Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
środa, 23 kwietnia 2008
Nie tylko ja wydaję nieprzystojne dźwięki...

... niektórzy jednak osiągnęli w tej dziedzinie poziom sztuki:

http://volleys.com.au/tvc/ 

PS Pozdrowienia dla W, który znalazł tą piękną stronę!
10:35, bekspejs
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 kwietnia 2008
Starcie
Kolejne spóźnienia z płatnościami i nonszalanckie traktowanie tej sprawy doprowadziły moich kolegów z pracy do szewskiej pasji. Postanowili walczyć o swoje do ostatniej kropli krwi. To źle rokuje – prezes nie toleruje tak ostrego przeciwstawiania się jego mętnym praktykom. Konflikt stanowi bardzo poważne zagrożenie dla mojego czasopisma.
Albo ulegnie prezes i praca stanie się czystą przyjemnością (no, może nie do końca, ale będę bliżej tego błogostanu niż kiedykolwiek). Albo zrobi coś radykalnego: wywali cały zespół, zamknie gazetę, zmieni ją w pismo dla działkowców. A może wszystko rozejdzie się po kościach?

Lubię tych ludzi, piszę na ciekawe tematy (najczęściej), nieźle mi płacą (choć z poślizgiem). Żeby choć ten jeden raz chimeryczny prezes zachował odrobinę zdrowego rozsądku…
22:32, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Testuję nowe technologie
Czasem fajnie być dziennikarzem. Np. wtedy, gdy pijarowcy próbują się jakoś przypochlebić i przygotowują prezenty na konferencjach. Czasem jest to coś ciekawszego, niż filiżanka lub parasol z firmowym nadrukiem. Testuję właśnie – w ramach dziennikarskiej promocji – dwa rozwiązania technologiczne, które niebawem mogą stać się czymś zwyczajnym.
Pierwszym jest telefonia w technologii VoIP, czyli mam aparat stacjonarny podpięty pod kartę sieciową komputera i gadam za darmo. Na razie widzę więcej minusów niż plusów: aby rozmowa przez ten telefon miała sens, nie mogę mieć przeciążonego łącza (a przeważnie mam). Poza tym irytujące jest pewne opóźnienie, z jakim słychać mnie w aparacie osoby, z jaką rozmawiam.
Ciekawsza jest telewizja w komórce. Działa na razie tylko testowo, w szeroko pojętym centrum stolicy i nie jest jeszcze dostępna w płatnych usługach telekomów. Po co oglądać TV na ekranie 4x3 cm? A tu właśnie okazuje się, że te godziny spędzane przed telewizorem to w istocie godziny słuchania niż oglądania. A dźwięk w komórkowej telewizji jest lepszy, niż w tradycyjnym telewizorze. Poza tym taka osoba jak ja ogląda programy informacyjne, no – czasem jakąś publicystykę lub mecz. Czy do tego istotnie potrzeba większego ekranu? Bez przesady.

Jestem pewien, że TV w komórce stanie się za kilka lat standardem. I te tłumy zombie z bezmyślnym wzrokiem i słuchawkami w uszach będą miały gdzie się gapić – w mały, kolorowy ekranik. A średni czas spędzany z telewizorem wydłuży się do 16 godzin na dobę.

Z drugiej strony – spece od VoIP zaczynają wdrażać także inne usługi dostępne przez łącza szerokopasmowe. Pojawia się już telewizja cyfrowa, której rozwinięciem już za kilka lat będzie program zestawiany na życzenie i pozbawiony reklam. Rzeczywistością każdego telewidza stanie się swobodne przewijanie i zatrzymywanie programów, bo wszystko, co leci, będzie na bieżąco nagrywane na dysku dekodera i dopiero z dysku oglądane na ekranie.
Telewizja na okrągło, telewizja bez reklam, programy do wyboru, dzwonienie za prawie darmo… Jak to zmieni naszą kulturę, jak to zmieni nas samych?
19:34, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Zdrowie jest najważniejsze
Ponieważ napisałem swoje teksty i miałem więcej czasu, postanowiłem nadrobić zaległości i wybrać się do lekarza. Raz, bo kolano ciągle dziwnie się zachowuje. Dwa, bo budzę Nuszkę moim kaszlem i straszę ludzi chrypą. Sprawy ciągną się za mną już dłuższy czas (wystarczy sprawdzić wpisy poniżej), więc trzeba było się tym zająć.

