Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
poniedziałek, 20 sierpnia 2007
Praca, praca, praca

Tak wyglądają moje ostatnie tygodnie. Nie mogę powiedziec, że nic, tylko pracuję. Ale gdy tego nie robię, mam wyrzuty sumienia, nieskończone rzeczy śnią mi się po nocach. Niepokoi mnie dzwone telefonu - czy to stary, albo co gorsza nowy szef pogania mnie w sprawie terminu, który zaraz przekroczę, albo właśnie przekroczyłem?

Tymczasem nie czuję się, jakbym był w szczytowej formie. Guzdrzę się z prostymi rzeczami, rozgrzebują kilka tematów na raz. Jak się motywowac? Jak się dyscyplinowac? Bo lekkie i wyluzowane podejście do obowiązków ma wiele zalet, gdy ma się niewrażliwy żołądek. Mój ostatnio zaczął domagac się mniejszej dawki stresu.

Ale żeby nie było, że się ostatnio obijałem, zamiast pisac blog :) to wrzucę mój artykuł o nowopromowanych guru strategii biznesowych - może się komuś spodoba.

PS Tekst sprzedałem do gazety, więc jest dostępny na papierze. Polecam :)

09:35, bekspejs
Link Komentarze (5) »
środa, 15 sierpnia 2007
The Simpsons Movie

Są różne poziomy bycia fanem serialu lub filmu. Można po prostu często go oglądać, nawet wtedy, gdy już nie ma w nim żadnych niespodzianek (a może właśnie dlatego). Można kupować sobie gadżety, ustawiać odpowiedni tematycznie pulpit na domowym komputerze, wieszać na ścianie plakat z bohaterami. Można używać powiedzonek i zwrotów z serialu. Można w końcu upodabniać się do ulubionej postaci, tak jak psy upodabniają się do swoich właścicieli, albo na odwrót (jak to właściwie działa?).

Moje oddanie serialowi The Simpsons nie zawiera żadnego z powyższych elementów. Przy 400 odcinkach (mam wszystkie!) ciągle znajduję w nim niespodzianki i czasem nie mam pojęcia, jak autorzy doprowadzą perypetie do punktu wyjścia, czyli do zgodnego stadła Homera, leniwego pracownika elektrowni atomowej, i Marge, pracowitej gospodyni domowej, wychowujących trójkę dzieci (jedno nie mówi), mieszkających w Springfield (czyli gdzieś w USA - nie wiadomo gdzie i tak ma pozostać).

Nie mówię "serialem" - pewnie dlatego, że jest on po angielsku, a w moich ustach (i z moim targówkowskim akcentem brzmiało by to dziwacznie. Mam co najwyżej kilka powiedzonek, które rozumie moja A - właściwie są one nieprzekładalne, bo np. kto wie, o co mi chodzi, gdy mówię "oh sweet Manjula - aaaargh", po czym gulgoczę?

Niemniej obserwując rzeczywistość dookoła, życie polityczne, moją rodzinę, znajomych i siebie samego - odnajduję wiele skojarzeń i zbieżności - niektórych właściwie powinienem się wstydzić, inne po prostu mnie śmieszą. I cenię przez to krzywiznę zwierciadła zbudowanego przez Matta Groeninga, pomysłodawcę i scenarzystę serialu od lat 20.

Trudno się więc dziwić, że z niecierpliwością oczekiwałem kinowej wersji kreskówki. Czy autorom uda się ocalić ducha springfieldzkiego absurdu? Kilka dni temu byłem w kinie i przekonałem się, że tak. Film pełnometrażowy jest właściwie wydłużonym, 401. odcinkiem 18 sezonu. Nawet tak bardzo nie czuć tych 87 minut w kinowym fotelu.

To bezpieczne rozwiązanie, które trochę mnie rozczarowało. Trudno bowiem powiedzieć, czy świat Simpsonów obroniłby się w innej konwencji. Generalnie autorzy trzymają się schematu wypracowanego przez lata, raz po raz puszczają oczka do fanów (to ja!), ale tworzą całość dość zabawną także dla widzów, którzy o serialu tylko słyszeli (zakładam, że na salę nie trafi nikt zupełnie przypadkowy, który nie miał pojęcia o istnieniu Najsłynniejszej Amerykańskiej Rodziny i jej głowy, Największego Bohatera Ameryki Pod Względem Udziału Tłuszczu w Masie Ciała).

Jest kilka małych niespodzianek, ale i od początku przewidywalny finał. Mimo wszystko - niezła zabawa. Może po sukcesie długometrażowej wersji Groening i rebiata skuszą się na kontynuację serialu w wersji kinowej. W końcu pierwsze słowo Maggie, dziecka Simpsonów które nie mówi, brzmiało "sequel?".

