Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
poniedziałek, 26 listopada 2007
Cisza nocna

Ulica, na jaką wychodzi nasze okno (piszę o moim starym lokum), wychodzi na dość dużą i nawet ważną arterię komunikacyjną miasta. Nie zauważyłem, by asfalt na niej był szczególnie zniszczony, ale widać HGW postanowiła inaczej. Dość, że w nocy z piątku na sobotę k. 22 ulicę zamknięto, a na pasie bliższym naszego domu pojawił się ciąg maszyn. Jedna zrywała nawierzchnię, kolejna robiła coś innego. Taśma produkcyjna.

Było to ciekawe, choć pół nocy nie mogłem zasnąć.

Śmieszne jest to, że kolejnej nocy, choć droga była zamknięta przez całą sobotę, znowu usłyszeliśmy młoty pneumatyczne, chroboty maszyny do zdzierania asfaltu itd. Punkt 22 rozległ się hałas, łoskot, grzmot za oknem. Taka cisza nocna au rebour. Bo wcześniej był spokój, właściwie nie było żadnych prac, nawet podpieranie łopat, typowe dla naszych placów budów, odbywało się w skali taktycznej, a nie strategicznej.

Wynajęli maszyny tylko na noc?

Mają tu sąsiadów, których nie lubią?

Wyrabiają nocne nadgodziny, lepiej płatne?

Miasto wynajęło do pracy wampiry i zombie?

W każdym razie A wzięła telefon i zadzwoniła do straży miejskiej. I uwierzcie lub nie, po kwadransie hałasy ucichły. Może to przypadek, ale i tak poczuliśmy, jakby głos człowieka w konfrontacji z maszyną biurokratyczną (służby miejskie) miał znaczenie. Wspaniałe uczucie!

08:15, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Zbrukani

Nasza stara landlordzka wysokość (stara dosłownie i w przenośni) pomogła nam utwierdzić się w przekonaniu, że przeprowadzka była koniecznością, a nie fanaberią. Miesiąc przed wyniesieniem naszych rzeczy poszliśmy do jej domu, zapłacić ostatni czynsz i poinformować o decyzji w tej sprawie (pani nie używa konta bankowego, jak prezydent).

Miła rozmowa, której efektem było dogadanie się w sprawie oglądania lokum w czasie, gdy jeszcze w nim jesteśmy. 20 listopada kuzynka landlordki miała umieścić w necie ogłoszenie, a potem zadzwonić do nas w tej sprawie, by ustalić godziny wizyt nowych najemców.

19 listopada odsypiałem noc, jaką poświęciłem któremuś z artykułów. A, zaczynająca tydzień pracy po chorobie, była wykończona nawałem spraw, jakie jej koleżanka tradycyjnie zostawiła dla niej. O 16 byliśmy już w łóżku, ja chrapiąc, A oglądając jakiś film. Nagle walenie do drzwi. Mam czujny sen, podrywam się, zakładam szlafrok, otwieram. Za drzwiami landlordka, kuzynka i jakiś koleś. Zanim na pół obudzony zacząłem wyjaśniać, że mieszkanie nie nadaje się w tej chwili do oglądania, landlordka przepchnęła mnie i zaczęła łazić ze świtą po naszych czterech kątach. A te były w stanie największego bałaganu, jaki mieliśmy chyba kiedykolwiek. To efekt choroby A, która w jej czasie zwyczajnie nie sprzątała, oraz mojego nawału pracy. Zbieraliśmy się, by tego właśnie dnia, po odespaniu paru godzin, ogarnąć nasze rzeczy, spodziewając się uprzedzającego telefonu w każdej chwili.

Słowem: wszędzie kupy ubrań, stosy papierzysk wokół mojego biurka, rozkotłowana pościel (spałem...), wszędzie wiszące pranie.

Potencjalny najemca przerażony uciekł. A landlordka stanęła i zaczęła patrzeć wyczekująco, że rzucimy się do sprzątania. - Dziś umówionych jest jeszcze 15 osób - zakomunikowała.

A ruszyła do boju i wygarnęła jej wszystkie nasze pretensje. Że narusza prywatność, a to już się kwalifikuje pod paragraf. Że po prostu zwyczajne ludzkie zasady wymagają telefonu, gdy wpadamy do znajomych na herbatę, a co dopiero w takiej sytuacji. Że mamy zapłacone do końca miesiąca z góry i w ogóle nie musieliśmy się zgadzać na zwiedzanie, był to nasz życzliwy gest. Że lodówka od 9 miesięcy nie wymieniona, a nadaje się do wielu rzeczy, ale np. nie do trzymania mrożonek. Że od pół roku dziura w ścianie to źródło robactwa. Że od kilku miesięcy czekamy na poprawną instalację pralki. Że połowa gniazdek jest źle zainstalowana, iskrzy, wywala korki, razi prądem. Trochę się uzbierało.

