Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
piątek, 27 lipca 2007
Będzie dobrze

Tak właśnie myślę. Może nie łatwo, ale dobrze.

I polecam "Whole wide world" Wreckles Erica.

Tu w wykonaniu Willa Farrela we fragmencie filmu "Stranger than fiction":

http://www.youtube.com/watch?v=aXAKEeYmUus

 

23:04, bekspejs
Link Komentarze (4) »
Prawoznawstwo!

Opatrzność postanowiła dać znak, że to moje absurdalne, kolejne (miałem już dwa razy absolutorium) wznowienie studiów (pod koniec semestru) w celu zdobycia dyplomu, miało sens.

Właśnie dowiedziałem się, że zaliczyłem prawoznawstwo. Psim swędem, bo egzamin był okropny. Zacytuję odpowiedź mailową prowadzącego wykład, na którym byłem tylko 2 razy, bo źle zanotowałem godzinę i zamiast w poniedziałki, jeździłem na niego we wtorki, wściekając się, że znowu został odwołany bez żadnej wiadomości:

Sznowny Panie!
Otrzymał Pan 23 punkty co stanowi równo minimum na ocenę pozytywną - ma Pan zatem dst (3).
PS Na arkuszu egzaminacyjnym podał Pan błędny numer indeksu.
Chyba muszę popracować nad większą skrupulatnością w notowaniu kluczowych danych.
Gdyby alkohol jakoś na mnie działał, to wybrałbym się teraz po coś z procentami.
A tak pozostaje mi wpisanie sobie w kalendarzu dnia, w którym powinienem zacząć się uczyć na poprawkę z rachunkowości zarządczej. Do pierwszej poprawki w czerwcu i normalnego kolokwium nie mogłem podejść - to dość mętna i zawiła historia, w której główną postacią jest pewien słabo mówiący po polsku Uzbek (trudno się w sumie dziwić...) o niedającym się wymówić nazwisku, który postanowił nie przygotowywać ze mną prezentacji na zaliczenie przedmiotu.
Potem jeszcze dwa przedmioty do zrobienia w kolejnym semestrze. I mogę zacząć się martwić magisterką.

18:43, bekspejs
Link Komentarze (1) »
Żarty się skończyły

Żarty się skończyły. Wraz z urlopem. Za niespełna cztery godziny będę już w autobusie do domu, o ile uda mi się zająć jakieś wolne miejsce. Od przedwczoraj zaczynają mnie napadać maile i telefony w pracowych sprawach, skomplikowały się także sprawy na polu osobistym. To najgorszy niepokój, jaki mnie dusi. Czuję się jak przed laty, gdy majstrowałem przy moim budziku. Po rozłożeniu i podobnym montażu nie dość, że zostały jakieś części, których nijak nie mogłem wpasować, to jeszcze zaczął chodzić bardzo szybko wstecz. Tak też moja A wyprowadziła się ode mnie (niby na czas jakiś, ale padło już "po resztę rzeczy muszę wpaść z tatą"), coraz częściej nie chce ze mną rozmawiać i jakiekolwiek czułe słowa zastąpiło "Łukaszu, pamiętaj, by po powrocie wytrzeć podłogę w kuchni". Z każdym dniem czuję, jakby się oddalała. Co będę w stanie zrobić, gdy już wrócę? To dobra okazja, by próbować powrócić do romantyzmu pierwszych randek, ale czy to nie dziwne, spotykać się raz w tygodniu w kawiarni lub kinie z kimś, czyje włosy wyciągało się z prysznica bez obrzydzenia? Na kogo patrzyło się, jak spokojnie śpi obok? Czuję, jakby te ostatnie nasze walki i autoanalizy pozbawiły nas jakiejś pierwotnej niewinności. Jakbyśmy byli już starzy, a udawali, że jest inaczej. Ale przecież to normalne - moja niepewna siebie natura boi się dynamicznych zmian, przedstawia coś, czego nie znam w nieprzyjemnych barwach. Mój radar porażki zagłusza wszystkie optymistyczne wyobrażenia, jakie dotychczas całkowicie mnie wypełniały jeszcze tak niedawno. Ale na ile da się zanalizować emocje, właściwie je rozpoznawać i kontrolować? Ja w każdym razie mam z tym spore problemy.

Stoję na pomoście i szykuję się do skoku do wody jeziora. Na powierzchni tańczą refleksy światła, które na moment odwracają moją uwagę, na krótką sekundę sprawiają, że zapomniałem, po co tak stoję. Przez zieloną wodę prześwituje dno pokryte kamieniami i mułem, a wodna soczewka przybliża je i sprawia, że staje się niebezpiecznie bliskie. Oddycham powoli i głęboko, czuję, jak powoli cierpnie mi skóra w oczekiwaniu na atak zimna. Zastygam. Tężeję. Zbieram się w sobie. Zbieram się.

 

 

PS Wczoraj rzucił mi się w oczy taki znak:

Czasem zbyt głęboka wyobraźnia i nadmierna refleksyjność również prowawadzi do nieszczęścia. Pieprzony złoty środek.

09:20, bekspejs
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 lipca 2007
Bash, czyli trochę rubasznego humoru cd.

(marcinek_mały) ej ludzie co to jest lechtaczka??
(komórkowiec) taczka lecha kaczyńskiego ;]
(marcinek_mały) serio? a po co mu taczka?

(Agnes) ale jeśli on będzie zalany w trupa
(Agnes) to nie będzie z niego zbytniego pożytku
(Mahmet) wszystko sprowadzasz do zalania się w trupa.... są jeszcze inne formy rozrywki
(Mahmet) przynajmniej tak słyszałem, osobiście nie znam

(pajonk) czesc...
(pajonk) jestem michal i jestem uzytkownikiem windowsa od 11 lat
(grupa) wspieramy cie michal

(muuuu) Sergiej, ty masz tak na imię? Sergiej?
(sergiej) Tak, na Ukrainie sie urodziłem :) Ale zaraz potym przyjechałem tutaj ;p
(sergiej) Jakis Nick musze sobie wymyslic :)
(muuuu) hmmm... to moze tak... gdzie pracujesz? :)
(sergiej) Taleze zakładam ;p
(muuuu) ?
(sergiej) No telewizje satelitarna :)
(muuuu) to poczatek mamy, SAT, od tv SATelitarnej... teraz dalej... hmmm
(muuuu) urodziłeś sie na Ukrainie, to mosze damy UK(raina) czyli bedzie SATUK
(muuuu) moze byc? :D
(sergiej) Moze ;p
-!- sergiej is now known as satuk
(satuk) Moze byc, fajne jest :D
(mac) Twoj nick wiele o tobie mowi teraz ;p
(satuk) ano :D
(mac) Zwlaszcza jak przeczyta sie go od tyłu :)

(impotent) gdybys widziala
(impotent) w jakich bokserkach jestem
(impotent) i gdzie są wybrzuszone...
(eva) na tyłku?

(Rrad) dorwało mnie ostatnio 2 dresów i chcieli skroić... :/
(Suryc) :/ i jak?
(Rrad) jak usłyszeli że mam czarny pas w kamasutrze, od razu dali mi spokój

(krzysfiol) Dziś mówię do koleżanki, że ubrała się jazzy, a ona mi mówi, że jazzy już wyszło z mody i mówi się foxy
(Vami) Powiedz jej ze wyglada jak szmata, to nigdy nie wychodzi z mody.

(kowal)Robotnik wykonuje swoją pracę w 4 dni i 5 godzin. Pijany robotnik tą samą
pracę w 7 dni i 8 godzin. Na budowie pracuje 7 robotników i 1 majster
nadzorujący. Majster przychodzi trzeźwy na budowę co 3 dzień, a do sklepu
monopolowego jest 13 minut biegiem.
Oblicz zysk sklepu monopolowego, gdy budowany jest dom dwukondygnacyjny?
(miodek) czy jest obok toy toy?
(kowal) nie, tylko krzaczki
(miodek) a duze liscie do podcierania tylka?
(kowal) średnie
(miodek) hmmm....
(miodek) obliczajac elastycznosc lukowa dla danego srodowiska naturalnego, wzrost popytu konsumentow na papier, nie jest rownoznaczny z podażą producenta. Jesli uwzglednic wzrost cen produktow srednio o 5 % - bedzie to kolidowac z imperatywami zalozonymi przez nowoczesną spolecznosc konsumentow. Dlatego tez wnosze ze nie da obliczyc sie zysku marginalnego i kosztow alternatywnych dla przedstawionej mi sytuacji
(kowal) spierdalaj

(zgryz) kurde, przez te wszystkie egzaminy już się z tydzień nie myłem -.-
(rajtel) to zadam ci pytanie z biologi ;p wiesz co to jest higiena?
(zgryz) jasne, to jest dziki afrykański pies

(bambucza) ciekawostka: Lublin został uznany rekordzistą wśród miast akademickich pod względem ilości niepijących studentów - siedem osób.

(Krzysiek) teraz masz ten komfort że możesz sobie wybierać facetów...
(Anka) hmm, nigdy tego nei umiałam robić xD
(Krzysiek) szok, nie? jakby wejść do hipermarketu i nie wiedzieć którą pastę do zębów wybrać..
(Anka) ale widzisz... mnie intersują inteligentni faceci z poczuciem humoru. nieliniowi. niestereotypowi
(Anka) z pasją
(Anka) i własnym zdaniem
(Anka) z którymi da sie rozmawiać
(Anka) tacy którzy nie boją się wyróżniać
(Krzysiek) geje... xD

(psedlos) gdy rzuci cię dziewczyna
(psedlos) opuszczą cię przyjaciele
(psedlos) rodzina się wyprze
(psedlos) pies ucieknie, rybki się utopią
(psedlos) jest ktoś kto zawsze do ciebie napisze
(psedlos) że za 19.99$ możesz sobie powiększyć penisa

(Ali) i potem poszli byśmy sobie na jakieś piwo czy co
(ksiezniczka_ryzu) ja nie pije
(ksiezniczka_ryzu) jestem absyntem

(Omni) do naszej szkoly przyszly z ministerstwa wytyczne jaki sprzet komputerowy ma buda kupic
(Fret) i co jakies fajne sprzety beda?
(Omni) no nie wiem, ale jak przeczytaliśmy to, cala infe zastanawialismy sie z belfrem, z kad wytrzasniemy
(Omni) DYSKI TWARDE 2,53GHz

(kshinji) ja wiem, ale dowcip opowiedzial Siwy
(kshinji) a Siwy wyciska 110 na klate, wiec jego dowcipy sa smieszne

(mlodyamator) a pokazalibyscie zdjecia swojej panny koledze ?oczywiscie nago
(Gandalf) Zdjęcia może i bym pokazał, tylko dlaczego akurat miałbym być w tym momencie nago?

(kuba) a ja mam na laptopie linuxa
(kuba) i moge kompilowac programy, przebij to
(slawski) hmmm.....
(slawski) ja jak przychodze do domu to mam ciepły obiad
(kuba) dobra.....
(kuba) wygrałes

(jachu) pożycz na browara
(zkacowany) od kogo?

(po wysłaniu zdjęcia)
(Gośka) mam nowy stanik :D
(Gośka)i co, fajny, nie?;]
(Jeremy) mhm :)
(Jeremy) fajne...
(Jeremy) yyyyyyy
(Jeremy) fajny!

(Gobos) sądze, że u faceta to całkiem normalne, że patrzy się kobiecie na biust
(M.) no tak, ale nie cały czas...
(M.) są małe przerwy... przecież musimy kiedyś mrugać
(M.) żeby nam się oczy nie zakurzyły

(Dworzan) teraz trzeba tylko czekac az mi gnoje postawia balwana pod oknem ktorego ja rozpierdole pol godziny pozniej na ich oczach
(Mroofka) hahahahh
(Mroofka) a rozwaliles juz kiedys dzieciom balwanka ?
(Dworzan) co roku, taka tradycja
(Dworzan) raz huje go woda oblaly to jak zamarzl to z kumplem o malo co nog nie polamalismy



(Jaruś) Ty, w teście na IQ strzelałem na pałe w odpowiedzi i wyszło mi 112
(Kudłeq) Brawo, to znaczy że masz większe szczęście niż inteligencję

(gryz) ja w tym roku jakoś wyszło ze byłem w chacie na sylwka, ale pomyślałem sobie ze i tak sie napruje :P
(gryz) wiec siedzialem od 20 i piłem browary. północ mineła, "nowy rok hura i huj w dupe" :/
(gryz) po pólnocy tak sie zalałem ze film sie mi urwał...
(gryz) rano wstaje, patrze kartka przylepiona do monitora, odlepiam kartke a na niej moje pismo
(gryz) czytam...
(gryz) "sformatowałem ci dysk haha!"
(gryz) ... wlaczam kompa - dysk sformatowany :|
(gryz) mysle, jaki glupi...
(azmar) masz schizofrenie?
(gryz) ja wiem? pewnie pomyślałem ze rano bedzie śmiesznie...

