Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
piątek, 20 czerwca 2008
Nie finance, tylko fiance

Najpierw było wybieranie pierścionka. Jeden się podobał, ale był trochę niepraktyczny, taki od święta. Inny był nie tak ostentacyjny, skromniejszy, ale też piękny i gustowny, a do tego do noszenia na codzień, co przeważyło szalę.
I zaczęło się czekanie. Bo dzień musi być odpowiedni, a tu ciągle jak nie urok, to sraczka, przemarsz wojsk, a na dodatek "Wiedźmin". Zrobiło się nerwowo, aż w końcu nadszedł wybuch. Bo im bardziej A wpatrywała się we mnie wyczekująco, tym bardziej był to dla mnie sygnał, że moment nie jest odpowiedni - bo gdzie tu niespodzianka?

No i się pokłóciliśmy. Ale tak na maksa. Z wrzaskami i płaczem. Przy okazji wyjaśniliśmy sobie parę spraw. Ja zrozumiałem, że moja A nie stawia niespodzianki ponad wszystko, że idealny moment może nigdy nie nastąpić i nie wykluczone, że moja kawalerska dusza szukała zawsze dziury w całym. Moja A pojęła, że nie rozmyśliłem się, że mi zależy, a tylko nie bardzo wiem, jak się do tego zabrać, bo we wcześniejszych rozmowach zmarnowaliśmy potencjalne opcje niespodziankowych oświadczyn (odpadło miejsce gdzie się poznaliśmy, miejsce pierwszego wspólnego mieszkania itd.- gdybym ją tam zaczął ciągnąć, to od razu byłoby wiadomo po co...).

Atmosfera się oczyściła, jak to po burzy. Zaręczyny odłożyliśmy na święte Nigdy, może na za rok, tak by podejść do tematu na świeżo. Minął dzień, kolejny dzień pełen pracy, drobnych upierdliwości, bólów głowy, wkurzającej pogody i zgagi po ostatnim meczu Polaków w Euro.

I nagle wczoraj doszedłem do wniosku, że skoro nie usłyszę wielkiego dzwonu, a A nie stanie w świetle poranka z bollywoodzko rozwianym włosem, to każdy dzień może być odpowiedni, by wyrazić uczucia. Więc zanim A wróciła z pracy przebrałem się w garnitur, krawat, kupiłem pięć wielkich czerwonych róż. I się oświadczyłem.

Oświadczyny zostały przyjęte. A troszeczkę popłakała (więcej płakała dwa dni wcześniej, dzięki czemu nie miała dość rezerw, by porządnie się rozmazać). A potem była niespodzianka, bo kupiłem oba pierścionki. Ten na co dzień, z diamentami i ten ładny z szafirem, trochę niepraktyczny, bo pasujący raczej na eleganckie wyjście na raut lub bal. Moja narzeczona nie jest pierścionkowa – ale zasługuje na coś wyjątkowego. I choć nie było wspólnego spaceru po Placu Czerwonym, kolacji we francuskiej restauracji, to pozostanie jej pamiątka tego, że traktuję ją wyjątkowo i chcę spełniać jej marzenia.

Od wczoraj możecie mi mówić: fiance. Nie finance, tylko fiance.

PS Ten szafir jest chyba krzywo zeszlifowany – idziemy do jubilera :)
PPS Ślub chyba na wiosnę. Ale z nami nigdy nic nie wiadomo.

12:27, bekspejs
Link Komentarze (6) »
niedziela, 15 czerwca 2008
A dla tych, którzy wolą taniec...

... lub chociaż się pośmiać.

 

08:44, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Piłka jest śmieszna

Jak nie wierzycie, to zobaczcie, jak fajnie inspiruje twórców reklam:

08:40, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Faryzejski patriotyzm

W ostatnich wielkich imprezach piłkarskich powtarza się następująca kolejność spotkań:

1. Mecz otwarcia 

2. Mecz o wszystko

3. Mecz o honor

Tym razem winy za niepowodzenie nie zwalamy na Edytę Górniak śpiewającą hymn, ale na trenera (skądinąd skutecznego biorąc pod uwagę to, z kim i w jakich warunkach musi pracować) oraz sędziego, który był stronniczy i w ramach tej stronniczości zaliczył nam np. bramkę strzeloną ze spalonego. Generalnie obciach: mimo propagandy, polska reprezentacja pozostaje słaba i gra archaiczny, dość brzydki futbol, w którym awans do następnej fazy rozgrywek stale zależy raczej od szczęścia niż wysiłków piłkarzy.