W zamian usłyszeliśmy, że mieszkamy jak Rumuni. I że dzwoniła kilka razy, ale nikt nie odbierał. Acha.

Po kilku minutach stało się jasne, że nie zamierzamy nic robić, więc bez słowa landlordka wyszła, trzaskając drzwiami swojego własnego, było nie było, mieszkania. Straszno i śmieszno.

Czuliśmy się po tej niezapowiedzianej wizycie jak po oglądaniu muszli klozetowej, z której właśnie korzystamy. Odarci z intymności, pozbawieni prywatnej strefy, nadzy, zbrukani. Ochyzda. Nie chcę tego pamiętać.

08:07, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Nowy dom

Po długich przekonywaniach, negocjacjach, zmianach w umowie - zaczęliśmy przeprowadzkę.  Rzeczy, które zawalały nam nasze dotychczasowe lokum, teraz postawione w smętną kupkę, zajęły środek jednego z pokojów naszego nowego domu. Mieszanina zażenowania i dumy. Zażenowania, bo to wszystko, czego się dorobiłem przez 10 lat pracy. Dumy, że tylko tyle bagażu muszę ze sobą wlec, że nie obrosłem jeszcze tak bardzo w dobra, nie dałem się całkowicie opanować rzeczom.

Biorąc pod uwagę, że w pierwszym etapie przeprowadzki pomagał nam ojciec mojej A, to dominowało zażenowanie.

Nowe mieszkanie jest trochę obciachowe w wystroju. I brudnawe (podłoga, takie tam). Ale popracujemy nad tym. Kombinujemy, jak zdobyć tani internet (no, tańszy niż neostrada). Zmieniamy taryfę telefonu na najtańszą. Dorabiamy drugi klucz do domofonu. Żyjemy nowym miejscem.

Ostatnie trzy noce w starym mieszkaniu...

Ostatnie rzeczy do przeniesienia: mała kupka ubrań, komputer, mikrofalówka, odkurzacz, pościel. Nie wiem, skąd w duchu mam smutek. Powtarzam sobie, że może to ostatnia przeprowadzka do nie-mojego-domu. Ale jak to będzie na prawdę?

07:50, bekspejs
Link Komentarze (3) »
niedziela, 18 listopada 2007
Mieszkam na wiosce

Po napisaniu poprzedniego posta przyszło mi do głowy, że sam też w duchu mogę być takim prowincjuszem, gdy pojawiam się na Zachodzie.

Imponuje mi porządek na ulicach, estetyka witryn na głównych ulicach, elegancja i maniery ludzi. Choć przecież to wszystki mit, bo najwięcej psich kup na chodnikach widziałem w Hamburgu, największe chamstwo wśród kierowców w Rzymie, najobleśniejsze zaułki w Atenach. 

Ale ta niska samoocena jako mieszkańca miasta w Polsce nie bierze się znikąd. Mimo podróżowania autobusami także doświadczam chamstwa na ulicach: autobus nagle hamuje, kierowca klnie, ludzie łapią się czego popadnie, depczą po sobie i zamiast przeprosić, wrzeszczą. Po ulicach szwendają się ogoleni na łyso kolesie z agresywnymi psami bez kagańców. Ludzie w metrze potrafią słuchać muzyki z komórki nie przez słuchawki, ale na głos. Idąc na mój przystanek autobusowy, brnę po kostki w błocie i przeskakuję wykopy. Na uliczce pod moim blokiem kierowcy urządzają sobie wyścigi, choć nie ma tam latarni, a odcinek jest kilkusetmetrowy. Mieszkańcy mojego bloku - szczególnie te starsze osoby, które wzdychają do złotych czasów za ich młodości - nigdy nie odpowiadają na "dzień dobry" i poczekają z wsiadaniem do windy, gdy widzą mnie z siatami pełnymi zakupów.

Myślę o tym wszystkim: wiocha Warszawa. Ale przecież na prawdziwej wiosce jest inaczej. Choćby z tym "dzień dobry" - tam wszyscy się znają, więc podstawowe formy obowiązują. Znają się, choć mieszkają w różnych, a nie jednym domu.

Poza tym krowia kupa jakoś mniej mnie wkurza niż psia. 

15:20, bekspejs
Link Komentarze (5) »
Warszawskie buractwo

Jeżdżę autobusami, więc nie wiem jak to jest. Ale moi znajomi i rodzina wiedzą: w stolicy jeździ się okropnie, a chamstwo jest przytłaczające. Dlaczego akurat w Warszawie jest tak źle? Subiektywnie patrząc nie dostrzegam wokół ludzi, którzy za kółkiem okazywaliby się burakami.