Moja przychodnia to jednak przychodnia, do jakiej zapisałem się w poprzednim mieszkaniu. Trzeba było się pofatygować na Bielany. Więc autobus pierwszy: 20 minut czekania. Przesiadka i kolejne 20 minut sterczenia na przystanku. No i jeszcze kilometr dojść. Na miejscu byłem spóźniony na umówioną wizytę chyba godzinę, ale za to nie musiałem stać w długiej kolejce emerytów. Szybkie badanie (płuca ok, a kolano trzeba obejrzeć pod usg) i mogłem wracać. Wypisałem się z tej przychodni, by móc znaleźć jakąś bliżej. No i jeszcze raz ten sam scenariusz, czyli mój autobus ucieka mi sprzed nosa, a potem czekam 20 minut, choć zgodnie z rozkładem autobusy powinny jeździć co 10 minut.

Wyprawa zajęła mi 3 godziny. Powinienem być zmęczony i wściekły. Ale nie byłem. A to dlatego, że moje leki działają i takie rzeczy przestały mnie irytować (w każdym razie – o wiele mniej niż wcześniej). Poza tym przeczytałem dwie zaległe „Polityki” – więc nie miałem poczucia totalnie zmarnowanego czasu.
Ale ważniejsze jest to, że moja A odstawiła tabletki antykoncepcyjne (bo musi zrobić przerwę). Nagle się okazało, że jej złe nastroje, wkurzenie, niezaspokojony głód bliskości (przytulaj mnie ciągle i niczym innym się nie zajmuj) i wieczne narzekanie są efektem ubocznym hormonów, jakie sobie aplikowała. Nagle między nami zapanowała harmonia, świetnie nam jest być razem, ustępujemy sobie w sytuacjach sporów, no po prostu jest idealnie.
Kurcze, wystarczy, że w środku wszystko działa jak należy i od razu chce się czytać, pisać, kochać, zwiedzać, spotykać z ludźmi, a życie nie przybija tak monotonią. Życie jest piękne. Zdrowie jest ważne.
19:17, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 kwietnia 2008
12 najgłupszych wypowiedzi gwiazd

Znalazłem na stronie The Sun, więc się podzielę:

Linda Evangelista: Nie odchudzam się i nie stosuję diety. Po prostu jem mniej niż mam na to ochotę.

Christina Aguilera: Gdzie w tym roku odbędzie się Festiwal Filmowy w Cannes?

Britney Spears: Byłam wiele razy za granicą, za oceanem. Na przykład w Kanadzie.

Greg Norman (taki golfista): Wiele zawdzięczam moim rodzicom, szczególnie mamie i tacie.

Don King: Mówi po angielsku, hiszpańsku, a do tego jest dwujęzyczny!

Jessica Simpson: Nie jestem anorektyczką. Pochodzę z Teksasu – czy w Teksasie jest choćby jeden anorektyk? Ja o żadnym nie słyszałam. I to nawet, gdy wliczymy moją osobę.

Brooke Shields w czasie wywiadu w ramach kampani przeciw paleniu papierosów: Palenie zabija. A gdy jesteś martwa, tracisz istotną część swojego życia.

Paris Hilton: Co to jest Wal-Mart? Czy oni sprzedają coś na ściany?

Angelina Jolie: Nie wiem, czy w moim życiu było jakieś kluczowe zdarzenie, które mnie odmieniło, ale po raz pierwszy uprawiałam seks mając 14 lat.

Alicia Silverstone: Myślę, że film “Clueless” był bardzo głęboki. W tym sensie, że był bardzo lekki. Ta lekkość pochodziła z głębokiego miejsca, gdzie znaleźć można prawdziwą lekkość.

Arnold Schwarzenegger: Myślę, że gejowskie małżeństwo powinno pozostać więzią łączącą wyłącznie kobietę i mężczyznę.

Winona Ryder: Najlepiej czuję się, gdy jestem szczęśliwa.

I mój faworyt:

Sylvester Stallone: Tylko będąc martwym artysta może osiągnąć szczęście, bo dopiero wtedy nie może się zmienić. Ale ja – po śmierci – zamierzam odrodzić się jako pędzel malarski. 

14:11, bekspejs
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 kwietnia 2008
Mariah królową arogancji

Ciągle kaszlę i prycham, nie czuję się zdrowy, ale pracować trzeba. Tym bardziej, że szef siwieje ze zgryzoty, bo w tym miesiącu (przez podróże i choroby) dorównałem do pozostałych dziennikarzy i oddaję moje teksty jeszcze później niż w zeszłym, a wtedy spóźnienia były skandaliczne.