(HaWuDePe) dzisiaj chyba bylo sprzatanie swiata
(nikt_specjalny) hym, skad wiesz?
(HaWuDePe) bo pelno gumowych rekawiczek na ulicach lezy

12:01, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Odmieńcy w TV

Bohema zawsze stanowiła poligon doświadczalny tolerancji. To oni pozwalali sobie na o wiele więcej niż reszta społeczeństwa, zewnętrznie, ale przede wszystkim wewnętrznie zmuszona do zachowania określonych norm. To przez pisarzy, muzyków, śpiewaków masy dowiadywały się, że nie każdy da się wpasować w kulturową sztancę - i to nie tylko w sferze intelektualnej, światopoglądowej, ale także seksualnej.

Pierwsi byli geje. Można by powiedzieć, że już starożytna Grecja stworzyła podstawy dla manifestowania - w kulturalny sposób - prawa do męskiej miłości. Ale to byłoby uproszczenie, bo homoseksualizm przez większość okresu antycznego był zakazany. Relacje męsko-męskie nie występowały - ideałem była natomiast miłość dojrzałego mężczyzny do chłopca. W dzisiejszych kanonach trzeba byłoby na to patrzeć jak na pedofilię, ale w naszej kulturze ta zbacza raczej w kierunku wykorzystywaniu seksualnym dzieci, a nawet niemowląt. W Grecji relacja oblubieniec-miłośnik (takie bodaj greckie terminy określały młodszego i starszego pana) była bardziej złożona i we wzorcowej postaci nie koncentrowała się wyłącznie na seksie, ale obejmowała wspólne spędzanie czasu, naukę młodzieńca przez doświadczonego mężczyznę i późniejszą protekcję oraz pomoc w karierze. Lesbijki pojawiały się o wiele rzadziej i trochę na zasadzie wyjątku, dopuszczalnego w pewnych miejscach i czasach.

Grecy ulegli Rzymianom u których - pod ich wpływem i ludów wschodu, a także staczania się w konsumpcjonizm (mówiąc w uproszczeniu) - również pojawiło się przyzwolenie na miłość mężczyzny i młodzieńca. Rzadsze są przykłady "równorzędnego" homoseksualizmu - czy to w przypadku kobiet, czy mężczyzn. Za to barbarzyńcy, którzy przyszli po Rzymianach, narzucili swoją paternalistyczną, zmaskulinizowaną kulturę, znacznie łatwiej tolerującą promiskuityzm, niż homoseksualizm.

W wielu kodeksach pojawiła się kara śmierci za homoseksualizm, a kontynuatorami postrzegania homoseksualistów jako niebezpiecznych dla społeczeństwa byli naziści, którzy aktywnych gejów wsadzali do obozów koncentracyjnych z różowym trójkątem jako znakiem hańby wyszytym na pasiaku. Co jednak myśleć o powojennych zachodnich społeczeństwach, skoro część skazanych z obozów hitlerowskich kontynuowała odsiadkę za homoseksualizm już w demokratycznych czasach?

Jednak już od XIX wieku obecność homoseksualistów w środowiskach arystokracji i bohemy stała się oczywista. Mimo to - a może właśnie przez to - ucierał się stereotyp, który kwituje niewybredny żart:

- Tato, muszę ci się do czegoś przyznać. Jestem gejem.

- Gejem to może być gwiazda muzyki albo milioner. Ty jesteś po prostu zwyczajnym pedałem.

Czy Elton John lub George Michael mogli pozwolić sobie rozwijanie swojej kariery bez ukrywania swojej orientacji? Nie bardzo. Ich seksualność stała się powszechnie znana (gawiedzi, nie znajomym!) dopiero po latach, a potwierdzona otwarcie jeszcze później, gdy ich wkład w muzykę i ugruntowana pozycja na to pozwoliły.

Dziś dla piosenkarza ciągle bycie gejem czy lesbijką jest czymś w rodzaju trzeciej nogi. Czy media i fani zwróciliby uwagę na duet Tatu, gdyby nie ostentacyjne lesbiskie i propedofilskie zagrywki? To paliwo okazało się jednak mało kaloryczne, bo dziewczyny, mężate zresztą, zagubiły się gdzieś na Wyspach Brytyjskich. Ambitny wokalista, który coś sobą reprezentuje pod względem głosu i techniki, powinien raczej ukrywać swoją orientację, jeśli jest 'odmieńcem" - bo sława, jeśli przyjdzie, oprze się właśnie na tej "trzeciej nodze". Ludzie będą ich słuchać dlatego, że są gejami lub lesbijkami, a nie dlatego, że ładnie śpiewają. Przynajmniej większość. I tak postrzegać będą ich wytwórnie płytowe.

Odmienność seksualna to jednak nie tylko homoseksualizm. Przypomnijy sobie rok 1998 i Danę International, transseksualistkę z Izraela, która wygrała konkurs Eurowizji. Na ile to sukces jej głosu i talentu w tworzeniu show, a na ile fakt, że było to "dziwadło", pierwsze "dziwadło" w czasach naszej nieszczerej tolerancji budowanej na niewiedzy?

http://www.youtube.com/watch?v=ZQ-THgyCVvw

Dziś o Danie słuch zaginął, a kolejny "wykwit" zainteresowania transseksualizmem nastąpił dopiero w czasie wyświetlania reality show "Wszystko o Miriam". Skadinąd zastanawiam się, na ile trzymanie się skojarzenia z Żydami w kwestii transseksualizmu nie jest tu świadome. Chodzi mi nie tylko o Danę International, ale i o fakt, że łatwiej obśmiać transseksualistę z Belgii czy Danii niż z Izraela.

Ostatnie zjawisko tego typu to gwiazdy wyrastające w krajach ciągnących się pasem od Ukrainy na południe. Mamy więc bohaterkę (bohatera?) kolejnej odsłony Eurowizji - Verę Serdutchkę.

http://www.youtube.com/watch?v=X9Jade59ILI

Podobne postaci pojawiają się w Macedonii i Bułgarii, gdzie straszy Azis.

http://www.youtube.com/watch?v=TBeLVoWgraQ

Pojawia się więc wątek transwestytyzmu. W najbardziej ekstremalnej postaci, ale przecież połączenie przebierania się w strój drugiej płci i zdobywania estraty z trudem daje się łączyć w innej konwencji, niż tak skrajna ostentacja i szok estetyczny. I można powiedzieć, że dobrze. Ale ale...

Trudno mi uznać, że media poprzez pokazywanie homoseksualnych, transseksualnych czy transwestytycznych gwiazd estrady rozprzestrzeniły tolerancję. Uważam, że jest to zwyczajne karmienie się innością, wzbudzanie sensacji bez żadnego głębszego sensu. Festiwal piosenki, podczas którego odważni artyści szczerze (lub nie koniecznie!) akcentują swoją seksualną odmienność, jest rodzajem cyrku, wystawy dziwolągów, podczas których powinna pojawić się kobieta z brodą i połykacz ognia.

Tolerancję w mediach rozszerzają seriale, w przypadku których homoseksualizm, transseksualizm czy transwestytyzm pokazuje się na społecznym tle, w zwyczajnych dekoracjach. Dodatkowo trzeba też zauważyć, że przeciętny telewidz spędza oglądając tasiemce więcej czasu, niz bawiąc się przy teledyskach lub relacjach z festiwali piosenki. Szczególnie gdy są to krajowe, przaśne i nudne festiwale.

Z drugiej jednak strony dochodzę do wniosku, że eksploatowanie mniejszości seksualnych na estradzie jest wskaźnikiem jednego - że społeczeństwo jest na tyle tolerancyjne, by producenci mogli sobie na to pozwolić. Czy w Polsce Kaczyńskich, Rydzyka i Anny Marii Jopek można sobie wyobrazić wysŧęp Azisa albo koncern George'a Michaela otoczonego spoconymi, opalonymi, chwytajacymi się za krocze czipendejlsami?

Raczej nie. Czy to szkoda? To już każdy powinien rozważyć we własnej głowie.

 

PS Jak tylko się nauczę, jak tworzyć aktywne linki i wrzucać filmiki z youtuba, to moją wiedzę wykorzystam. Póki co jes, jak jest. Zaczęło się wypogadzać, może dlatego internet działa dziś tak beznadziejnie.

09:50, bekspejs
Link Komentarze (1) »
środa, 25 lipca 2007
Dlaczego nie pamiętam dowcipów?

Należę do większości populacji, która nie zapamiętuje dowcipów. Ile to razy uczestniczyłem w towarzyskich spotkaniach, podczas których każdy dorzucił zabawną anegdotę czy żart do wesołkowatej atmosfery? A mimo to, gdybym teraz miał coś sobie przypomnieć, to szło by mi ciężko. Lepiej zapamiętuję historie, jakoś kotwiczą się w mojej pamięci. Ale dowcipów - prawie wcale. Sądzę, że to dlatego, że ma tu znaczenie subiektywnie odbierana siła emocjonalna danej historyjki. Własne przygody pamiętamy lepiej, niż przygody obcych. Rzeczy bulwersujące lepiej niż nijakie itd.

Dlatego z przyjemnością odkrywam każdą stronę internetową, która zbiera z życia i sieci przykłady dowcipnych sytuacji, żartów, obrazków. O ile oczywiście poczucie humoru jest zbliżone do mojego. To takie rezerwuary odstresowujące. Zaglądam, chichoczę i mogę w lepszym humorze zabrać się do roboty.

Ostatnio wpadłem na stronę www.bash.org.pl , która zbiera zabawne monologi i dialogi głównie z kanałów IRC i chatroomów. Przy kolekcji liczonej w dziesiątkach tysięcy trudno się spodziewać, by wszystko mi pasowało, ale niektóre naprawdę mnie rozbroiły. Żart oczywiście głównie podwórkowy i nieco wulgarny, ale czasem człowiek potrzebuje niezdyscyplinowanego śmiechu. Rzucę kilka przykładów, dla rozluźnienia:

- Jakiego masz kompa
- Srebrnego
- No ale jaki jest ??
- Szybki
- Kur** no , ty mnie nie rozumiesz. Jaki masz procesor ?
- Siwy
- Kur*aaaaaaa. Ile masz ram ?
- Jedną, kupiłem dzisiaj bo tylko rama była , nie było delmy
- jezu , a ile masz lat ??
- Dali mi 3 , jeszcze 1 rok i wychodze
- Nie kapuje cie koleś
- Wiem , rudy na mnie wykapował

--

- w czwartek byłem na czymś, co możnaby nazwać randką :)
- z czymś, co możnaby nazwać dziewczyną?

--

- a, przypomniało mi sie. jade dzisiaj autobusem, 15, jak zwykle tłok. stoje ściśniety na końcu i podałem 1,50 do przodu, żeby mi ludzie bilet kupili czekam, czekam a zamiast biletu dostałem paczke żelków :/

--

- stoje sobie w korku przed warszawą tak 30 minut, wkurzony bo sie spiesze, a tu mnie Tomasz Kamel z plakatu pociesza 'Jedziesz szybciej niż myślisz'

--

- czesc, kasia jestem, poklikamy?
- mało chętnie
- a dlaczego?
- właśnie sie dowiedziałem że wyrzucili mnie ze studiów, pokłóciłem się z dziewczyną którą kocham i rozbiłem nasz związek z którym wiązałem duże nadzieje na przyszłośc i ogólnie świat mi się wali na głowę.
- aha :) . masz może zdjęcie?