PS Mojej A film podobał się o wiele bardziej, niż wcześniej przypuszczała i chyba pójdzie na niego drugi raz. Dla mnie jeden raz wystarczy - przynajmnie na razie.

PPS Po zastanowieniu stwierdziłem, że trochę jednak upodabniam się do głównego bohatera. Zbliżam się do niego wiekiem i doganiam go obwodem w pasie. Różnica polega jednak na tym, że on przeważnie nic sobie z tego nie robi, a ja narzekam i obiecuję poprawę (bez konsekwentnych działań). Właściwie to jego postawa jest chyba zdrowsza...

PPPS Moja A kupiła mi wielki plakat ze wszystkimi bohaterami serialu. Będzie wisiał w antyramie na ścianie. Ale odmówiłem współuczestnictwa w lepieniu głowy Homera z papier mache. W konkurencji "największy fan" chyba powoli oddaję pola...

13:10, bekspejs
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 sierpnia 2007
Staszek, no zbieraj się!

Mężczyzna siedzi przed telewizorem. Kobieta wychodzi z łazienki.

- Staszek, no przecież mówiłam ci, że idziemy do Stefaniaków. Zbieraj się!

Mężczyzna podrywa się z fotela, zmienia koszulę ("Nie tę, tą beżową załóż"), zakłada marynarkę i zaczyna sznurowac buty.

- Poczekaj, chwilka, muszę jeszcze zrobic makijaż! - kobieta ponownie znika w łazience.

Staszek powoli sznuruje buty, rozgląda się nieco zdezorientowany, po czym z westchnieniem siada spowrotem w fotelu ("Co ona robi godzinami w tej łazience?"). Kobieta po kilku minutach wyskakuje z łazienki i zaczyna buszowac w szafie ("Gdzie jest ta cholerna apaszka?"). Widok faceta w beżowej koszuli i najlepszej marynarce siedzącego przed tv złości ją, więc stara się nie patrzec w jego stronę. W końcu decyduje na zmianę sukienki, a co za tym idzie, biżuterii. Po kilku minutach:

- Staszek, no zbieraj się, proszę cię! Ja już jestem gotowa!

---

Scenka jest podejrzana u innych, ale sam wielokrotnie doświadczałem czegoś podobnego. Traktuję to jako umiarkowanie trudny test na cierpliwośc i wyrozumiałośc, niemniej samo zjawisko mnie zadziwia. Czy kobiety lubią, gdy mężczyzna, z którym wychodzą gdzieś poza dom, stoi bezczynnie przez pół godziny w progu, w gotowości bojowej? A może tu chodzi raczej o to, że rozumiejąc problem dbałości o wygląd (kobiety są przez naszą kulturę zmuszone do znacznie większych wysiłków w tym względzie), facet powinien sam się miotac przez kilkadziesiąt minut np. szukając rzeczonej apaszki, dotrzymując duchowego towarzystwa mojej partnerce?

Zaznaczam, że czekanie do ostatniej chwili i przygotowanie się w ciągu 2 minut odpada, bo 30 sekundowe oczekiwanie kobiety na mężczyznę jest nieeleganckie i może stworzyc nieprzyjemną atmosferę na początku "wyjścia na miasto".

14:59, bekspejs
Link Komentarze (10) »
niedziela, 05 sierpnia 2007
80 zł i tyle radości!

Ponieważ ten tydzień miał być luźniejszy pod względem pracy, a trudny w życiu osobistym, postanowiłem zadbać o to, by mieć jakąś mała radochę w rezerwie. Radochę, która pozwoli uciec gdzieś myślom. Dobrze w tej roli sprawdzało się granie w różne gry strategiczne, ale mój komputer - składany z 5 lat temu, jak nie dawniej, coraz bardziej ogranicza listę nowych gier, po jakie mógłbym sięgnąć. Nic dziwnego: Duron 1,2 GHz i 384 MB RAM (256+128) oraz 32 MB karta graficzna sprzed eonów nie dają wielkiego wyboru. Okazało się jednak, że za 80 zł mogę kupić na Allegro używaną kartę graficzną Radeon 9550 Gigabyte ze 128 MB RAM.

O cudzie! Nagle mogę zagrać we wszystkie nowości (oczywiście w kategorii "gry strategiczne" - latanie z kałachem w 3d wymaga znacznie większych inwestycji w sprzęt)*. Powoli, ale wcale w nie najniższych ustawieniach działa mi nawet Medieval II Total War!