Ale to nie przeszkadza nam bawić się w powierzchowny patriotyzm na pokaz przy każdej następnej okazji wielkiego piłkarskiego święta. Nie stać nas nawet na to, by w ramach narodowej dumy masowo odpuścić sobie Coca-Colę i pić Hoop Colę, tak jak Czesi generalnie wolą Kofolę od produktu made in USA.

A propos - A i ja zrobiliśmy ostatnio imprezkę dla znajomych, na której odbyły się ślepe testy różnych gatunków koli. I Hoop Cola znalazła się u 7 osób na 8 badanych w pierwszej trójce najwyżej ocenianych. Generalnie skład tej trójki był często różny, a niemal u wszystkich Pepsi wypadła lepiej niż Coca-Cola, zaś napoje słodzone cukrem smakowały lepiej niż te słodzone sztucznie. No i po spróbowaniu 6-7 gatunków wszystko zaczynało się nam mieszać, a po całym eksperymencie wszystkich nieźle mdliło...

Po imprezie został nam tuzin napoczętych butelek z napojem gazowanym, które w odruchu oszczędności opróżniałem przez ponad tydzień i potem długo nie mogłem patrzyć na brązowe ciecze z bąbelkami. Ale jak mi ładnie odrdzewiło jelita, hoho!

07:57, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 czerwca 2008
Dajcie spokój Niemcom!

Jutro mecz z Austrią, a dziennikarze dalej masturbują się faktem, że to Polacy strzelali nam bramki (Podolski, Klose) w Klagenfurcie w meczu z Niemcami. Takie samobóje niby. A Podolski miał łzy w oczach jak strzelał.

Ludzie, dajcie spokój - ich rodzice wyjechali stąd, bo czuli się Niemcami i/lub w Niemczech widzieli dla siebie lepszą przyszłość. A synowie piłkarsko utalentowani zgodzili się z tym wyborem ojczyzny. I bardzo dobrze - przy naszym braku boisk, kasy na szkółki piłkarskie, przy nędznej i skorumpowanej lidze chłopaki dawno zajęłyby się czymś innym niż latanie za piłką w krótkich spodenkach. Taka jest smutna prawda.

Za to jak ktoś chce zostać Polakiem i grać u nas w piłkę (przynajmniej przez jakiś czas), to zaraz wielkie larum, że nawet nie umie po polsku gadać. W ogóle po cholerę nam ten narodowy sport? Po co te flagi, hymny? Czy coś dobrego z tego wynika oprócz wzrostu sprzedaży piwa? Wątpię.

Na balkonie wywieszam więc flagę Tybetu. 

15:11, bekspejs
Link Komentarze (3) »
niedziela, 08 czerwca 2008
Francuska choroba

Znowu wybrałem się do Paryża na parę godzin. Tym razem miałem być ofiarą indoktrynacji firmy z sektora IT, na szczęście nie ze strony jakiegoś quasimonopolisty. Wręcz przeciwnie - zaprosiła mnie firma, która z takim quasimonopolem próbuje walczyć. Więc pranie mózgu przeszło prawie bezboleśnie, wręcz niezauważalnie.

Za to wspomnienia z samej wycieczki mam - delikatnie mówiąc - takie sobie. Sam Paryż może nie był taki najgorszy - pomijając aroganckich taksówkarzy, głupie windy* i obiad, na który czekałem godzinami - na przystawki godzinkę, na danie główne 1,5 godziny (deser - jak się można domyśleć - darowałem sobie z paniką myśląc o czasie oczekiwania na rachunek).

Ale organizacja wyjazdu była groteskowa. Materiały backgroundowe dostałem 2 dni przed imprezą. O terminie wylotu dowiedziałem się 4 godziny przed nim (3 przed godziną checkinu).  Z lotniska odebrał mnie kierowca, który nie wiedział, dokąd ma mnie zabrać. W dzień imprezy nie było porządnego śniadania, ani obiadu następnego dnia (w dzień przylotu był ten nieszczęsny obiad we włoskiej restauracji z godzinowym czekaniem). A potem z obłędem w oczach wracałem taksówką za własną kasę, bo coś pokpili z godzinami odlotu. Nerwy, irytacja, żołądek zaciśnięty ze stresu.

Pieprzę taki Paryż.