Czemu tak się dzieje? Myślę, że to ogólne poczucie degrengolady. Spóźnienia nie są duże – ani jak na branżę, ani jak na tą firmę. Jednak atmosferę psuje co innego: nieszczerość i robienie z ludzi wała. Po kilku niedotrzymanych obietnicach szefa mojego szefa typu „pieniądze od teraz będą na czas”, trudno jakiekolwiek korporacyjne plany brać na poważnie. A po kilkukrotnych powtórkach mojego szefa „jestem w takiej samej sytuacji jak wy, idźcie się wykłócać o terminową kasę indywidualnie” ustawił się on z własnej woli w drużynie „prezesów”, a nie wśród „swojaków z redakcji”. Brak dyscypliny, bo brak autorytetu i jednocześnie brak systemu, porządku – wszystko jakieś takie niedokończone, niedopowiedziane, ani poczucia, że coś zrobiło się dobrze, ani tego, że coś było niedopracowane. Mam nadzieję, że będzie lepiej, że ten miesiąc będzie przełomowy i nieco potrząśnie moim szefem. Mam nadzieję, że wyniknie z tego coś dobrego, a nie po prostu kary za później oddane teksty – bo to ostatnie niewiele zmieni. Parę słów, nieco konsekwencji, i byłoby tak fajnie… Ale nie narzekam, napisałem parę drobnych rzeczy, zostały dwa większe teksty i jeden mniejszy do końca tygodnia. Damy radę.

A póki co przejrzałem prasę i przypadkiem znalazłem wypowiedź piosenkarki Mariah Carem:
Zawsze jak widzę te głodujące dzieci z Trzeciego Świata, to łzy same napływają mi do oczu… Ja też chciałabym być tak szczupła!

21:05, bekspejs
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 kwietnia 2008
Wenlafaksyna - i mamy kolejny wpis!
Skończyłem „Inne pieśni” Dukaja. To jedna z lepszych powieści magicznego pogranicza literackich wizji przyszłości, zbiegających się z przeszłością. Tak jak „Diuna”, historie Cortazara czy Calvino – nie zawsze łatwo ją sklasyfikować. Ale ma kilka poziomów interpretacyjnych, oraz wyjątkową, kunsztowną formę. Nie czyta się łatwo, ale z pewnością jest warta cierpliwości i skupienia.

Teraz dla rozluźnienia machnę Pratchetta („Straż nocna”), a potem zobaczę, co proponuje Pielewin w „Empire V”.

Z muzyki ostatnio eksploatowałem The Queen. Niesamowite, ile kawałków tej grupy kojarzę. Poczytałem biografię Mercury’ego. Ciekawe ilu z fanów wie, że koleś urodził się na Zanzibarze (dzisiaj – Tanzania), w rodzinie Persów wywodzących się z okolic Bombaju. Uczył się w tym Zanzibarze, potem pod Bombajem, a razem z rodzicami uczestniczył w nabożeństwach zaratustriańskich. Gdy miał 18 lat w Zanzibarze wybuchła wojna i rodzina wyjechała do Anglii. Gość zawsze miał dla mnie orientalne rysy, ale to wszystko jest dla mnie odkryciem.

Powoli przechodzę jednak z królówek na „The Wall” Floydów. Próbowałem nakłonić moją A do obejrzenia filmu, do którego zrobili muzykę chłopaki od Watersa. Ale zasnęła. Niełatwo jest dzielić emocje…

Poza tym odstawiłem fluoksytynę. Lek miał zadziałać w ciągu dni, najwyżej tygodni. Ale doczekałem się jedynie efektów ubocznych. Doktor G powiedział, że załapałem się do 30 proc. osób nie reagujących na tenże selektywny inhibitor wychwytu zwrotnego serotoniny. Wszedłem w wenlafaksynę – selektywny inhibitor wychwytu zwrotnego noradrenaliny i serotoniny, a ponoć także oddziałujący w mniejszym stopniu także na inne neuroprzekaźniki. Efektów ubocznych w zasadzie brak, wróciło zabite poprzednim lekiem libido (nie sądziłem, że jego brak może być tak dotkliwy – człowiek ciągle się uczy, szczególnie o sobie). Generalnie nie czuję rewolucji (dopiero przechodzę na pełną dawkę er 75, cokolwiek to znaczy). Ale pewna poprawa jest. Mogę więc spokojnie zaleczać przeziębienie, jakie złapałem latając po Paryżu w deszczu, pocąc się w czasie wystaw i marznąc na lotnisku. Mam piękny sznapsbaryton – Nuszka mówi, że będzie za nim tęsknić…

