie obejmą. Może więc zacznę żartobliwie wspominać o jakiejś premii?

Szef wymyślił, że za spóźnienia w oddawaniu tekstów będzie obniżał przysługującą za nie wierszówkę. Może rzucę pomysł, by oszczędzone w ten sposób kwoty przeznaczyć na nagrody dla tych, którzy zrobią coś przed czasem, albo napiszą szczególnie trudne lub wyjątkowo dobre teksty?
Nie lubię zarządzania metodą kija i kija. Wolę dwie marchewki, a z braku laku zadowolę się marchewką i marchewką.

A swoją szosą: słyszałem kiedyś dowcip sprzed wieku, że skoro gwiazda Mercedesa-Benza ma o połowę ramion mniej niż gwiazda żydowska, to nic dziwnego, że płaci dwa razy mniej niż żydowscy przemysłowcy :)

Poza tym pięcioramienna gwiazda zarezerwowana była co najmniej od końca XIX wieku dla ruchów robotniczych, a czteroramienna wyglądała głupio, podobnie jak siedmioramienna. Cóż pozostało Daimlerowi, jeśli lubił gwiazdki

22:04, bekspejs
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 września 2007
Ufff
Dziś jechałem do biura z ciężkim sercem. Nie napisałem pięknego tekstu o Iridium i - co gorsza - właściwie nie tknąłem tematów, jakie miałem zrobić nie dla mojej gazety i to dlatego, że zapomniano (?) dać mi na czas wypowiedzenia. Przez 2 miesiące byłem na etacie w miesięczniku, który stał się kwartalnikiem i etatowych pracowników nie potrzebuje.

Okazało się jednak, że znając moją zdolność do spóźniania się z deadline’ami sam wmówiłem sobie, że mam te teksty napisać do końca sierpnia, ale tak na prawdę mam jeszcze miesiąc. Hosanna! Co więcej, mój nowy szef w nowym poważnym miesięczniku biznesowym jest ze mnie bardzo zadowolony i ma niewiele uwag do moich tekstów. I nagle wyrosłem na lidera w nowym zespole – mimo moich opóźnień (zawinionych i niezawinionych), oddałem najwięcej, bo objętościowo i ilościowo ponad połowę tekstów i jestem najbardziej zaawansowany w realizacji planu zawartości numeru zerowego. Mówcie mi „maszyna do pisania”!

Może więc uda mi się zrealizować plan pracowo-wydatkowy:
- Skończyć teksty do mojego miesięcznika (napisałem: o Blue Ocean, o firmie Mobilum i pomyśle jej założyciela na biznes, o logo Mercedesa, o fajnych cyferkach biznesowych, o studiach MBA i certyfikatach CIM oraz personalia, a został: pomysł na biznes – firma od sterowców reklamowych, biznesowa awantura, czyli o Człowieku-Dupie, Euro 2012, Walendziaku no i to Iridium).
- Zrobić pańszczyznę dla nie mojej gazety.
- Napisać 8 stron do mojego dawnego miesięcznika, który teraz będzie kwartalnikiem (dość łatwe, gdy się w tym już siedziało). Chcę pomóc szefowej robić ten kwartalnik, tym bardziej, że się lubimy i lubię tę robotę, a dodatkowy grosz się przyda.
- Nauczyć się na kolokwium z rachunkowości zarządczej w przyszłym tygodniu.
- Założyć firmę.
- Zapłacić mandat za przejście na czerwonym świetle (przechodziłem w listopadzie, w nocy, w lekkiej mgle – prawie nie było aut) – właśnie komornik zaczął listownie straszyć moich rodziców (jestem zameldowany w ich mieszkaniu).
- Zapłacić za przynajmniej połowę moich studiów (najwyższy czas...).
- Zorganizować sobie kartę kredytową, by na czas tych dodatkowych wydatków i dziury pomiędzy kolejnymi przelewami nie zdechnąć z głodu.

Ufff.
22:03, bekspejs
Link Komentarze (1) »
statystyka