Jadąc taksówką zapytałem kierowcy, co on o tym sądzi. "To przyjezdni. Leczą w sobie jakieś kompleksy. Pewnie to wiejskie pochodzenie tak im ciąży, że zamiast puścić kogoś na skrzyżowaniu lub zwężeniu drogi to tylko się pchają, zajeżdżają, trąbią".

Niedawno odwiedził nas znajomy, który uczy się w prywatnej szkole. "Nie da się tam z nikim pogadać. Każda rozmowa zaczyna się od pytania o to, gdzie się urodziłem. Jak powiem, że w Warszawie, to zaraz jest o tym, że fajnie, bo to super miasto i takie możliwości. A ja bym chciał pogadać o czymkolwiek innym: o polityce, pogodzie, prowadzących zajęcia. Ale nie, tylko to przeżywanie Warszawy".

Ciekaw jestem, na ile te dwie grupy "przyjezdnych chamów" i "zachwyconych" się pokrywają. Na ile w płytkim charakterze miasto wybija wzorzec buractwa. Bo przecież wielka grupa moich znajomych pochodzi z małych miejscowości, a własciwie nigdy nie zastanawiałem się nad tym, skąd pochodzą, ani oni na ten temat nie opowiadali. A to dlatego, że nie było na to czasu: tyle było ciekawszych rzeczy do obgadania. Tak jakby od pewnego poziomu doświadczenia, samoświadomości, poukładania i wiedzy człowiek nie przykładał już wagi do tego, w jakiej wsi czy mieście urodził się i wychował. Bo od tego poziomu zyskuje się przekonanie, że pochodzenie nie musi determinować losu.

15:05, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 listopada 2007
A chce psa

Przeprowadzamy się. Najwcześniej za 2 tygodnie, najpóźniej za 3. Mam mieszane uczucia. Nie cieszę się na ciężką pracę, jaka się z tym wiąże, targanie ciężkich worów z rzeczami, biurka w kawałkach, komputera, na który trzeba ciągle uważać. Ale perspektywa tego, że będę mógł siedzieć w nocy i pisać, nie przeszkadzając A, stała się ostatnio bardzo atrakcyjna.

Oznacza to jednak dla niej siedzenie samej w pustym pokoju, więc trudniej było mi odmówić, gdy zaczęła kampanię propagandową "kupujemu setera". Seter irlandzki naturalnie, bo jest śliczny. Przy okazji jest też inteligentny, ale przede wszystkim "mądrze i dostojnie wygląda". Prawdopodobnie na spacerach w śnieżycy będzie wyglądał mądrzej i dostojniej ode mnie...

A wie już wszystko o seterach irlandzkich, co jedzą, ile spacerują, co i kiedy niszczą. Planuje więc swój budżet i oszczędności, jakie mają wystarczyć na utrzymanie psa.

Pytanie tylko: czy nowy landlord będzie łaskaw pozwolić na taką ekstrawagancję?

PS Postawiłem na swoim i nasz pies będzie się wabił "Sweter". Łatwo zapamiętać, łatwo zdrobnić, łatwo wrzeszczeć na ulicy, jak puści się w długą za rowerzystą.

11:46, bekspejs
Link Komentarze (3) »
sobota, 10 listopada 2007
Tandetny świat

Moja A kupuje buty. Te po 2 miesiącach nie nadają się do chodzenia, bo obcasy zachowują się, jakby były z gumy (skądinąd są z gumopodobnego plastiku, ale nie powinny wykrzywiać się na wszystkie strony). Koleżanka kupuje sweter, a ten mechaci się jeszcze nawet PRZED praniem. Monitor kolegi psuje się tydzień po upływie gwarancji. Koleżanka A kupuje - świadoma niebezpieczeństwa inwestowania w taniochę - buty za 500 zł, a te zaczynają rozpadać się już po kilku dniach. W internecie znajduję doniesienie, że firma CSV wyprodukowała fotograficzny aparat cyfrowy jednorazowego użytku - na 25 fotek.

Oto świat w jakim żyjemy - nastawiony na coraz większe zarobki, by przeznaczać je na coraz większe zakupy rzeczy, które coraz szybciej nadają się do śmieci. Jeszcze tu i tam pozostały jakieś legendarne marki odzieży czy produktów elektronicznych, które mają przeżyć kilkukrotnie więcej niż okres objęty gwarancją. Ale wiele z nich znika - wytwarzający je producenci spychani zostają do niszy, bankrutują lub dołączają do mainstreemu.