No to uzupełniłem bloga – a teraz zbieram się na kolegium redakcyjne, gdzie będę musiał wyjaśnić, dlaczego 10 kwietnia ciągle nie oddałem żadnego poważniejszego tekstu. I na cholerę były mi te wycieczki?
12:23, bekspejs
Link Komentarze (1) »
I jeszcze fotki z Niemiec

Z dwa posty niżej (czyli wcześniej) prosiła mnie o fotki z NAJWIĘKSZEJ FABRYKI CIĘŻARÓWEK NA ŚWIECIE. Cóż, nie mogę spełnić tej prośby z prostego powodu: zabroniono nam robić fotografie na terenie zakładów Mercedesa w Woerth. Łatwo się domyślić, że rasa panów nie porzuciła wizji podboju świata i po kryjomu obok ciężarówek produkują granaty, bomby, łodzie podwodne i niewidzialne myśliwce (tym bardziej nie było sensu ich fotografować, bo nie byłoby ich widać na zdjęciach). Wrzucę jednak kilka fotek z podróży.

Fot 1. Zostałem dołączony do delegacji czeskich dziennikarzy. Na zdjęciu pakują do luku bagażowego gitary basowe i słoiki ze smalcem.



Fot 2. To była moja najlepsza okazja porwania samolotu. Właściwie wszystko miałem pod ręką – byłem 2 metry od pilota, w kubeczku wrzątek, w foliowej torebce plastikowe mieszadełko do herbaty…



Fot 3. Jesteśmy w fabryce, w części z ekspozycją. Czesi właśnie wypakowali sprzęt i podłączają wzmacniacze. Część jest już w toalecie i smarują się tłuszczem. Zaraz zaczną ostre basowanie. W tle ciężarówki – nawet nas takimi wozili w ramach atrakcji.



Fot 4. Ulice Karlsruhe. Białe kozaczki ciągle w modzie. Ciągle.



Fot 5. Rowery nie są najpopularniejszym środkiem transportu w Karlsruhe.



Fot 6. Pomnik wieszcza i piramida poświęcona elektorowi Palatynatu. Pytałem kilku mieszkańców miasta, czemu poświęcona jest ta bryła. Jeden powiedział, że chodzi o elektorat, a inny, że to pomnik elektronu Palatynatu. Może to jest rasa panów, ale oni budują piramidy, a potem nie pamiętają, dla kogo to robili.

11:48, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Francuskie porządki

Gdy zwiedzałem fabrykę Mercedesa 5 km od francuskiej granicy, kilka razy zdarzyło mi się słyszeć określenie "francuskie porządki" albo "francuska organizacja". Zawsze mi się zdawało, że na bałagan, prowizorkę i improwizację Niemcy używają określenia "polnische wirtschaft", ale najwyraźniej bywa z tym różnie. Wykluczam to, że zmienili formę z uwagi na moją obecność - byłem w czeskiej delegacji i nie nalepiłem sobie biało-czerwonej flagi na czole.

Pojechałem do Francji i od razu zrozumiałem sens kąśliwych uwag Szwabów (piszę to bez negatywnego oddźwięku – Karlsruhe jest w Szwabii). Począwszy od przylotu na Charlesa de Gaula i na tym samym lotnisku w drodze powrotnej kończąc wszystko nosiło znamię bałaganu, partyzantki, niepewności, kombinacji lewą ręką do prawego ucha.

Scenka 1: Przylot

Samolot zatrzymał się na płycie lotniska. Po kwadransie (sic!) podjechał autobus, który miał zabrać nas do terminala. Stewardessy kazały nam się zbierać, ludzie zaczęli wysiadać, a autobus… odjechał, nie zabierając nikogo. Załoga poinformowała, że zaraz przyjedzie inny. I znowu 10 minut czekania.
Potem wpuszczono nas przez odprawę, machanie dowodem osobistym i sio po bagaże. Ale po drodze labirynt – jakieś wąskie przejścia, klitki, schowki na szczotki, rozgałęziające się korytarze bez żadnej informacji i żywego ducha, a w końcu, w przedsionku sali, gdzie transportery wywalały już nasze walizki, ekipa remontowa kująca młotkami w sufit (kłęby kurzu, tynk, wiszące kable).