A najśmieszniejsza była odpowiedź na moje pytanie "Dlaczego właściwie tą imprę organizujecie w Paryżu", zadane szefowej marketingu, która - tak jak cała załoga gospodarzy musiała przyjechać do Paryża z Londynu.

- Nie mam bladego pojęcia. Mój szef tak wymyślił.

-

Jedyny plus był taki, że pogadałem trochę moim bełkotliwym angielskim i poznałem paru śmiesznych dziennikarzy - Dhawbadaprata i Joe z Londynu oraz Nila z Tel-Awiwu. Każdy na swój sposób był sympatyczny, pomocny, życzliwy, a przy tym bystry i niegłupi.

Jednak Paryżowi mówię moje stanowcze NIE. Chyba, że pojadę tam z A, na tydzień i bez ustalonego planu wycieczki.

* Windy w moim hotelu zamiast guzików w kabinach miały numerki z piętrami do wciskania na korytarzu. Jak ktoś chce z piątego piętra pojechać na trzecie to wciska guzik z trójką i wyświetla mu się numer windy, na którą ma czekać. A potem pokornie do niej wsiada i liczy, że winda zawiezie go tam, gdzie trzeba. To oznacza, że gdy wracasz z kolegą do hotelu, nie jedziecie sobie windą, dalej gawędząc, tylko żegnacie się przy windzie - no chyba, że kierujecie się na to samo piętro... Francuskie porządki.

19:23, bekspejs
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 czerwca 2008
Jutro i pojutrze

Jutro mam jechać do Paryża, przeprowadzać wywiad z wiceprezesem firmy AMD (producent procesorów, jedyny konkurent Intela). Ale do tej pory nie wiem, kiedy lecę i jakim samolotem. Fajnie, co? Jak do dziesiątej nie dostanę kompletu informacji, to umawiam się na spotkania z ludkami na jutro i pojutrze, kładąc laskę na wyjazd. Paryż, Paryż, też mi coś.

Tak czy inaczej, za kilka tygodni mam jeszcze coś ciekawszego w kalendarzu - odbieram u jubilera pierścionek. Tak, ten pierścionek. Bardzo ładny.

Martwię się tylko, bo jak tu zorganizować niespodziankę i niezapomniany wieczór pod ten pierścionek? Jestem zbyt transparentny dla A - zagląda mi na konto, wyczuwa zawsze o czym myślę, czym się martwię, co knuję. Ratunku!

21:32, bekspejs
Link Komentarze (5) »
Kochamy polskie seriale

Tytuł postu traktuję jako chołd dla Radkowieckiego i jego bloga, z którego dowiedziałem się o kilku naprawdę ciekawych serialach z zagranicznych, głównie amerykańskich, telewizji.

Dzięki Zsypowi (nazwa bloga) dowiedziałem się o serialach: "Dexter", "My name is Earl", "Over there",  "Robot Chicken", "Weeds", "Ripper".

"Dextera" uważam za najlepszy serial, jaki widziałem w życiu - pod względem scenariusza, gry, montażu. Cacuszko, ale już o nim pisałem. Podobnie o Earlu, który właśnie kończy przygody w czwartym sezonie, nieco tracąc wigor i świeżość.

"Over there" to jeden z najlepszych serialów wojennych - opowiada o żołnierzach w Iraku. Gorzki, brudny, smutny i prawdziwy oraz w sumie antyamerykański. Warto się skusić, jak lubi się takie klimaty. 

"Robot Chicken" to animacja kukiełkowa. Dziwaczna, skupiona na parodiowaniu i przetwarzaniu tego, co można zobaczyć na setkach kanałów amerykańskiej telewizji - czyli popkulturze, faryzeizmie, pragnieniu sławy za wszelką cenę. Do tego sporo absurdu i czasem błyskotliwa myśl. Generalnie jest to dość męczący produkt dla kogoś, kto nie czyta płynnie całego amerykańskiego kodu, ale i tak polecam odcinek specjalny "Star Wars". Jest tam kilka naprawdę cudnych perełek.

Do "Weeds" przekonywałem się kilka odcinków, a potem bardzo go polubiłem. Historia jest o wdowie wychowującej dwóch synów w podmiejskiej, dość zamożnej dzielnicy w której wszyscy udają pobożnych i pożądnych, a dupczą się na lewo i prawo, gardzą bliźnimi, a do tego odużają się czym popadnie. Z braku innych pomysłów na utrzymanie, mamuśka zaczyna handlować marihuaną - i w kolejnych odcinkach coraz głębiej poznaje rynek, poszerza teren, dołącza kolejne elementy łańcucha dystrybucji. A to wszystko walcząc ze starszym synem, który co raz zakochuje się nieszczęśliwie i próbując ułożyć w głowie młodszemu, który przedwcześnie dojrzewa. Na dokładkę jest jeszcze jej szwagier, niebieski ptak, który trochę we wszystkim pomaga, ale więcej przeszkadza. No i cała gama barwnych postaci. Naprawdę miły serial familijny, ale raczej dla familii bez dzieci, bo bywa pikantny...