I pomyśleć, że kiedyś dobre buty można było odziedziczyć po ojcu. Marynarki szyte ze świetnych materiałów w latach 20, chronione przed molami, mogą być używane do dziś nie nosząc śladów zużycia. Nawet telewizor moich rodziców kupiony we wczesnych latach 90. pracuje do tej pory i wymagał jednej drobnej naprawy. Można zatęsknić do tego wyidealizowanego świata trwałych przedmiotó, w którym produkt wysokiej jakości kosztuje wprawdzie 10-krotnie więcej niż lichy, ale za to jest niemal wieczny.

Można też cieszyć się tą ulotnością, jakże wymowną w wymiarze filozoficznym. Po co gromadzić dobra, skoro po okresie gwarancyjnym rozpadną się w proch? Więcej nawet - każdy z nas ma swój własny okres gwarancyjny, po którym znika, by ustąpić miejsca nowszym modelom, nieco lepiej spełniającym oczekiwania rynku.

21:54, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
3,2,1... poszło!

No i pojawiliśmy się w kioskach. Poród był bolesny dla wszystkich: dziennikarzy, handlowców, składaczy, korektorki. Ale w końcu moja gazeta stała się ciałem.

Okładka pierwszego numeru specjalnie nam się nie udała, ale dalej jest już tylko lepiej. Tak przynajmniej mówią dziesiątki ludzi, których o to pytałem. Tak czy inaczej, przez najbliższe miesiące, a może i lata, będę wiązał z tym tytułem wiele nadziei.  A w czwartek dostałem - wyobraźcie sobie - podwyżkę i wystawiłem swoją pierwszą w życiu fakturę. Więc odrobina optymizmu zaczęła plątać mi się po wątpiach (ładne słowo, prawda?).

PS Ponieważ w końcu jestem na papierze, to z uwagi na prawa autorskie, muszę wygumkować teksty, jakie napisałem dla gazety, a które wrzuciłem na tego bloga w poniższych postach. Za jakiś czas zaczną pojawiać się na firmowym portalu - z sieci więc nie znikam, a jedynie się komercjalizuję :)

PPS Poza tym firma wymusiła na mnie pisanie komentarzy do firmowego portalu oraz uprawianie firmowego bloga (na szczęście nie o firmie, ale o pograniczach biznesu i kina). A to oznacza jeszcze mniej czasu na pisanie bloga... ale za to więcej skojarzeń i inspiracji do pisania u siebie o tym, o czym napisać nie mogę będąc w pracy.

14:48, bekspejs
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 listopada 2007
Wszyscy święci

Wyprawa na cmentarz, by odwiedzić groby rodziny.

Zdążyłem od zeszłego roku zapomnieć ich precyzyjne położenie na Bródnowskim. Ale zapomniałem też coś innego - jak działa w takich sytuacjach nasze społeczeństwo. Jak wobec tak refleksyjnego święta, zwracającego uwagę na ulotność tego, co doczesne, zachowują się wobec bliźnich. Starałem się unikać największych korków i ścisku, ale i tak ze trzy razy o mało nie zostałem przewrócony. Po jednym z ciosów otrzymanym w bramie cmentarza aż dziwne, że nie został mi siniak. Jakaś kobieta poszczuła mnie psem. (może ten też miał dość tegorocznych obchodów). Zacięte twarze, puste oczy, twarde łokcie, brudne, nadeptujące moje stopy buty.

Czy to Polacy są tak chamscy patrząc na przeciętną? A może w podobnych warunkach (do licha, jakich niby szczególnych warunkach!?) każda większa społeczność zachowywała by się podobnie? Albo to może ja jestem jakiś dziwny, bo wszyscy inni w ten dzień stykali się jedynie z uśmiechami i życzliwością?

Nie wiem. I chyba nie polubię 1 listopada.

Wszyscy święci poszli do nieba, a ci, których za sobą zostawili, nie są tacy fajni.

23:27, bekspejs
Link Komentarze (3) »
A wywącha wszystko

Sytuacja typowa, przytoczę jednak przykład z dzisiejszego poranka.

Moja A wącha moją skórę na rękach, ramionach, plecach i mówi:

- Paskudo, jadłeś wczoraj czipsy!

No i nie mogę zaprzeczyć, bo faktycznie - miałem nie jeść pustych kalorii. No, ale jestem tylko słabym, podatnym na pokusy łakomczuchem.

A ona wącha dalej i dorzuca:

- A to dziwne, nie kupowałeś ani pizzowych, ani kebabowych tylko jakieś serowo-cebulowe. Znudziły ci się ulubione smaki?

Nie łatwo żyć z kobietą, która potrafi wywąchać takie rzeczy. Naprawdę.

23:07, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
statystyka