--

- przetłumaczysz mi tekst?
- ok wal
- "ty pierdolony chuju z tą swoją pierdoloną bandą pojebów"
- to będzie tak... "Szanowny marszałku, wysoka izbo"
- lol chodziło mi na angielski :D

--

--

- czesc, tzn ile i jak wygladasz. kotku ile?
- 1370
- a co to za cyferki
- pytales ile
- chcesz 1370 zl
- no tak
- to ma byc tanio?
- a gdzie taniej dostaniesz
- nie baw mnie laski sa po 50 i 80 zl, w w-wie po 70
- ale jakie laski ?? o czym ty wogole mowisz
- o milych ladnych dziwczynach ktore dorabiaja sobie seksem w swoich mieszkaniach. jak wygladasz?
- ale co maja mile i ladne dziewczyny wspolnego ze mna, bo niedokonca rozumiem
- ze ty chcesz 1300 zl za seks a one biora po 70
- ale skad ci przyszlo do glowy z jestem laska za kase
- bo masz w nicku tanio
- ale mam tez Minolta Z1
- a po Z1 masz tanio
- moze czytac nieumiesz albo co, ale chyba "Minolta Z1" nie znaczy "dam dupy" ???
- to co oznacza tanio przeczytaj swoj nick i sama naucz sie czytac
- zboczeniec pieprzony
- wszystko ci sie z dupami kojarzy. a jakby byl nick "Cinquecento 700 Tanio" to tez bys zagadal po ile daje dupy, bo w nicku mam tanio ? puknij sie w leb
- to co kurzce oznacza tyanio zastanow sie sama co pisdzesc i jescze telefon podajesz
- Zal mi ciebie koles, to znaczy ze MINOLTA Z1 jest tanio do sprzedania
- wiec sorki wielkie nie moglas tak od razu? btw i tak jest drogi
- i kto ci powiedzial, ze wogole jestem kobieta
- ok narka

--

- siemaaa, z kad klikaci??????
- z tond
- z tamtond
- Ze wszond.
- Z nienacka
- Z komputra
- dziwne miasta. to nie ma rzadnych ziomkuw z wawy????

--

- to co wy właściwie robicie na tym AGH-u?
- grillujemy, pijemy spirytus z Ukrainy
- a w zimie?
- w zimie nie grillujemy

--

- ogladam se w nocy pornola, walac konia. nagle matka wchodzi do pokoju. jedyne co zdazylem zrobic to zmienic kanal. no i moja matka zastaje mnie z "interesem" w reku patrzacego na przemowienie Lecha Kaczynskiego

--

- predzej do wiezienia pojde niz kupie karte heyah
- czemu?
- bo w heyah teraz laduja ci podwojnie:)

--

- podoba mi się ostatnia piosenka szakiry

- ja tam nie mam takich problemów...

--

To jest trochę "branżowe":

- omg. moj stary przeszedl cale call of duty
- co w tym zlego lub dziwnego?
- ta, ale on w przedostaniej misji sie mnieu pyta czy mozna colta na inna bron zmienic

--

(fusio) masz nagie fotki swojej dziewczyny?
(chrzan) nie :/
(fusio) a chcesz pare? :>

--

(D4) nasty idea. kupie paczke, napisze na niej PIENIADZE DLA KOLEGI duzym grubym markerem, wrzuce tam tez sporo drobnego bilonu i wsadze bombe. na poczcie na 100% otworz

--

(Adam50000) Czy w czasie sexu robicie jakieś udziwnienia czy może kochcacie się konwencjonalnie? Jeśli jakies udziwnienia to jakie?
(Deepdelver) recytacja "Iliady" się kwalifikuje?
(Adam50000) Podczas sexu recytujesz? Szacun
(Deepdelver) Ja nie, ona. Ja w tym czasie gram na okarynie i okładam się porem po pośladkach.

--

(napalona_kasia) ej musze ci coś powiedzieć, tylko nie mów nikomu
(goraca_asia) smialo
(napalona_kasia) tak naprawde nazywam sie Marcin
(goroca_asia) no hej, Jakub jestem

--

(Dziedziel) Przedwczoraj policja zamknęła napisy.org , wczoraj hakerzy zamknęli policja.pl

--

(Agan) Tymbark zabija....
(Cirr) Jak to ?
(Cirr) Zabija ?
(Agan) tak sie dzis chlastnelem w palca ze myslalem ze sie wykrwawie ^_^
(Cirr) kapslem? xD
(Agan) Tak, przy otwieraniu....
(Agan) A pod kapslem pisalo "Moze nastepnym razem"....

--

(tranc) Jak myślisz, co jest w dzisiejszych czasach większym problemem? Niewiedza czy obojętność?
(mike) Nie wiem, nie obchodzi mnie to.

--

(eMilio) kurde, musze wymyśleć swoim 2 karpiom imiona...
(czyzy) bez sensu: po pierwsze nie odróżniasz ich, po drugie masz zamiar je zabić
(eMilio) Lech i Jarosław?

--

(absinth) czlowieku! mielismy ognisko u kumpla wczoraj, na psy zadzwonil ojciec typa jednego ze wszyscy pijani. jeszcze nigdy tak szybko sie nie czolgalem

--

(exult) Pytanie do mężczyzn. Ostatnio dowiedziałam się od kolegi, że mężczyzni też czasami sikają na siedząco (gdy chcę się im tylko siku). Może to głupie pytanie, ale ja byłam lekko zszokowana i chciałabym się dowiedzieć czy to faktycznie prawda?
(Loczek) Oczywiście... po co mamy męczyć nogi. Najfajniej sie siada na pisuarach, bo czasem ludzie tam dziwne rzeczy wrzucają i łaskoczą w dupke :)
(erton F) Podobno sa tacy, ja osobicie nigdy, nawet jak jestem bardzo pijany
(cin3k7) Wolę na leżąco. Leżysz na plecach i walisz do góry. Super sprawa.
(Deepdelver) Na siedząco to tylko w teatrze, bo nie wypada wychodzić w czasie spektaklu.

--

(gildo) Ty kupilem sobie wlasnie monitor, i na kartonie jest taki znaczek ze szklanka, co on oznacza?
(duke) ze zakup trzeba opić

--

(LeX-) A najlepsze to było, jak KSU albo coś w ten deseń gdzieś grało. Wokalista krzyknął: pokażcie, że jesteście punkami! To rozjebali 2 kolumny nagłośnieniowe

--

(m.ire) szedlem dzisiaj ulica i na reklamie jest napis: "half price". co to znaczy?
(kondzio) sorry ale nie tlumacze napisow. nie naleze do brutalnej szajki tlumaczy.

--

(kuba) ja absolutnie do gejów nic nie mam. zmniejszają mi konkurencję :D

14:58, bekspejs
Link Komentarze (1) »
Przypadek Harolda Cricka

Dość dobrze pamiętam Monster's Ball. Jeszcze lepiej Finding Neverland. Stay jakoś przeszło mi koło nosa, więc cieszę się, że obejrzałem Stranger Than Fiction w reżyserii Marca Forstera.

Lubie filmy wyważone, nie przerośnięte formą ani fabułą. Lubię postaci zwyczajnych ludzi, podobnych do mnie. Lubię, jak przy użyciu skromnych środków, twórca potrafi wydobyć ze mnie wzruszenie. Lubię też niezdecydowane gatunki - ani komedie, ani dramaty, ani fantazje, ani realistyczne relacje. Zatem Przypadek Harolda Cricka (skądinąd całkiem zgrabne tłumaczenie tytułu, który jest moim zdaniem lepszy, niż oryginalny) bardzo przypadł mi do gustu i uplasował się wysoko na mojej prywatnej liście Filmów, Do Których Będę Wracał Dla Poprawy Nastroju Najlepiej W Towarzystwie Bliskich.

Powściągliwa - mimo wszystko - gra Ferrella (niektórzy pisali, że szkoda, iż w tej roli nie pokazał się Jim Carrey - NIE, NIE i jeszcze raz NIE!), nerwowość Emmy Thompson, kamienny spokój Queen Latifah (to taki skromny pseudonim artystyczny), indywidualizm Maggie Gyllenhaal, łagodna i stonowana ekscentryczność Dustina Hoffmana tworzą spójny i wyważony plan akcji. Fabuła jest prosta, acz interesująca - nudny i pusty w środku pracowni skarbówki odkrywa, że w jego głowie głos opisuje dokładnie to, co właśnie robi. Po pewnym okresie dezorientacji dochodzi do wniosku, że ktoś pisze powieść, w której on jest bohaterem - i słyszy wszechwiedzącego narratora, kobietę. Narratora, który w końcu zapowiada jego śmierć.

Dałem się zaskoczyć zakończeniem, więc nie bedę go psuł. I dodam tylko tyle, że fajnie jest obejrzeć film, w którym można polubić wszystkich bohaterów. W ogóle przyjemnie jest lubić ludzi.

14:33, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Jacek Kaczmarski

Z muzyką jest tak, że albo jej słucham bardzo dużo i ciągle, albo wcale. Ciągle to znaczy, że nawet jak nie mam ze sobą empetrójkacza albo pod ręką komputera, to po prostu gra mi w głowie moja własna, szarokomórkowa plejlista. Czasem zacina się na jednej piosence, albo nawet na jednej frazie - od wczoraj nie mogę opędzić się od:

(Tu Marsyliankę też się poznawało
Gdy wolność tłumu obwieszczały gwizdy)

I bruk paryski był - jak nigdy - żyzny
Bo gilotyna grała, aż chrupały
Karki w bieliźnie

To z Kaczmarskiego (Ostatnie dni Norwida).

Temat Kaczmarskiego pojawił się przy dyskusji nad wywiadem z jego córką, Patrycją, jaki znalazł się w bodaj ostatniej Polityce. Trudno właściwie mówić o dyskusji - wszyscy się zgodzili, że wybitny poeta ma prawo być opisywany jako zimny, egoistyczny tyran, pijak i ladaco przez własną córkę - nawet po śmierci. Człowiek ma wiele żyć, wiele twarzy i wszystkie są prawdziwe.

Większość piosenek Kaczmarskiego mnie nudzi, a część mnie męczy (szczególnie te etosowe, rozdmuchane i zawłaszczone przez postsolidarnościowe środowiska), ale kilka trafia mnie w jakąś czułą nutę w środku.

Piosenka Ambasadorowie - przez elegancję odszyfrowania przekazu olejnego obrazu sprzed wieków.

Dyskretny przepych - tylko echem dostojeństwa,
Turecki dywan, włoska lutnia - znak obycia.
W milczących ustach bezwzględnego smak zwycięstwa,
W postawach - wielkość - osiągnięta już za życia.
Ciężka kotara obu wspiera tym co kryje.
Patrzą przed siebie śmiało, pewni swoich racji,
Wszak dyplomacja włada wszystkim dziś - co żyje,
A oni - kwiat szesnastowiecznej dyplomacji!

Podobnie plastycznie pokazany jest film Tarkowskiego "Andriej Rublow" w piosence Rublow. Niesamowite, ale w 3 minuty poeta pokazał cały film i najważniejsze jego przesłanie, emocje, prawdy.

Na ziemi, co zawsze pod wodą, lub śniegiem
Są drogi, po których nikt prawie nie chodzi.
Tam wariat się czasem przesunie po niebie
Do ludzi na łodzi
Wołając, że leci,
A oni chwytają go w sieci.

Wśród pól i rozlewisk tam białe są miasta,
Gdzie końmi handlują, jedwabiem i siarką.
Nad targiem wyrasta przejasny monastyr,
Chorały i charkot,
Ikona i koń,
Wędzidło i złota dłoń.

Ballada wrześniowa - przez pasję, z jaką autor przypomina, że Armia Czerwona była swego czasu wiernym sojusznikiem Hitlera. Z powodu brutalnego, wnikliwego spojrzenia na historię cenię też Czołg i Jałtę:

Nie miejcie żalu do Stalina
Nie on się za tym wszystkim krył
To w końcu nie jest jego wina
Że Roosvelt w Jałcie nie miał sił
Gdy się Triumwirat wspólnie brał
Za świata historyczne kształty
Wiadomo, kto Cezara grał
I tak rozumieć trzeba Jałtę

Opowieść pewnego emigranta - za zawarcie w jednym wierszu losów dziesiątków ludzi, którym własne wybory i historia wyznaczyły niechlubne role, których zawiesiły pomiędzy narodami i krajami, którzy stali się magnesem dla nienawiści.