Fot. Samochód próbujący pożreć samolot (tak, byłem w d’Orsay).



Scenka 2: Hotel

Mieszkaliśmy tuż przy Polach Elizejskich (Aux Champs-Elysées, aux Champs-Elysées Au soleil, sous la pluie, à midi ou à minuit… itd.) w hotelu o francuskiej nazwie Warwick. Taki lekko przetarty i zużyty prawie luksusik. No, ale niewielkie nieporozumienie z niby angielskojęzyczną obsługą w czasie rezerwacji i dostaliśmy dwójki, ale z małżeńskimi łóżkami. Okazało się, że kierownika wycieczki (pijarowca z firmy, która zaprosiła dziennikarzy) mam szansę poznać o wiele bliżej…

Fot. Kierownik przegląda Kamasutrę (dostarczaną w każdym francuskim hotelu w miejsce Biblii) i próbuje wybrać odpowiednie pozycje na wieczór. Obrazki na ścianach nie pozostawiają zbyt wiele wyobraźni.



Scenka 3: Statek

W ramach atrakcji wszyscy uczestnicy wycieczki mieli zjeść kolację na statku płynącym po Sekwanie. Przy przystani, z której mieliśmy startować, zacumowanych było z siedem statków. A my lataliśmy kilometr w górę rzeki, a potem abarot powrotem – cały czas ktoś nas odsyłał. „Przystań numer 1”, „Nie, proszę pana, numer jeden na pewno nie – to ma być numer 7” itd. Po paru odbiciach znaleźliśmy właściwe miejsce, ale wtedy dowiedzieliśmy się, że to połowa sukcesu – tam mieliśmy jedynie podbić bilety, a płyniemy innym statkiem. Więc znowu przystań 6, a potem 1 – to nasz statek! I tu niespodzianka: statek płynie nie w górę rzeki obok Ile de France (samiuśkie historyczne centrum Paryża), ale w dół rzeki. Poziom Sekwany jest zbyt wysoki. Zadziwiające, że nikt o tym nie pomyślał, gdy sprzedawano bilety kilka godzin wcześniej…

Fot. Jak widać poziom Sekwany wzbiera w oczekiwaniu na nasz wieczorny rejs.

 


Scenka 4: Fotki

Ponieważ oczekiwanie na zamówione dania się przeciągało, dla pasażerów wymyślono atrakcje. Oprócz zawodzącej szlagiery Pani na Scenie, po statku latała Pani Fotograf o japońskich rysach i robiła wszystkim fotki. Na samym początku powiedziała wyraźnie, że nie będzie żadnego wymuszonej opłaty czy czego – mamy się dobrze bawić i ładnie wyjść na zdjęciu. Nienawidzę fotografii, ale byłem w towarzystwie i nie chciałem robić siary. Piękny uśmiech i spojrzenie spod rzęs a la Adonis. Wyszło nawet śmiesznie, więc ucieszyłem się, gdy dostałem odbitkę. „20 euro” powiedziała Pani Fotograf z uśmiechem. Zabrakło mi sprytu, by się od zakupu wykręcić, asertywności? Trochę tak, ale pomyślałem także, że przecież moja A chciała, bym zamiast czekoladek (jakie przywiozłem z Niemiec), z Paryża przywiózł jej coś ślicznego. No, więc dostała moje śliczne zdjęcie.

Fot. W czasie rejsu niezidentyfikowany obiekt latający ostrzelał laserowo Wieżę Eiffla. Na pierwszych stronach francuskich gazet utrzymał się jednak trwający od tygodni narodowy spór o to, które gatunki czerwonych win można podawać schłodzone.