"Żniwiarz" opowiada o nastolatku, którego duszę rodzice sprzedają diabłu. Proste i szczere. W zamian za nią kupili zdrowie (byli w dramatycznej sytuacji), ale teraz chłopak musi spełniać polecenia naprawdę demonicznego szefa. Generalnie musi zbierać dusze, które prysnęły z piekła - za każdym razem za pomocą innego sposobu, improwizując, ale mogąc liczyć na pomoc kumpli. Przyjemne i zabawne, a przy tym pomysłowe.

"Battlestar Galactica" to kolejny serial, jaki za sprawą Radkowieckiego mam na celowniku. Za to nie przekonałem się do drewnianej gry, ciągnącej się jak spagetti akcji i małego realizmu sytuacyjnego "Jericho", wtórności wobec Simpsonów, jaka charakteryzuje serial "Family Guy" oraz tandety, jaka przebija z "Torchwood".

W sumie seriale podpowiadają mi znajomi i rodzina. Od rodzicielki wiem o "Doktorze Housie" - który jest dla mnie serialem numer 2 wszechczasów (po "Dexterze"). Simpsonów zacząłem oglądać za sprawą S, a CSI dzięki M. Jakby się nad tym zastanowić, to samodzielnie eksplorowałem jedynie "Numb3rs" (taki sobie - naiwny i bzdurny częściej niż ciekawy) i "Rome" (superfajny serial historyczny - polecam!).

Hmmm, jakby się zastanowić, to mam takie tygodnie, gdy nic tylko oglądam seriale - jak większość moich rodaków. I mam z tego kupę frajdy. Ale nie namawiajcie mnie na "M jak miłość" - proszę...

21:21, bekspejs
Link Komentarze (1) »
Cywilizacja

Obrastamy w dobra doczesne, celując w najnowsze osiągnięcia cywilizacji.

Po pierwsze - moja A kupiła nowego laptopa i mogę teraz sobie na nim pisać, gdy ona gra w "Wiedźmina" na mojej biurkowej maszynie. Zacna gra swoją drogą - noszę się z zamiarem kupna (gram na egzemplarzu pożyczonym od życzliwego kolegi). Trzeba wspierać udane polskie produkty. A ten jest wyjątkowy - robi wrażenie, bo autorzy uchwycili klimat sapkowskiej powieści. A szczególnie specyficzny, rubaszny humor.

Poza tym mamy też router radiowy i z laptopem można się szwendać po domu bez tradycyjnych zawodów w przeciąganie kabla. Dodajcie sobie jeszcze mysz bezkablową i macie obraz sytuacji - praca bez kabla (mysz sprawdza się o wiele lepiej niż touchpad).

Z dobrobytów chłodzę się teraz przy klimie. Nie stać mnie na samochód, ale na przyjemny chłodek tak. Mały pokoik, w jakim spędzam większość doby, można schłodzić w pół godziny i lato mi nie straszne.

No i czasowo wzbogaciliśmy się o psa - Dropa, z wyglądu spaniela. Fajowy chłopak z niego - w nocy nas nie budzi, nie niszczy mebli, nie sika po podłodze. Za to cieszy się z naszej obecności, powrotów do domu, ciągnie nas na spacery i UWIELBIA przynosić piłeczkę. Godzinami po nią biegać i przynosić. Bez końca. Piłeczka to sens jego życia.

Wczoraj wybraliśmy się z przyjaciółmi do parku pograć w boule i Carcassonne - Drop skorzystał z chwili nieuwagi i pobiegł zabrać piłeczkę innym ludziom. Ci rzucali ją sobie, a on latał jak głupi. Cóż, nie ma istot bez wad*.

* Nawiasem mówiąc pies jest nieco wybrakowany - brakuje mu jednego jądra. Nie wiem dlaczego, ale rodzina A, od której dostaliśmy psa na przechowanie, ciągle podkreśla ten fakt...

20:08, bekspejs
Link Komentarze (3) »
statystyka