A potem mnie - lojalnego komunistę
Przekwalifikowali na manikiurzystę.
Ja kocham Mozarta, Bóg - to dla mnie Bach,
A tam, gdzie pracowałem - tylko krew i strach.
Spałem dobrze - przez ścianę słysząc ludzkie krzyki,
A usnąć nie mogłem przy dźwiękach muzyki.

Drzewo genealogiczne - przez szczerość dociekania swoich korzeni, zgadywania ich niezbyt patetycznych konotacji.

A ponoć moim krewnym był żołnierz-poeta
Co za Kościuszki szyj chciał biskupów, magnatów
Ach czyżbym po nich przejął jakobiński nietakt
I czci brak dla błękitnej krwi i purpuratów?

Jeszcze ciekawiej i osobiściej brzmi Testament. Ale najbardziej lubię Dwadzieścia lat później wg Aleksandra Dumasa ojca. Dlatego zacytuję w całości:

Muszkieterowie już nie ci sami
Dojrzałości pożółkli goryczą
Zaczęli liczyć się z realiami
Choć realia się z nimi nie liczą

Słaby tron, książęta żadni, kwaśne wina
Cech żebraków i proboszczy trzęsie miastem
Nagrabionym srebrem karmi się kardynał
Dawna służba na polityków wyrasta

D'Artagnan jest muszkieterów oficerem
Sam purpurat raczy dawać mu rozkazy
W przedpokojach władzy czeka na karierę
Szpadą oskrobując but z zapachu władzy

Brat Aramis stal w biskupiej skrył sukience
Maścią intryg pielęgnuje gładkość dłoni
Kiedy trzeba zdradzi i umyje ręce
Kiedy trzeba Pismem Świętym się zasłoni

Muszkieterowie już nie ci sami
Dojrzałości pożółkli goryczą
Zaczęli liczyć się z realiami
Choć realia się z nimi nie liczą

Portos w hołdów i tytułów tłuszcz obrasta
Szpada służy mu za rożen na zające
Można lepić i urabiać go jak ciasto
Byle olśnić jakimkolwiek celu słońcem

Prawy Atos przestał wreszcie pić na umór
Czci i chroni szpady etos dumny Atos
Choć wątroba nie ta, wciąż ta sama duma
Jego syn zapłaci kiedyś życiem za to

Przyjaciele okłamują się w ukłonach
Nie ufają sobie dawno już za grosz
Nowych czasów bólem dali się przekonać
Że się zdradą a nie szpadą kreśli los

Każdy za siebie kosztem każdego
Na prywatną miarę grób mości
Jeden za wszystkich wszyscy za jednego
Stara baśń niewinnej młodości

Jeszcze stać ich by historii się przypomnieć
Wskoczyć w siodło i wykrzesać iskry z ostrza
Znów uwierzyć w zew: Muszkieterowie do mnie!
Lecz historia - czy się stanie przez to prostsza
Psieje świat, czy może właśnie psieją oni
Psiocząc na to co ich dziełem w jakimś stopniu
Z siebie samych szydzą, gdy im się przypomni
Jacy byli kiedyś pięknie nieroztropni

Właśnie wspomnienia jak cudze losy
Trzosy pełne, a serca próżne
Fałszu zeskrobać z prawdy nie sposób
Zaledwie w dwadzieścia lat później
Zaledwie w dwadzieścia lat później!
Zaledwie w dwadzieścia lat później!!!

--

Zazdroszczę mu tej swobody posługiwania się językiem, który znajduje swój rytm, muzykę, faluje, śpiewa, by w końcu wybrzmieć i ucichnąć. Kaczmarski, którego poezję poznałem i polubiłem właściwie dopiero wtedy, gdy poeta już umierał, utwierdził mnie w przekonaniu, że mój język ojczysty jest naprawdę piękny. Jakkolwiek banalnie to brzmi.

10:42, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lipca 2007
Wyrzuty sumienia

Zaczepili go pod monopolowym. X miał tam kupić jakieś wino na kolację. Wybrał się do miasteczka w swoim ulubionym T-shircie i spodniach w kolorowe paski.

- Fajna koszulka - usłyszał nagle gdzieś z boku. Uwagę rzucił 16-letni na oko chłopak w okularach.

- Spodnie też są cool - dorzucił stojący obok długowłosy kolega okularnika. Trzeci nastolatek nie odzywał się, tylko wpatrywał się w X z niepokojem i niecierpliwością.

- Podlizywanie mamy więc za sobą. Czego chcecie? - zapytał X głosem pewniejszym, niż czuł w środku.

- Chcemy kupić alkohol - powiedział okularnik.

- I fajki - dorzucił długowłosy.

- OK. Jakie?

Chłopcy zaczęli się gorączkowo naradzać, licząc pieniądze.

- Balsam pomorski, litr najtańszej wódki i paczkę Blue Ice'ów - zdecydowali ustami okularnika, który najwyraźniej pełnił rolę lidera.

- Tu są pieniądze - odezwał się dotychczas najbardziej powściągliwy, zapewne skarbnik wyprawy po procentowy, i wcisnął X w rękę zwitek banknotów.

- Może zabraknąć - dodał długowłosy, dorzucając jeszcze kilkanaście złotych.

X odwrócił się. Właściwie ani na moment nie pomyślał, by nie spełnić prośby. Może dlatego, że paradoksalnie wyglądali tak niewinnie, zwyczajnie i grzecznie. Przypominali mu jego samego w tym wieku, tylko że X nigdy nie miał problemów z zakupem alkoholu. Po pierwsze dlatego, że restrykcje dla sprzedawców były wtedy fikcją. Po drugie - bo nie przepadał za alkoholem.

- To chodźcie ze mną, bo jeszcze kupię coś od czapki - powiedział, skonstatowawszy, że ryzykowną - ale przecież w sumie nie dla nich - transakcję chcą przeczekać pod sklepem. Tylko przez chwilę pomyślał o policji i różnych prawnych konsekwencjach, myśl narodziła się zgasła, zapomniana.

Zakupił co trzeba, oddał resztę. Odebrali reklamówkę z butelkami niezgrabnie, z brzękiem. X pomyślał wtedy, że może byłoby lepiej, gdyby upuścili torbę. Że 1,7 litra alkoholu na trzech wypita w szybkim tempie to właściwie dawka śmiertelna dla tych dzieciaków.

- Chcecie wypić to sami? - zapytał.

- Nie. Z koleżankami i kolegami.

- Tak czy inaczej uważajcie. Nie za szybko z tym piciem.

- Będziemy uważać - odpowiedział z pewnym entuzjazmem okularnik tonem harcerza albo prymusa.

- Bawcie się dobrze.

- I nawzajem - odpowiedzieli chórem.

X zauważył wtedy, że nie kupił nic dla siebie. Nie chciał wracać do sklepu - wtedy jego przysługa oddana chłopcom stałaby się oczywista (skądinąd właściwie i tak taka była). Czuł by się dziwnie pod ciężkim, niechętnym wzrokiem sprzedawcy. Wrócił więc do domu lekko rozdrażniony. W nocy śniło mu się, że wymiotuje przez burtę łodzi mieszaniną balsamu pomorskiego i paprykarza szczecińskiego. Było to tak realistyczne, że po obudzeniu, trzymając się za naprężony brzuch, czując mdłości, szukał śladów wymiocin. Wszystko było, jak trzeba. Po wyrzutach sumienia nie został nawet ślad, ani na pościeli, ani na podłodze. Poszedł więc pod prysznic, który zmył resztki snu.

16:10, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Foto-prorok

W pobliskiej miejscowości, do której udaliśmy się z Sz na zakupy, zauważyłem reklamę zakładu fotograficznego "Foto-Prorok". Z ciekawości zajrzałem do środka. Przywitał mnie starszy mężczyzna o bujnej, siwej brodzie i świdrującym spojrzeniu.

- W czym mogę pomóc?

- Zafrapował mnie szyld, a właściwie nazwa pana firmy, więc...

- Nie ma pan żadnych zdjęć do wywołania - przerwał mężczyzna.

- Właściwie to nawet nie lubię zdjęć...

- Ani robić innym, ani być fotografowanym, ani oglądać, co?

- Tak...

- Kolega pana szuka - rzucił nagle, nie odrywając ode mnie spojrzenia.

Pożegnałem się i wyszedłem. Po chwili zza rogu wyszedł Sz, wystukując numer komórki do mnie (urwałem mu się w spożywczym, nie wspominając, dokąd idę).

Zastanawiam się, czy następnym razem odwiedzać cukiernio-lodziarnię "Urok". Trochę strach.

09:58, bekspejs
Link Komentarze (1) »
Czerw pustyni

Żyjemy niby w umiarkownym klimacie, gdzie fauna nie ciśnie się w każdą wolną przestrzeń i jest ogarnialna rozumem tzn. albo rozpoznawalna, albo w jakiś sposób podobna do tego, co już znamy. Tymczasem wczorajszego popołudnia przekonałem się, że to po prostu wrażenie człowieka miastowego. Idąc piaszczystą, gruntową drogą natknęliśmy się na niezwykłego stwora.

Była to ewidentnie larwa, segmentowo podzielona, ciemnej barwy z silnymi żuwaczkami z właściwej strony. Niesamowita była wielkość: co najmniej taka, jak mój palec wskazujący (7 cm?). Co więcej to COŚ ruszało się bardzo energicznie i na środku drogi postanowiło spróbować wkopać się w ziemię. M zrobiło się tego żal, więc postanowiła pomóc bożemu stworzeniu. Jak się okazało, nie było to takie proste. Larwa (jak sądzę) dotknięta kurczyła gwałtownie swoje ciało w nagłym podskoku - co sprawiało, że w ułamku sekundy podskakiwała na 10 cm w górę.

Mało tego - wydawała przy tym piszczący dźwięk, coś pomiędzy piskiem myszy a jakimś mechanicznym dźwiękiem, powstającym, gdy coś ostrego przejeżdża po gładkiej i twardej powierzchni. Pierwszy raz widziałem bezkręgowca (?), który wydawałby dźwięki nie posiadając skrzydeł. Naprawdę trzeba było sporego samozaparcia w naszej spolegliwości, by dalej ratować to zwierzę. Ale w końcu przepchnęliśmy je na drugą stronę drogi i zagłebiło się w trawie.

Po powrocie do bazy zapytałem zaprzyjaźnionych biologów o to, co to mogło być.

- Wiem, o czym mówisz. To czarny robal. Tak na nie wołamy. Ale nie wiemy, co to za zwierzę - odpowiedziała A, a G pokiwał głową. I nagle zrobiło się jakby chłodniej, coś zaskrzypiało za oknem, pociemniało...

Trudno, żeby zwierze nie przypomniało mi książki Franka Herberta "Diuna". To jedna z moich ulubionych powieści, może nawet ulubiona. Wielowarstwowa, napisana z rozmachem, śmiała, trudna, mądra. Oprócz wielu innych tajemniczych spraw pojawia się tam zwierze zwane czerwiem pustyni - liczące setki metrów, grube na dziesiątki, żywiące się wszystkim, co ma śmiałość postawić stopę na pustyni. Majestatyczne i śmiertelnie groźne. Czarny robal to wypisz, wymaluj miniatura czerwia pustyni.

M na boku powiedziała:

- To pewnie larwa chrząszcza.

A chrząszcze, jak wiadomo, to ZŁE ROBALE (patrz któryś z poprzednich wpisów).

Swoją drogą - może uratowaliśmy Marsjanina? Tylko że nasze niezgrabne starania musiał potraktować jako przejaw braku szacunku, głupoty i skrajnej wrogości. Na wszelki wypadek - w imieniu moim i M - napiszę, że jest nam bardzo przykro. I przepraszamy.

09:27, bekspejs
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 lipca 2007
Niegrzeczne dziewczynki

Dziś kolejny raz zetknąłem się z sytuacją, gdy w mieszanej, ale dość homogenicznej grupie bardziej wulgarne zachowanie charakteryzuje panie, a nie panów. Może jestem przeczulony, ale chyba jest coś na rzeczy.