Scenka 5: Śniadanie

Standardowo w hotelu płaci się za spanie i śniadanko. Tak też było i w naszym przypadku. Siedzimy sobie, zajadamy dobre rzeczy, a tu nagle podchodzi kelnerka do mojego kolegi i wręcza mu rachunek. Ani za całą grupę, ani za całe jego śniadanie (to był szwedzki stół, więc nie bardzo było jak to określić), ot tak za kawę i kanapkę. Tylko on dostał rachunek, żeby było śmieszniej. Próbował to wyjaśniać, ale on nie był wstanie szefowi obsługi wskazać właściwego kelnera, a żaden z kelnerów nie kojarzył jego osoby. Ciekaw jestem, czy w końcu ten rachunek zapłacił…

Scenka 6: Trochę pracy

Nadszedł czas na realizację zasadniczego celu wycieczki, czyli oglądanie osiągnięć technicznych i usług firmy, która nas zaprosiła. Wszystko było opracowane w szczegółach, co do minuty: jakie piętro, jaka wystawa, jaka prezentacja, jaki prezes nas powita itd. Nawet jeden punkt się nie zgodził, wszystko było fastrygowane na bieżąco przez zmieszanych gospodarzy i naszych opiekunów z Polski. „Jedziemy na piętro trzecie… ojej, ale tu już są dwie grupy, no to na piąte, ojej, ale tu nie ma prezesa, to zejdźmy schodami na drugie, ojej, ale tu są goście z Japonii i jest tłok, no to może na górę na mały poczęstunek, ojej ale tu wszystko zjedzone i jeszcze nie posprzątane…”.
Na raty i po kawałku, ale w sumie widzieliśmy to, co mieliśmy zobaczyć. I dwa razy załapaliśmy się na przekąski – bałagan można czasem wykorzystać.

Scenka 7: Duchota

W czasie zwiedzania wszyscy spływali potem – w budynku było okropnie gorąco i duszno. Znalazłem panel klimatyzatora: 24 stopnie. Nic dziwnego, że tak się męczymy. Zapytałem organizatora, czy dałoby się coś z tym zrobić, bo nikt normalny nie podkręca tak termostatu. Usłyszałem „Facet od regulowania klimatyzacji przychodzi po 13. Nie możemy sami zmieniać temperatury”.
Bronią stanowisk pracy kolegów, nie wierzą w to, że można wcisnąć przycisk bez zepsucia go, jeśli się nie miało przeszkolenia, czy raczej celebrują hierarchiczny i organizacyjny obłęd?

Scenka 8: Bagaże

Zabraliśmy swoje rzeczy z pokojów hotelowych, ale zostawiliśmy w hotelowej przechowalni bambetle, by spokojnie coś zjeść w restauracji. Po powrocie do Warwicka niespodzianka (no bez przesady, było wiadomo, że tak to będzie) – nie mogą znaleźć naszych tobołków. Kilka osób lata i szuka. Mój kolega: „A te walizki, które stoją tuż przy drzwiach przechowalni?”. Nie, to nie nasze. OK, czekamy. Po kwadransie jednak okazały się jednak nasze (wszyscy spokojnie czekali, aż obsługa to w końcu odkryje), więc możemy jechać na lotnisko.

Scenka 9: Odlot

Lotnisko w drodze powrotnej przypominało to latanie nad brzegiem Tamizy. Tysiące ludzi, dziesiątki kolejek, nikt nic nie wie, najmniej obsługa. Staliśmy w złym terminalu (na biletach były podane błędne informacje), a potem w 2 złych kolejkach. Jakoś jednak udało się dostać do samolotu. I taki spokój – pewnie polecimy do Casablanki, bo przecież na Sekwanie jest wysoki stan wód.

Fot. Kompletny odlot.



-

Poza powyższymi atrakcjami wyjazd do Paryżewa był całkiem udany. Zrobiłem sobie 4-godzinny spacerek, pokonałem jakieś kilkanaście kilometrów oraz zobaczyłem sobie kilka neoklasycznych obrazów i rzeźb w d’Orsay. To nie był mój pierwszy pobyt w tym mieście, nie miałem też dość czasu, więc ot tak, połaziłem, pogapiłem się trochę.

Fot. Tak, minąłem Luwr dostojnym krokiem. Zostawiam go fanom Dana Browna.

Największe odkrycie tej krótkiej wycieczki to jedzenie. To żadne odkrycie, ale wiedzieć, a doświadczyć – to dwie różne sprawy. Chodzi o to, że w Paryżu można trafić równie łatwo na pychotę, co na świństwo i nigdy nie wiadomo, co się trafi. Wybierając na chybił-trafił jadłem przepyszne ślimaki w maśle, ale też obrzydliwe, zimne i pozbawione smaku żabie udka. Trafiły mi się świetne polędwiczki, ale i obrzydlistwo z baraniny (a może to były baranie flaki – w każdym razie wyglądało równie paskudnie, jak smakowało. Piłem zarąbistą kawę, ale i najgorszą lurę w życiu. Od tej różnorodności wyjątkiem jest posiłek w czasie lotu Air France – z zasady jest po prostu kiepski, niesmaczny i taki odwalony. Dla porównania: w czeskich liniach poczęstunek jest milutki i całkiem smaczny.