Wiele, wiele godzin bawiłem się w poprzednie gry tego cyklu, czyli Shogun TW, Medieval TW i Rome TW. I grając kampanię w M2TW zauważam, że choć pod wieloma względami gra nie jest ideałem, to i tak można odczuć, że autorzy różne sprawdzone pomysły z poprzednich odsłon wrzucili tu razem i dodali kilka nowych rzeczy. Najfajniejsza z nich to profil miasta: może ono być

Póki co, moja Anglia - kraj chyba najłatwiejszy do grania - pobiła i wchłonęła Szkocję oraz Francję. Zapłaciła za to ekskomuniką Ryszarda Okrutnego, który objął tron po Wilhelmie Zdobywcy. Ekskomunikę rzucał mój własny kardynał, wybrany do kolegium kardynalskiego i obejmujący we władanie Rzym po kolejnej konklawe. Wojnę wypowiedziały mi zaniepokojone moimi poczynaniami Portugalia (z którą graniczę) i Mediolan (przeciw króremu już zacząłem działania wojenne). Po Francji ganiają wiedźmy i heretycy, strach sieją inkwizytorzy przysłani z Rzymu, którzy eliminują kolejnych członków rodziny królewskiej wliczając w to szwagrów. Angielscy zabójcy ćwiczą się w fachu na kupcach, dyplomatach i księżniczkach przysyłanych z odległych krain. A na daleko wschodzie pojawił się nowy przerażający wróg - Mongołowie.

Celem jest zdobycie większości Europy, w tym: Jerozolimy.

A więc do broni!

* Ceną za pyszną zabawę jest utrata swobodnego dostępu do litery "ć". Sterownik karty graficznej wybrał sobie skrót alt+ctrl+c do swoich niecnych działań, więc przy każdym włączeniu komputera muszę wyłączać ten skrót (bestia nie chce zapamiętać, że nie życzę sobie takich numerów). Ale co tam, dla Jerozolimy warto poświęcić nawet "ć"!

19:28, bekspejs
Link Komentarze (3) »
Nowy rekord w rozstawaniu i godzeniu

W poprzednim wpisie ta informacja trochę mi nie pasowała, więc postanowiłem napisać ją osobno. W ciągu ostatnich 2 tygodni rozstawałem się z A ze 6 razy (to moja subiektywna ocena, ona na pewno tego nie potwierdzi). I 6 razy znowu się schodziliśmy, godziliśmy itd. Trzykrotnie taki proces odbył się w ciągu kilku godzin wczorajszego dnia. A zdezynfekowała sobie nie tylko twarz, ale i całe ciało - jeśli teoria o dezynfekującej roli łez jest prawdziwa. Ja dostałem szczękościsku - to taka męska wersja płakania (do wewnątrz wypłakałem co najmniej ocean, ale tego nie było widać).

Ostatecznie jesteśmy znowu razem i z nowym zapałem próbujemy coś budować. Na razie jednak odpoczywamy - ja bawię się na komputerze, dając mózgowi i emocjom odpocząć. A pojechała kupić kolejną torebkę (każdy ma swój sposób na stres). Nie wiem, czy kiedykolwiek byłem tak wyczerpany wewnętrznie. Ale to dobre wyczerpanie.

PS Naprawdę jestem człowiekiem, z którym cholernie ciężko żyć. Nigdy nie miałem tak dotkliwej świadomości, jak jest to trudne. Prawda boli. Czasem wyzwala, ale boli zawsze. Ciekawe, czy coś z tej mojej samowiedzy wyniknie...

19:01, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Po burzy

Burza w moim życiu prywatnym przewaliła się. Wprawdzie mieszkamy z A osobno, ale z powodów praktycznych - po prostu za małe mieszkanie działało na nas jak za ciasna klatka na zwierzęta. 24 m kw. to niby kupa miejsca, ale nie ma gdzie się schowac, wyizolowac i wyciszyc, gdy człowieka najdzie ochota. Jakby była wanna, to można byłoby się jakoś wyresetować, a tak - nakręcaliśmy się wzajemnie i smarowaliśmy po wierzchu rutyną.

Osobne mieszkanie ułatwia odkrywanie w sobie romantyka. Chociaż w takiej racjonalizacji procesu poprawy poziomu romantyzmu w związku jest coś dziwnego...

Tak czy inaczej - gdy nabierzemy przekonania, że będziemy już mogli mieszkać wspólnie bez większych zgrzytów, to się na to zdecydujemy. Ale wcześniej znajdziemy coś większego (i najlepiej z wanną). Na razie coś się szykuje - znajomego szwagra dziewczyna wyjechała... skomplikowana historia, ale może będzie większe lokum za podobne pieniądze.

Ostatnio znalazłem w parku 20 zł. Może los się zaczyna uśmiechać? (na wszelki wypadek zagrałem w lotka, na razie same pudła, ale kupon jest na 8 kolejnych losowań). 

18:48, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
statystyka