Według badań IMA, przeprowadzonych w końcu 2006 r., aż 61 proc. Polaków uważa, że panie zachowują się obecnie bardziej agresywnie, niż 15 lat temu. Tylko 5 proc. jest przeciwnego zdania. Ta wulgarność, agresja i ostentacja manifestują się nie tylku w sferze języka (75 proc. wskazań), ale także w wyglądzie (59 proc.), a nawet w sposobie poruszania się (21 proc.) czy literalnym używaniu przemocy (36 proc.).

Zastanawiam się, na ile to efekt telewizyjnych wzorców (twarde i bezkompromisowe heroiny filmów i telewizyjnych show), a na ile kwestia ogólnego rozluźnienia norm i subiektywności obserwacji ("kurwa" w ustach mężczyzny jest przecież tak tradycyjna, jak palenie papierosów na przystankach autobusowych). Myślę jednak, że najwięcej będzie w tym rywalizacji: pomiędzy kobietami (która pani jest bardziej widoczna - bo bezkompromisowa, "wyluzowana", głośna, wyraźna) i między płciami. Kobiety wchodzą we wszelkie role, w jakich występowali mężczyźni - a więc po części przyjmują także cały strój i język, cały męski kod. Z drugiej strony panowie dziś łagodnieją, muszą wykazać się wrażliwością i emocjonalnością w ogóle, większą ogładą - bo to potrzebne jest, gdy tworzyć mają związek partnerski, nie oparty na dwóch wyraźnie przeciwstawionych rolach. W ten sposób dawny mode: wulgarny facet, łagodna i grzeczna pani, ulega zmianie, a może nawet w pewnych sytuacjach - odwróceniu.

I tak oto wytatuowany, ale przecież metroseksualny młodzieniec swobodnie unika niekulturalnych przerywników, a jego partnerka lubi rzucić ciężkim słowem: bo giez, bo słońce zaszło, bo woda zimna. Ciekawe, czy należy do tych 26 proc. panów, którzy wulgarność słownictwa pań mają za rzecz błahą, czy też do pozostałej grupy, którym to doskwiera. Bo brak takich, którym się to podoba. Przynajmniej deklaratywnie.

Jeśli mnie pamięć nie myli, słowo "wulgarny" i "ordynarny" pochodzą w oby przypadkach od łacińskiego "zwyczajny". Coś, co było "pospolite", stało się więc znaczeniowo pozbawione subtelności, spłycone i nieprzyzwoite. Trochę żal, gdy wulgarność i agresja szczególnie młodego pokolenia kobiet przechodzi odwrotną kolej: staje się zwyczajna i naturalna poprzez skalę i masę. Ani to dobre, ani piękne, ani mądre.

Ale co zrobić - w naszej coraz bardziej promiskuitycznej kulturze złe dziewczęta funkcjonują swobodniej, niż te grzeczne i pokorne. Kiedyś panie lgnęły do szorstkich buntowników, czasem nawet wulgarnych. Dziś ten magnetyzm sprawdza swoje działanie w przeciwnym kierunku.

PS Kusiło mnie, by napisać "za moich czasów lepiej bywało, ludzie byli grzeczni i ładnie uczesani". Ale się powstrzymałem. Bo przecież po prawdzie lepiej nie było. Po prostu było inaczej.

19:31, bekspejs
Link Komentarze (1) »
A Kyś!

Siedzę na wywczasie: opowieści słucham, do książek zajrzę, zjem coś, o sprawy się prywatne pomartwię. Gdyby nie to ostatnie, to łacnie by mi było, a miło. Może nawet swawolnie. Ale taka widać wola boża.

Po mowie widać, że czytam "Kysia" Tatiany Tołstoj. Wnuczka TEGO Tołstoja, wicie rozumicie. Ja tu jednak jakiejś wielkości ponadczasowej nie czuję. Ot, mieszanka, miks taki: trochę "Jakuba Wędrowycza" Pilipiuka, trochę "Wesela w Atomicach" (nawet całkiem sporo), a na okrasę Kirył Bułyczow. Bardzo to Bułyczowem mi zalatuje, ot co. Słowem - wszystko widziałem, znałem. Po co więc czytam? Primo - dopiero zagłębiam się w lekturze, więc może dalej jaki arcydzieł jest uszykowany, niby ten Dławid, co to go Nikita z ziemi chciał wykopać (i po co to mu? żeby nas dławił? Niech już lepiej sam się tą ziemią dławi, ot co). Secundo - książka chwilami wesoła jest, że boki zrywać. Żal, że nie częściej, ale co począć? Chyba samemu książki pisać, a potem czytać je i zaśmiewać się do rozpuku od świtu do nocy.

No i dobra to lektura, gdy człowiek siedzi w lasach, w błotach, w jeziorach. W mieście słuszniej jaki cyberpunk przeglądać, alibo dystopijne space opery. Tutaj wolę o walonkach czytać, o kotach, co to z czubka klosny na czubek klosny skaczą. I o kurach, co na zimę odlatuję hen daleko. Ot co.

10:49, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 lipca 2007
Ameryka jak Polska

Zaniedbałem ostatnio Sormana, a jeszcze trochę jego książki chciałbym wynotować, dla siebie i może nie tylko. Póki pamiętam, póki nie oddałem "Made in USA", napiszę więc:

- Startując w wyborach na gubernatora lub prezydenckich, kandydat w Ameryce musi być outsiderem, który chce uderzyć w establishment, w elity (co przeważnie jest maskaradą). To przypomina mi Polskę, gdzie idzie się do walki z dotychczasowymi elitami władzy - z układem, z socjaldemokratyczną pajeczyną, z postsolidarnościowym nepotyzmem i bałaganem. W USA jednak przynajmniej częściowo obietnice wyborcze trzeba spełniać, choćby dlatego, że całkowite zaprzeczanie im w prowadzeniu późniejszej polityki łatwo może spotkać się z próbą referendalnego zakończenia kadencji (do czego nie trzeba przedstawiać żadnych argumentów - demokracja jest ponad to!!!), albo impeachmentu (do czego argumenty być muszą). Szkoda, że u nas brak politycznych narzędzi (zwyczajów?), które wymuszałyby realizację programu. Bez tego polityka zniechęca wyborców, bo wybory sprowadzają się do określenia, jaka grupa partii zawłaszczy państwo i będzie z tego tytuły czerpać korzyści. Nie ma też mowy o reformach - bo czemu jakieś ugrupowanie miałoby się nimi trudzić?

- Co ciekawe, tradycja zachodnioeuropejskiej demokracji tworzy kandydatów na polityczne szczyty, którzy są zdecydowanie insiderami. Są oni namaszczeni przez swoje partie, już należą do politycznych elit i na ich autorytecie wspierają swoje szanse. Sorman pisze więc, że z punktu widzenia Europy, USA jest populistyczne, zaś z przeciwnego punktu widzenia Europa jest arystokratyczna!

- Zaskoczyło mnie to, że to republikanie są życzliwsi masowej emigracji do Stanów. To imigranci napędzają przemysł, rolnictwo i usługi, dostarczając taniej siły roboczej, której praktycznie stale brakuje. Z drugiej strony to oni też obawiają się braku kontroli i zagrożeń płynących z napływu np. biednych Meksykanów. I budują płoty wzdłuż amerykańskiej granicy. W efekcie - jak podają demoraci - przekraczanie granicy stało się tak niebezpieczne, że co roku ginie więcej ludzi, niż przeskakując przez mur berliński podczas całego okresu jego istnienia. Zabija ich mróz, upał, brak wody i pożywienia na pustkowiach i w górach, gdzie teraz najczęściej próbują szczęścia.

- Północnoamerykańska strefa wolnego handlu nie przyniosła rezultatu w postaci zatrzymania fali meksykańskich uchodźców. Wynika to jednak z pozaekonomicznych przyczyn: niskiego poziomu edukacji w Meksyku i braku wysiłków władz, by pomagać robotnikom i chłopom zmieniać kwalifikacje. Jest też korupcja i niska dbałość o prawa człowieka w Meksyku, gdzie bezpiecznie i wygodnie żyje się tylko bardzo bogatym ludziom.

- Becker wymyśla globalne rozwiązanie dla migracji. Otóż zakłada, że ludzie są jednostkami myślącymi, migrują więc chętniej do krajów nie tylko takich, gdzie jest dobra praca, ale także tam, gdzie jest lepsza opieka społeczna - często po to, by się na niej oprzeć. Trzeba by zatem pomyśleć, albo o tym, by zmniejszać opiekę tam, gdzie ciągną imigranci, albo wykluczać ich z tej pomocy. Oba rozwiązania z różnych powodów są nie do zaakceptowania. Becker proponuje więc opłatę, jaką imigrant płaciłby za dostęp do rynku z jego korzyściami w postaci socjalu. Opłaty różniłyby się pomiędzy krajami, ale tylko na zasadzie rozróżnienia skali pomocy socjalnej! Resztę miałby regulować rynek.

- W rezultacie Kalifornia staje się Meksyfornią. Co ciekawe, to w pewnym sensie powrót do źródeł. Większość pozaindiańskich osadników na tym obszarze stanowili Latynosi, skład populacji zmienił się gwałtwownie dopiero po gorączce złota - dominować zaczęli Biali. Teraz Latynosi odzyskują pole.

- Amerykanów niepokoi niechęć Meksykanów do nauki. Ale socjologowie przypominają migrację włoską - pierwsze pokolenie słabo uczyło się języków i ciężko pracowało, szybko posyłało do pracy także swoje dzieci. Jednak kolejne pokolenie to już ludzie wykształceni, posługujący się w domu angielskim, często nie znające włoskiego, zasymilowane i "mainstreemowo" amerykańskie.

- Już w swoich początkach, Stany były krajem, gdzie narody się mieszały. Dziś zaczynają mieszać się rasy. Rosnąca liczba Amerykanów podczas spisów statystycznych w ankietach skreśla więcej niż jedno pole (Biały, Czarny, Latynos, Indianin). Symbolem tego jest mistrz golfa, Tiger Woods, który już z wyglądu jest uosobieniem tego współczesnego rasowego "melting pot" - sam określa się rasowo jako cablanasian, co oznaczać ma rasę, będącą mieszanką rasy białej (kaukaskiej), czarnej (black) i żółtej (azjatyckiej).

- Od chwili swego powstania, USA jest obserwowana zawistnym okiem i ciągle pojawiają się prognozy jej upadku. Jakoś to się jednak nie dzieje, mechanizm działania tego kraju, szczególnie polityczny i ekonomiczny, pozwala pokonać kolejne kryzysy czy to społeczne, czy gospodarcze. Za wyjątkiem Europy, świat stara się zbliżać do tego modelu. Europa, przywiązana do swojego modelu, który oczywiście ma swoje zalety, stała się jednak zakładniczką wolnego wzrostu i bezrobocia.

- Faktem jest jednak, że w USA jest dziś 43 mln ludzi pozbawionych ubezpieczenia zdrowotnego. Pracują oni w firmach, które takiego ubezpieczenia im nie wykupują (sami są zbyt ubodzy, by to zrobić). Są też zbyt młodzi, by zostać objęci ubezpieczeniem z tytułu wieku. Dziura w systemie jest jednym z głównych obiektów krytyki "amerykańskiego snu". Sorman zwraca jednak uwagę, że większość ludzi w tej dziurze pozostaje tam tylko przez krótki czas, starając się poprawić swój los i szukając lepszego pracodawcy. A pomoc nieubezpieczonym udzielana jest na zasadzie ostrego dyżuru. Wiadomo jednak, że ostry dyżur to mało, gdy pojawia się choroba przewlekła. A taka dolegliwość uniemożliwa także pracę...

- Niezwykła jest dysproporcja w skali dobroczynności pomiędzy Europą a Ameryką. Amerykanie wydają rocznie 953 dolary na cele dobroczynne, podczas gdy Europejczycy - 57. Różnica to nie tylko skala podatków, ale i mentalności. Amerykanie zwyczanie bardziej ufają niezależnym instytucjom, niż rządowi, który zawsze jest podejrzany o marnowanie pieniędzy i przeznaczanie ich na złe cele. No i są jeszcze zwolnienia podatkowe dla dobroczyńców...