Fot. Czas wracać.

 

PS Nie znoszę fotografii. Ale chyba lubię wrzucać je na bloga :) 

11:00, bekspejs
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 kwietnia 2008
Rekord
No i pobiłem mój rekord nieobecności na blogu. Ciekawe, że przerwa nastąpiła niedługo po zaaplikowaniu prozaku, a wracam do pisania po odstawieniu. Może to placebo, jakie dostałem, ma jakieś odwrócone działanie? No bo mam wrażenie, jakby moja niechęć do jakiegokolwiek konstruktywnego działania (a właściwie niezdolność) zwielokrotniła się w ostatnich tygodniach. Ale nie jest jeszcze tak beznadziejnie - napisałem ponad 20 stron artykułów do mojej gazety, zgarnę dzięki temu przyzwoitą wierszówkę. Pomajstrowałem też przy kompie i net działa odrobinę lepiej. Próbowałem też naprawić komputer siostry, dokonałem też jednej naprawy u mojego ojca. Coś tam jednak z siebie wykrzesałem, choć nie zdołałem znaleźć radości w środku na tyle, by zorganizować spotkania filmowe, o których od miesięcy myślę. Nie udało się także wybrać na basen, choć zdołaliśmy po roku przymiarek kupić klapki. A nawet znaleźć najbliższy basen. I pójść do tramwaju, by do niego pojechać. Niestety, zbieranie się do tego trwało cały dzień i ruszyliśmy na godzinę przed zamknięciem. A potem staliśmy 20 minut na przystanku, bo nie przyjechały kolejne 4 tramwaje, jakie miały dowieść nas na miejsce. Karma? Moja A uważa naturalnie, że przede wszystkim zaniedbuję jej osobę. Brzmi to głupio, ale staram się wykrzesać z siebie tyle, ile mogę. Najwyraźniej to niewiele. Żadna pociecha, że znajomych zaniedbuję daleko bardziej - w ostatnim miesiącu odwiedziłem chyba tylko Ć, a i tak czułem się jakiś osowiały i nie miałem tego przyjemnego uczucia, jakie mam zwykle po intensywnej wymianie myśli, poglądów, opowieści, dykteryjek. W środę wróciłem z Niemiec. Oglądałem największą fabrykę ciężarówek na świecie. Jest ona położona 5 km od francuskiej granicy, w niemieckim Palatynacie koło Karlsruhe. Jutro ruszam kawałek dalej - do Paryża. Oglądać, jak francuscy lekarze operują przez internet. W ciągu obu wypraw zaliczę 6 przelotów samolotem - to 6 razy więcej, niż do tej pory przez całe moje życie (chowałem się pod kamieniem, wiem). Ale i tak zawsze wspominał będę pierwszy lot - miałem 20 lat i jeszcze załapywałem się na jakąś zniżkę. Lot bez celu - lot był celem. Polecieliśmy sobie z H do Gdańska. Ot tak. Bilet kosztował nasze wszystkie rezerwy gotówki i spowrotem wracaliśmy stopem z międzylądowaniem w Olsztynie. Piękne czasy charakteryzowały się przede wszystkim, że mieliśmy dużo czasu. Czas, czas, czas. W podróży skończę książkę Dukaja "Inne pieśni". Co za zakręcony pomysł na budowę świata! Autor wyobraził sobie, że starożytni Grecy mieli rację i że fizyka działa tak, jak wyobrażał sobie Arystoteles: pierwiastków jest pięć (ziemia, woda, powietrze, ogień i eter). A żydowscy alchemicy kombinują z liczbami pierwszymi i rekombinują je w nowe formy. Formy - wszystko krąży tam wokół form. Ktoś, kto jest ojcem automatycznie wygląda jak ojciec i jego silniejsza forma z natury odciskuje piętno na dzieciach. Jakże inaczej ludzie postrzegają siebie, jakże ważna jest pozycja w hierarchii, jakże kluczowa wola - ale wszystkim rządzi forma.
18:55, bekspejs
Link Komentarze (2) »
statystyka