- Po raz pierwszy stykam się w tej książce z terminem mondializacji, która oznacza globalizację, ale w wymiarze także socjologicznym i kulturowym.

- Pojawia się tu ciekawa teoria: globalizacja to ruch, który przerzuca pracowników ze sfery gospodarki o niższej wartości dodanej do takich o wyższej. Rolnictwo ustępuje pola przemysłowi, przemysł usługom informatycznym. Kłopoty USA - mówią niektórzy ekonomiści - biorą się stąd, że nie wiadomo, co mogłoby być dalej. Więc zwalniani w Krzemowej Dolinie mogą jedynie degradować się i znaleźć pracę w innych rodzajach usług lub przemyśle. Na prawo od nich jest ściana. Nawet jeśli tak jest, to ani nie czeka ich długie poszukiwanie pracy, ani też ta degradacja nie jest aż tak dotkliwa - oznacza spadek dochodów o kilkanaście procent, zauważa autor.

- Podstawowym problemem mondializacji jest to, że choć globalnie i na całych społeczeństwach widać płynące z niej korzyści i rozwój, to w przypadku pojedynczych losów ludzi widzi się raczej dramat, krzywdę i nędzę.

- Ciekawostka giełdowa: niedźwiedzie, a więc firmy grające na zniżkę kursów, narzekają w Ameryce na to, że na różne, także pozaprawne sposoby, ogranicza się ich działania i rozwój. Ameryka jest krajem wzrostu, zarabiania pieniędzy, a więc i optymistycznych zwrotów ze wzrostu kursów. Ci, którzy chcieliby ich spadków są w pewnym sensie niepatriotyczni! To dlatego nie słuchano ich, gdy ostrzegali przed bańką Enronu, to także dlatego, gdy na tym upadku zbili pieniądze, to nie zrobiono z nich bohaterów.

- Skoro amerykańska droga połączona z mondializacją stały się odpowiedzią na wszystkie potrzeby świata, czym ma zajmować się dalej ekonomia? Otóż Chiapori i Townsend szukają zagrożeń płynących np. z badań genetycznych - co stanie się z ubezpieczeniami, gdy będzie wiadomo, kto ma skłonności do jakich chorób? Państwo będzie musiało interweniować, by zapewnić tu równość, by ograniczyć słabość rynku.

- Inna dziedzina to redystrybucja dóbr duchowych, jak edukacja czy kultura. Dzisiejszy system sprawia, że upośledzeni w dziedzinie ekonomii (dostęp do szkół) ludzie przekazują to upośledzenie swoim dzieciom - po prostu edukacja czy kultura mają wpływ tak na aspiracje, jak i na możliwości - twierdzi Fogel.

- Ameryka jest imperium, ale dziwnym imperium, bo nie kojarzę takiego najeźdźcy (jak się o niej mówi), którego żołnierze tak niechętnie opuszczaliby swoje strony, tak niechętnie siedzieli na obcej ziemi, tak ciężko uczyli się innych kultur i języków i tak radośnie wracali do siebie.

- 11 września spowodował dziwne jak na Amerykę zjawisko. Otóż Amerykanie postanowili oddać część swojej wolności dla uzyskania choć niewielkiej poprawy swojego bezpieczeństwa. To rzecz niezwykła, jak na USA, którego miliony obywateli trzymają broń w domu nie tyle na wypadek zagrożenia ze strony włamywacza, co zabezpieczając się przed tyranią władzy.

- Totalna inwigilacja tworzy jednak zagrożenia o ogromnej skali. Są jednak oryginalne pomysły, jak ich uniknąć. David Brin uważa, że rewolucja technologiczna i tak pozbawiła nas intymności, i tak łatwo nas podglądać, a ukryć cokolwiek jest niezwykle trudno. Proponuje więc pozbawić państwo monopolu na podglądanie. Niech wszyscy - na miarę swoich potrzeb - podglądają wszystkich. Niech nic nie będzie tajemnicą. Zdaniem pisarza, to byłby swoisty powrót do czasów wioski, gdy wszyscy o wszystkich wszystko wiedzieli i nic nie umknęło uwadze sieci plotkarek. To frapująca idea, ale - przez fakt decentralizacji i wolności wyboru każdego (nie chcesz, to nie podglądasz) - podoba mi się.

- Autor kilkukrotnie zwraca uwagę, że antyamerykanów nie brakuje, ale ich liczba zawsze - także dziś - jest mniejsza od tej, jaką tworzą ludzie chętni do przeniesienia się do USA. Warto się nad tym zastanowić.

10:56, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Dystans

Dostałem jeszcze jedną, ostatnią szansę. I propozycję nowego status quo, nowej bazy do nowego startu naszego związku. Dwa Poważne Warunki, ale to żadna cena. Tym bardziej, że nie dotyczą słodzenia herbaty, ani regularnego chodzenia do kosmetyczki. Za to chyba nie obędzie się bez innego rodzaju specjalisty.

Tak czy inaczej, odczuwam rodzaj dziwnej ulgi zmieszanej z niepewnością, bo jeszcze z tego urlopu nie wracam. Na każdym życiowym polu czekają mnie wyzwania. Jak co roku o tej porze, wiele się zmienia. Muszę więc nabrać duchowego i emocjonalnego rozbiegu, by przez te płotki skakać.

Właściwie rozbieg jest potrzebny do jeszcze jednej rzeczy - nabrania dystansu do siebie, własnych słabości i zalet, planów, zgryzot, celów i sensów. Bez tego nie ma co myśleć o trwałym poszukiwaniu przyjemności z życia - tak myślę. Z daleka wszystko wydaje się malutkie - kiedy zmrużyć oczy, mieści się między kciukiem i palcem wskazującym. I już nie przytłacza, raczej budzi zdziwienie. I oczyszczający, zdrowy śmiech.

09:53, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 lipca 2007
Ślepy i głuchy

Wykąpałem się w jeziorze. Skoki do wody sprawiły mi taką przyjemność, jak niezobowiązująca rozmowa z przyjaciółmi. Poczułem się naprawdę dobrze, zrelaksowany, akceptowany, wyciszony. Tego było mi potrzeba. Nie byłem na porządnych wakacjach wiele lat, ale coś takiego naprawdę dobrze mi robi, sprawia, że życie na nowo staje się cenne i wyjątkowe.

Być może pomogła w tym lektura książki Francois Lelorda pt. "Podróże Hektora". Naiwnym językiem i dziecięcą perspektywą (choć bohaterem jest dorosły psychiatra) autor zajmuje się sprawą elementarną: potrzebie, odczuwaniu i poszukiwaniu szczęścia. Kurcze, czy jest ważniejsza sprawa? 

Wyjazd okazał się więc nie tylko przyjemny, ale przede wszystkim pouczający. Na tyle, że pomyślałem o przedłużeniu wakacji o kilka dni i zakomunikowałem to mojej A.

I nagle dowiedziałem się, że chce mnie zostawić. Że ten czas był równie owocny dla jej przemyśleń. Czy zawsze jest tak, że gdy widzę światełko w tunelu, to musi być jadąca z przeciwka lokomotywa, która mnie rozjeżdża?

Pewnie to moja niegramotność, nieuważność, głuchota i ślepota... 

22:02, bekspejs
Link Komentarze (4) »
Fajny wózek

Do zacisznego miejsca, gdzie spędzam krótki urlop, zawitała grupka moich znajomych, wśród nich para z 3-miesięcznym dzieckiem. Jak na takiego malucha dziecko okazało się nad wyraz spokojne, więc wykonuje swoją propagandową robotę - zachęca młodych ludzi do myślenia o dzieciach lepiej, niż jakikolwiek program rządowy.

Przy okazji usłyszałem anegdotę o specyficznym ojcu:

Facet wraca ze spacerku z dzieckiem w wózku.

Żona: Staszek, przecież to nie jest nasze dziecko!

Staszek: No, ale zobacz, jaki wypasiony wózek!

20:12, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2007
Zero tolerancji?

Skończyłem książkę "Made in USA" Sormana i z całym przekonaniem polecam ją każdemu, kto chlubi się postawą antyamerykańską, a także proamerykańską. Niezwykle zwięzła, wyważona i można powiedzieć - alterglobalistyczna. W tym znaczeniu, że nie daje prostych wyjaśnień, łatwych rozwiązań i natychmiastowych recept. A chwilami jest za to bardzo powściągliwa i krytyczna wobec medialnych gwiazd wypowiadających się na temat świata czy Ameryki - takich jak Huntington czy Fukuyama i pozbawiona typowego dla wielu europejczyków zachwytu nad np. Chomskym.

Poniżej kilka myśli, jakie wydają mi się warte zapamiętania:

- Teksas wykonuje 30 egzekucji rocznie - to może być szokująca liczba nawet jak na całe USA. Jednak już w porównaniu do liczby zabójstw wskaźnik jest tam przeciętny. To mogłoby być argumentem za moratorium na wykonywanie kary śmierci, ale jej zwolennicy (miażdżąca większość Amerykanów) już to przerobili. Kara ma być przede wszystkim zadośćuczynieniem dla rodzin skrzywdzonych przez przestępcę. Taki argument ucina dyskusję na temat nawróceń w celach śmierci, kar stosowanych na 17-latkach czy ludziach umysłowo opóźnionych. Ten argument o zadośćuczynieniu w europejskich dyskusjach o karze śmierci jest jakby zamiatany pod dywan. Dominuje strach przed skazaniem niewinnej osoby, wiara w zmianę wewnętrzną, a po stronie przeciwników: ochrona społeczeństwa przed kolejnymi przestępstwami popełnianymi przez zbrodniarza oraz aspekt ekonomiczny - wysoki koszt długotrwałego trzymania w więzieniach zatwardziałych bandytów.

- Argument ekonomiczny w Ameryce właściwie nie ma zastosowania. Jeśli sędzia skazuje przestępcę na karę śmierci, to koszty doprowadzenia skazanego na szafot będą o 2 mln dolarów wyższe, niż przy zasądzeniu i wykonaniu dożywotniej odsiadki. A to z powodu kosztów sądowych - kara śmierci oznacza konieczność forsowania wyroku w kolejnych instancjach, odwołania i czepianie się bystrych prawników organizacji walczących z karą ostateczną. Dlatego taki wyrok musi być ogłoszony w sytuacji znakomitego przygotowania dowodowego i wsparcia przez najlepiej opłacanych prawników. Wypuszczenie przestępcy z braku dowodów po apelacjach to dowód niekompetencji sędziego (nawet w mniejszym stopniu prokuratora!), a sędziowie są w wielu stanach WYBIERANI w wyborach powszechnych!!! Ich nieskuteczność i rozrzutność (np. objawiające się nieprzemyślanym szafowaniem karą ostateczną) doprowadza szybko do utraty stanowiska i załamania kariery! W ten sposób sędzia reprezentuje wyborców, a więc także ich pogląd na karę śmierci. A przy tym dba, by sprawiedliwość kosztowała względnie najtaniej! Nie mogę pozbyć się tu poczucia zazdrości, gdy zestawię to z naszym sądownictwem...

- Przestępczość w Ameryce w ostatnich latach słabnie. Konserwatywni republikanie odpalają ognie sztuczne, wskazując, że to dowód na skuteczność twardej ręki wobec przestępców. Ale prawda jest taka, że spadek liczby przestępstw jest wyraźnie skorelowany ze zmianami demograficznymi - tam, gdzie zmniejsza się liczba nastolatków i 20-latków, tam jest mniej napadów, kradzieży i zabójstw. Tu mamy więc kolejny element - najlepszy skutek w walce ze zbrodnią miało wprowadzenie prawa do aborcji. Niewiele innych zjawisk ma tak silną korelację, jak wolny dostęp do aborcji 18-20 lat temu i spadek przestępstw dziś. Ciekawe, na ile może być to użyteczna lekcja dla nas, Polaków?

- Inna obserwacja: obliczono, że diler narkotykowy zarabia ok. 5 dolarów na godzinę. W chwili, gdy pojawiło się więcej pracy za ciut lepsze pieniądze, liczba przestępstw zaczęła spadać.

- I jeszcze inna, tym razem bardziej gorzka. Policjanci z najgorszych dzielnic najbardziej niebezpiecznych miast wskazują na inną przyczynę spadku przestępczości. Kokaina i crack zostały zastąpione przez heroinę, a ta zamiast pobudzać, otępia i uspokaja. Ludzie z 41 dystryktu policji w nowojorskim Bronksie nie widzą innych przyczyn uspokojenia się sytuacji w ich mieście. A więc nie Giuliani, nie "zero tolerancji", koniec z bajkami o stłuczonej szybie, która tworzy przyzwolenie dla dalszych wykroczeń?

- W Ameryce w więzieniach w każdej chwili siedzi ponad 2 mln ludzi! Ta liczba rośnie mimo spadku liczby przestępstw, odwrotnie do lat 60. i 70., gdy więzienia pustoszały, a przestępczość zaczynała piąć się w górę.

- Podstawowa różnica pomiędzy Europą i Ameryką jest taka: nas obchodzi bardziej ideologia, idea, teoria i zasada rozwiązania problemu. Ich interesuje wyłącznie efekt. Stąd affirmative action, czyli wprowadzenie po latach segregacji pozytywną dyskryminację. Zasada ta, oprócz tego, że była rodzajem zadośćuczynienia dla kolorowych, stała się w istocie również formą dyskryminacji. I to dlatego kwoty rasowe na uczelniach i stanowiskach w administracji zostały zakazane już w 1978 r., 13 lat po ich wprowadzeniu. Dziś praktyka jest podobna - uczelnie starają się zachować strukturę studentów adekwatną do struktury społecznej stanu. Jednak nie mogą tego robić mechanicznie, przyjmując np. Czarnych z gorszymi wynikami, by procenty się zgadzały. Każde wprowadzenie zmiany lepszego ucznia na gorszego, ale o innej rasie, musi być uzasadnione. Podstawowym uzasadnieniem jest różnorodność - obcując w mieszanej grupie młodzi ludzie nauczą się tego i ułatwi im to funkcjonowanie w przyszłości, a także wzajemnie wzbogaci wszystkich - bo różne rasy i narody to różne punkty widzenia, doświadczenia itd. Kazuistyka, ale jednak coś w tym jest.

- Co ciekawe, z affirmative action walczyli sami Czarni! Uważali oni, że specjalne traktowanie mniejszości spowoduje, że ich dyplomy i sukcesy będą traktowane z pobłażaniem (czy to by się udało, gdybyś był biały?). Jeszcze ważniejszym argumentem jest osłabianie ambicji młodzieży, która może wykazywać mniej wysiłków, niż biali rówieśnicy, bo przy zatrudnianiu czy walce o miejsca na uczelniach pracuje za nich sam kolor skóry. I trudno odmówić im racji, choć też indywidualizacja procesu selekcji może ograniczyć wspomniane przez nich problemy.

- Czarni zaczęli bogacić się na muzyce, szczególnie w erze hip-hopu. Jednak to tworzy niebezpieczny precedens, drogę na skróty do sytej średniej klasy. Po co się uczyć, skoro można zostać gangsterm, napisaś o tym piosenkę i do końca życia liczyć profity? Inna tego rodzaju błędna ścieżka to popularność sportów - tam też nie trzeba umieć czytać, wystarczy wysoko skakać. A przecież 30 mln Czarnych nie może zajmować się hip-hopem i skakaniem, tym bardziej, że duża ich część ma nadwagę i drewniane ucho.

Nawiasem mówiąc autor nie przepada za HH czy rapem. Zwraca uwagę na to, że teksty w piosenkach są tam nie tylko odbiciem przemocy, w jakiej żyli ich autorzy, ale też generatorami przemocy w słuchaczach. W tekstach tych kobieta może być albo suką (gdy odmawia), albo kurwą (gdy ulega).

- Kluczem do rozwiązania większości problemów będzie i jest edukacja. Ale trzeba potrafić ją wspierać. Świetnym wynikiem zakończył sie eksperyment w Milwaukee, gdzie wprowadzono bon edukacyjny. Zamiast po prostu zaganiać biedne dzieciaki do kiepskich szkół wręczono każdemu rodzicowi bon wart 6 tys. dolarów, co - jak obliczono - jest kosztem edukowania go przez rok. I każdy mógł wybrać swoja szkołę. Duża część Czarnych i Latynosów migrowała do najlepszych i przeciętnych szkół, pozostawiając koszmarne szkoły z najgorszych dzielnic. Ta migrująca część odnotowała świetną poprawę wyników w nauce, a także niezwykła dyscyplinę. A szkoły publiczne, pozbawione środków i uczniów - zaczęły się zmieniać. Zadziałał rynek. Czy tego nie dałoby się wprowadzić w naszym kraju? Czy tak samo nie można potraktować szpitali i przychodni? Można, ale dla wielu lekarzy i wielu urzędników skończyłby się łatwy chleb...

- Niektóre stany - jak np. Kalifornia - to prawdziwe mutacje szwajcarskiej demokracji bezpośredniej. Wiele spraw pomagają tam rozwiązywać referenda, a niektórzy gubernatorzy kilkakrotnie w czasie kadencji walczyć muszą o popularność, bo referendalnie próbuje się ich usuwać. W pewnym stopniu efektem jest anarchia, ale to nie jedyny skutek. W Kaliforni znacząco spadły podatki i - co ważniejsze - racjonalność wydatków publicznych.

- Obecnie zebranie jednego z 1,5 mln głosów potrzebnych do ogłoszenia referendum, kosztuje tam 2 dolary. Demokracja jest więc systemem kosztownym! Ale dziś jest już internet i otwierają się niezwykłe możliwości. Demokracja bezpośrednia z udziałem sieci komputerowej? Czemu nie?!

16:27, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Sen o przyciąganiu

Od dzieciństwa do wczesnych czasów studenckich rzadko śniły mi się koszmary, ale jak już - to miały właściwie tylko jeden rodzaj. Śniło mi się, że nagle, na uczelni, w retrospekcji w podstawówce, albo po prostu w sklepie, na mieście - orientuję się, że nie mam na sobie ubrania. Dalej zaczyna się ukrywanie, skradanie, próba improwizacji, która zawsze spełza na niczym. Nie potrzeba psychoanalityka, by się domyślać, co to może znaczyć. Cóż, dla osobnika płci męskiej zachowanie twarzy i godności to jedna z ważniejszych potrzeb.

Najwyraźniej jednak schodzi ona ostatnio na drugi plan, bo moje koszmary zmieniły charakter. Od kilku lat w marach pojawia się zjawisko przyciągania. Albo dla czegoś się śpieszę, albo kogoś gonię, albo - najczęściej - przed czymś uciekam. I na początku idzie mi gładko, ale potem jakbym utykał, grzązł w niewidzialnym błocie. Zwalniam, zwalniam, poruszam się coraz wolniej, z coraz większym trudem, aż w końcu zatrzymuję się.

Z całego snu zapamiętuję jedynie to wrażenie rezygnacji. Pewnie dlatego, że ta spowalniająca siła nie pochodzi z zewnątrz, ale od wewnątrz. Jak się tego pozbyć? Może to przypadek, ale koszmar związany z nagością skończył sie, gdy przyzwyczaiłem się do tego, że zasypiam i budzę się nago. Czy przez analogię powinienem zacząć biegać?

12:30, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 lipca 2007
Broń zbyt groźna, by jej użyć

Kilka dni temu skończyłem czytać książkę Jeremy'ego Clarksona pt. "Wiem, że masz duszę". Jestem trochę rozczarowany tym tytułem. Po pierwsze, wygląda jak klasyczne odcinanie kuponów od sławy. Po drugie, mam poważne wątpliwości do merytorycznej zawartości np. lokalizacji zatopienia pancernika Yamato, cen myśliwców w okresie II wojny światowej itd. Po trzecie wreszcie, książka zdaje się być pisana w pośpiechu, bez głębszego namysłu, rozpiętego pomiędzy tematami, o których autor chciałby powiedzieć wiecej, ale konwencja i inne obowiązki mu na to nie pozwoliły. Dziwne wrażenie sprawia choćby dedykacja, która w połowie jest kopią podziękowań z kolejnej strony ("dziękuję moim dzieciom, które przez czas pisania książki nie mogły słuchać Radia One" - może to jest po prostu reklama?)

Z całego tytułu zapamiętam drobne fragmenty, ciekawostki, o których nie wiedziałem, lub pewne oryginalne, dobitne przedstawienia pewnych spraw.

Tak jest np. z pancernikami. Nigdy nie zwróciłem uwagi na to, jak absurdalną stanowiły broń. Pozornie postawienie gigantycznego okrętu z gigantycznymi działami na falach miało sens. Można było niszczyć wroga zanim ten mógł skutecznie zacząć z nami walkę. Ale w praktyce takie pancerne monsta były tak drogie, że stały się bardzo nieliczne i niezwykle cenne dla floty - dlatego zamiast być głównym zębem floty, stały się skarbami, chowanymi jak najgłębiej na zapleczu. W czasie I wojny światowej do wielkiego starcia pancerników angielskich i niemieckich podczas bitwy jutlandzkiej nie doszło dlatego, że obie strony obawiały się konsekwencji utraty choćby jednego z tych potworów. W czasie II wojny światowej polowania na niemieckie i japońskie pancerniki angażowały gigantyczne środki, choć one same - w przeliczeniu na pieniądze i własną siłę - zabiły mniej ludzi i dokonały mniejszych zniszczeń, niż kutry rybackie.

W uproszczeniu więc budowano je właściwie dla celów propagandowych. Ci, którzy zlecali ich konstruowanie, po prostu lepiej się dzięki nim czuli.

Przypomina mi to trochę sprawę z bronią jądrową. Po kilku latach technologicznej przewagi USA, gdy inne kraje zaczęły budować arsenały jądrowe, okazało się, że broń atomowa to taki rodzaj broni, którego nigdy nie można używać. Po prostu koszty atomowego kontrataku były nie do przyjęcia. Była to broń jednorazowa - jej wykorzystanie z dużym prawdopodobieństwem oznaczało zagłądę wszystkich, napastników, obrońców, a nawet neutralnych Eskimosów. Arsenały stały się więc narzędziem propagandy i dumy narodowej (stąd broń w rękach Anglików i Francuzów - którzy nie dostali jej od USA!). Chowanej na zapleczu i nigdy nie używanej.

Trudno się dziwić, że do pancerników mam stosunek bardziej życzliwy niż do bomb A. Oprócz oczywistych przyczyn są także ładniejsze. A przy tym były produktem łatwo poddającym się recyklingowi - i zwykle dość szybko trafiającym na złom.

13:35, bekspejs
Link Komentarze (4) »
Harry Impotter

Niedawno miała miejsce światowa premiera filmu "Harry Potter i Zakon Feniksa". To przypomniało mi, jak przeszło cztery lata temu na zaprzyjaźnionym forum internetowym ogłosiłem minikonkurs na następne tytuły wieloksięgu Rowling. Dotychczasowe wydawały mi się zabawne przez swoje zadęcie i patos, szczególnie przy wyobrażeniu sobie Zakonu Feniksa czy Kamienia Filozoficznego w zestawieniu z 12-latkiem w okularach ze szpiczastym kapeluszem na głowie.

Ponieważ byłem wtedy na świeżo po którymś z filmów Nicka Parka, narzucił się więc:

Harry Potter i Klątwa Kurczaka

Ażeby rozszerzyć target tytułu możnaby zaproponować:

Harry Potter i Lamborghini Diablo GTR

(przy czym Diablo mógłby być tak pomagierem, jak i przeciwnikiem czarusia)

Idąc tym tropem pojawi się:

Harry Potter i Magiczny Interfejs

A w końcu - flagowy okręt serii:

Harry Potter i Zaczarowany Obrzyn

(z podtytułem Brudny Harry)

Wreszcie, skoro spiskowe teorie sprzedają się tak znakomicie, nie można pominąć tytułu:

Harry Potter i Protokoły Mędrców Syjonu

A ponieważ chłopcy staja się mężczyznami, pojawił się

Harry Potter i Stodoła Tanich Rozkoszy

Z postępem wieku głównego bohatera, autorki i czytelników musi pojawić się wreszcie:

Harry Potter i Czarownica Demencja

No i w grand finale:

Harry Impotter

(który zamyka cykl, bo na impotencję intelektualną nie wynaleziono jeszcze viagry)

13:00, bekspejs
Link Komentarze (29) »
Plastik jest trendy

Kiedy ostatni raz odwiedzałem mall, towarzysząc mojej ukochanej zwiedziłem sobie część hipermarketu, w której sprzedawano kosmetyki. W oczy rzuciły mi się trzy reklamy: na jednej Penelope Cruz miała groteskowo przerysowany makijaż - z większej odległości przypominający coś pomiędzy clownem i porcelanową lalką z XIX wieku.

Na drugiej Claudia Schiffer (której urodę postrzegam jako teutońsko-końską) dzięki wizażyście wyglądała tak plastikowo i nijako, jakby ktoś starał się pozbawić jej jakiegokolwiek indywidualnego charakteru i żywotności. Na trzeciej Scarlett Johansson - której twarz uwarzam za względnie pospolitą - pokryto kosmetykami, które tą średniość i nijakość wyekstrahowały, podkreśliły.

Nie wiem, czy to jakoś nowy trend, czy po prostu tego nie zauważałem, ale takie reklamy są dla mnie apoteozą sztuczności. Nie maskowania defektów urody, uwydatniania atrakcyjniejszych partii twarzy i ciała w procesie godów, który dla homo sapiens trwa właściwie od dojrzałości do śmierci - ale właśnie pozbawiania widocznej witalności, autentyczności i CIELESNOŚCI.

To banalne, ale mimo wszystko wolę ciało z jego różnorodnością i niedoskonałościami niż perfekcyjny, homogeniczny plastik. Niestety, przestrzeń publiczną zawłaszczyła odmienna wizja człowieka i piękna.

Ciekawe, czy przestrzeń publiczna mogłaby stać się bardziej demokratyczna niż kapitalistyczno-ideologiczna?

12:16, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Made in USA

Czytam właśnie kolejną książkę Guy Sormana - tym razem skoncentrowaną na fenomenie kultury i cywilizacji amerykańskiej. Autor porządkuje różne spojrzenia i fakty, zestawia je i dokonuje syntez. Co do większości informacji nie są to dla mnie sprawy nowe, ale zawsze mogę się dowiedzieć czegoś ciekawego.

Do takich ciekawostek oraz głównych myśli zaliczyłbym:

- Nieprzypadkowo to właśnie zespół Village People stworzył piosenkę "YMCA". W latach 60. noclegownie tego chrześcijańskiego stowarzyszenia stały się najlepszym najlepszym punktem polowań amerykańskich homoseksualistów.

- System numeracji ulic przecinających się pod kątem prostym był świetny dla nowych imigrantów, którzy mniej błądzili w amerykańskich miastach, szybciej wsiąkali w amerykański sen.

- Społeczeństwo amerykańskie, choć różnicujące się na poziomie dochodów, jest najbardziej zegalitaryzowane na poziomie idei oraz marzeń, ambicji. Rozróżnienie na tym polu jest niewielkie - to wybór pomiędzy fordami T a autami GM, podobnymi, ale jednak odrobinkę się różniącymi.

- Socjalizm nie wykształcił się w Ameryce prawdopodobnie dlatego, że brak było silnych, dominujących elit podobnych do tych w Europie (arystokracja, wysocy urzędnicy, duchowieństwo), które wziełyby na siebie wielką odpowiedzialność i obowiązki, w zamian za utrzymanie swojej uprzywilejowanej pozycji. W Europie od państwa oczekuje się wszystkiego, w Ameryce - niczego, bo to każda jednostka ma walczyć o swoje.

- Na amerykańskiej scenie politycznej nie ma miejsca na kompromis. Demokraci i Republikanie w wielu sprawach - bardziej natury ideologicznej niż praktycznego utrzymywania porządku i wspierania rozwoju - są tak nieprzejednani, tak zasadniczy, że możliwy jest tylko konflikt.

- Pierwszy mall powstał w Minneapolis w 1954. Mall to pseudomiasto, ze sztucznymi ulicami i sztucznym klimatem.

- Choć 85 proc. gospodarstw domowych w Ameryce ma dostęp do kablówki, a większość jej użytkowników nie zdaje sobie sprawy, który kanał jest właśnie udostępniony przez kabel, a który przez fale radiowe, to formalnie między tymi telewizjami istnieje wyraźny podział. Tv niekablowe mają przestrzegać surowego reżimu cenzury obyczajowej. Dlatego wypadek z cyckiem Jackson podczas Superbowl był tak szokujący - przekroczono niewidzialną granicę. Nie chodziło tu o pierś jako taką, bo na innych kanałach kablowych o wcześniejszej godzinie można było zobaczyć o wiele więcej. Co ciekawe, Amerykanów nie oburzają niemal nagie cheerliderki, wypinające co tylko mogą do kamer - to jest bowiem częścią spektaklu. Tradycji nie da się ogarnąć logiką.

- Geje walcząc o prawa do małżeństw posługują się argumentami i autorytetem Martina Luthera Kinga. Środowiska Czarnych protestują przeciw takiemu zawłaszczaniu - ale cóż mogą począć?

- Gdyby wielcy ludzie oświecenia pojawili się nagle w naszych czasach, to najlepiej czuliby się w amerykańskich ośrodkach uniwersyteckich - z ich sposobem działania, strukturą, a nawet architekturą.

- Amerykańskie sporty ewoluują. Najpierw dominował baseball - sport wieśniaków, machających kijami i biegających po łące, sport w którym nie liczy się czas. Potem organizacja społeczna i uniformizacja narzucona przez modernizację i kapitalizm wypromowała futbol amerykański - brutalna siła, zespołowa praca. W końcu na szczycie znalazła się koszykówka - indywidualizm, zmiksowany z pracą drużynową, technika równie ważna co siła. Być może całkowite odejście od zbiorowych widowisk sportowych na rzecz zindywidualizowanego wysiłku osobistego każdego Amerykanina - trzeba bowiem dbać o ciało, a więc biegać i ćwiczyć na siłowni lub w klubie fitness.

- Indianom przylepiono łatkę pasących się na otwieranych w rezerwatach kasynach. Tymczasem są tylko figurantami dla przedsiębiorców z Vegas i Atlantic City. Los Indian pozostał nędzny, bo zyski nie trafiają do nich, tylko do baronów hazardu.

- Amerykanie jako pierwsi zarzucili karę śmierci - niektóre stany jeszcze w latach 30. XIX wieku! Powrót do kary śmierci nastąpił w latach 70. i 80. - na fali konserwatywnej rewolucji

- Michael Moore w swoim paradokumencie "Zabawy z bronią" pominął zupełnie fakt istnienia Kennesaw, jedynego miasta na świecie, gdzie posiadanie broni jest OBOWIĄZKOWE. Jest to miasto wyjątkowo spokojne i bezpieczne, jednak Sorman zwraca uwagę na jego szczególne położenie i specyfikę, oraz fakt, że w praktyce trudno ocenić, ilu mieszkańców dostosowało się do tego obowiązku. Co ciekawe, ani przeciwnicy swobodnego dostępu do broni, ani zwolennicy - nie wykorzystują przykładu Kennesaw. Trochę jest on rozmyty - to fakt. Ale chyba bardziej chodzi o spór w ideach i zasadach, niż w faktach i dowodach. To podobnie jak z dyskusją o karze śmierci - do racjonalnych argumentów na forum amerykańskim zalicza się tak to, że o karze ostatecznej pisze się w Biblii, jak i to, że Chrystus nakazywał kochać każdego bliźniego.

- USA - jedno z najbogatszych państw świata - od lat spiera się, jak zwalczać biedę... u siebie - i tego dotyczy duża część batalii ideologicznej pomiędzy demokratami i republikanami. W tym sporze bardzo ważne są książki intelektualistów - wbrew opinii na temat Ameryki, kraju kultury obrazkowej.

- Ritalina, prozac i viagra pożerane są w Ameryce tak, jak nigdzie w świecie. Amerykanin ma być bowiem uśmiechnięty, aktywny, pracowity, efektywny, szczęśliwy i sprawny.

- Dla Amerykanina nie do pomyślenia jest, by jakiś kościół - nawet na cele kulturalne - otrzymał wsparcie rządowe. Spływające pieniądze od wiernych jest dowodem łaski bożej?

- Kapitol w Waszyngtonie - wzorowany na Agorze greckich państw-miast - jest polem ideologicznej bitwy. Np, Na cokole Jeffersona cytaty dobrano tak, by nie budzić wątpliwości w religijność i konserwatyzm założyciela niepodległego państwa amerykańskiego. Tymczasem był on deistą i zdecydowanym zwolennikiem całkowitego i wyraźnego oddzielania państwa i religii.

- Jedyny kościół, jaki traci wiernych w Ameryce, to kościół katolicki. Religijność Amerykanów, oparta na wewnętrznym przeżywaniu religii, indywidualiźmie poszczególnych kongregacji i charyźmie pastorów, stopniowo wygrywa z jednolitością, celebrą i hierarchią rodem z czasów feudalnych. Katolicy tracą też grunt w Ameryce Łacińskiej, także dlatego, że do nawróceń kościoły amerykańskie używają ogromnych środków finansowych.

09:35, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 lipca 2007
Podsłuchana rozmowa

Ona: Moi rodzice bardzo cię polubili.

On: Ojciec tak, ale twoja matka ciągle czeka na zięcia z bajki na białym koniu...

17:42, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Tango nad jeziorem

Scena: wąski pasek plaży nad jeziorem, słońce wysoko praży niemiłosiernie.

Osoby: Matka, Ojciec, Dziecko, Plażowiczka.

Wszystkie wypowiedzi danej osoby powtarzają się w równych odstępach czasu.

Ojciec (do Dziecka, beznamiętnie): Natychmiast wyłaź z wody!
O (do Dz): Natychmiast wyłaź z wody!
O (do Dz): Natychmiast wyłaź z wody!
O (do Dz): Natychmiast wyłaź z wody!
Matka (do Dz, leniwie): Jeszcze najwyżej minutkę.
O (do Dz): Natychmiast wyłaź z wody!
M (do Dz): Jeszcze najwyżej minutkę.
O (do Dz): Natychmiast wyłaź z wody!
M (do Dz): Jeszcze najwyżej minutkę.
Dziecko (do M i O, piskliwie): Zobaczcie, gram na orkiestrze!
O (do Dz): Natychmiast wyłaź z wody!
M (do Dz): Jeszcze najwyżej minutkę.
Dz (do M i O): Zobaczcie, gram na orkiestrze!
O (do Dz): Natychmiast wyłaź z wody!
M (do Dz): Jeszcze najwyżej minutkę.
Dz (do M i O): Zobaczcie, gram na orkiestrze!
O (do Dz): Natychmiast wyłaź z wody!
M (do Dz): Jeszcze najwyżej minutkę.
Dz (do M i O): Zobaczcie, gram na orkiestrze!
Plażowiczka (do siebie, z westchnieniem): Ja zwariuję...
O (do Dz): Natychmiast wyłaź z wody!
M (do Dz): Jeszcze najwyżej minutkę.
Dz (do M i O): Zobaczcie, gram na orkiestrze!
P (do siebie): Ja zwariuję...
O (do Dz): Natychmiast wyłaź z wody!
M (do Dz): Jeszcze najwyżej minutkę.
Dz (do M i O): Zobaczcie, gram na orkiestrze!
P (do siebie): Ja zwariuję...

Scena trwała około 20 minut i zupełnie mnie przekonała, że wypowiadanie słów może być zredukowane do wyłącznie funkcji rytualnej. Aktorzy mogliby być całkowicie głuchoniemi – reagują na pozostałych uczestników sceny jedynie na zasadzie odpowiedniego miejsca w sekwencji.

Byłem uderzony tym, że całe zdarzenie wyglądało jak "Tango" Rybczyńskiego. Tylko było bardziej zabawne, a jednocześnie bardziej przygnębiające niż ten film.

17:14, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
statystyka