Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
czwartek, 31 stycznia 2008
Bawiąc, zbawia

Wobec telewizyjnej mizerii postanowiłem poszperać w poszukiwaniu rozrywki, która nie będzie mnie wyprowadzać z równowagi drewnianą grą aktorską i uwłaczającym mojej inteligencji scenariuszem. Jak się okazuje, Amerykanie potrafią coś takiego zrobić.

Trafiłem bowiem na serial "My name is Earl". Opowiada on historię żula, który całe życie cwaniakuje i kradnie, aż pewnego dnia wygrywa w zdrapce 100 tys. dolarów. Tyle że 5 sekund później potrąca go samochód, a w szpitalu żona podstępem zdobywa od niego rozwód, by związać się z jego kumplem. Acha, kupon naturalnie przepada. Kurując się Earl oglądając w tv odkrywa termin "karma". Nie bardzo rozumie, o co chodzi, ale upraszcza to do zasady mówiącej, że zło do człowieka wraca, tak jak wraca dobro - co robisz światu i bliźnim, to dostajesz z powrotem. Dlatego po wyzdrowieniu spisuje wszystkie swoje złe uczynki i postanawia każdy z nich naprawić. W każdym odcinku stara się jak może, by wykreślać z listy jak najwięcej punktów - czasem przychodzi to łatwo, a czasem wymaga niezłych kombinacji. Jak bowiem oddać bratu to, że nie zdobył w szkolnym meczu przyłożenia? Zacząć czynić dobro jest często o wiele łatwiejsze, niż odpokutować złe uczynki z przeszłości.

Serial jest śmieszny, pomysłowy, a przede wszystkim pouczający. Sam zacząłem się zastanawiać, jak długa byłaby moja lista, ile kosztowałoby mnie skreślenie z niej kilku punktów i czy w ogóle naprawienie niektórych brzydkich spraw z przeszłości jest możliwe. Nie dowiem się, póki nie spróbuję.

13:09, bekspejs
Link Komentarze (3) »
środa, 30 stycznia 2008
Normalne związki zawodowe

Wychodząc z Marriotu (patrz poprzednia notka) nadziałem się na protest związkowców reprezentujących pracowników branży spożywczej. Ponieważ musiałem się pomiędzy nimi przeciskać, zapytałem, o co im do diabła chodzi. "Praca stresuje. Nie chcemy mieć stresującej pracy". Acha.

Dlaczego postanowili podzielić się tą bolączką akurat z gośćmi hotelu Marriot? Jak rozumiem, uosabia on całe zło kapitalistycznego świata. Pamiętam w czasach liceum, gdy znalazłem ulotkę z "Listą Żydów Polskich" - pod numerem 37. - pomiędzy Bońkiem i Pawlakiem - widniał jak wół Hotel Marriot. Jedyny hotel w tym zestawieniu.

PS Ponieważ sam pracuję w firmie - konkretnie prowadzę własną jednoosobową działalność - postanowiłem założyć związek zawodowy, który będzie bronił moich praw wobec mnie samego, czyli pracodawcy. Jako szef związku zadbam o lepszą organizację pracy, zażądam utworzenia systemu motywacyjnego i zorganizuję sobię pływanie na basenie, bo od siedzenia na tyłku doznaję ogólnej atrofii i spada moja lojalność do siebie.

Jeśli się nie ugnę pod tymi żądaniami, to będę stanowczo protestował pod, a może nawet w siedzibie prezesa. Do skutku.

16:04, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Masakra na schodach ruchomych

Śniadanie prasowe. Manago nawijali o rozwoju portalu sprzedającego bilety lotnicze, a ja zajadałem pyszne kanapki z serkiem. Potem zmyłem się po angielsku, odebrałem kurtkę z szatni i zjechałem schodami ruchomymi w dół. Za mną jechała nimi para w średnim wieku. Kobieta miała ładny niebieski płaszcz z długim paskiem, który dyndał się przy samej ziemi. Nic dziwnego, że na końcu schodów, gdzie metalowe stopnie chowają się pod podłogą, by zawrócić pod spodem na górę, pasek został wciągnięty. Elegantka nerwowo próbowała wydostać go z maszyny, stojąc już na nieruchomej podłodze obok zdezorientowanego faceta. Schody jadą jednak z prędkością kilkudziesięciu centrymentrów na sekundę, więc w mgnieniu oka zaczęły wciągać ją samą za przyszyty do płaszcza pasek. Mężczyzna próbował oswobodzić ją z wierzchniej odzieży, zerwał guziki, wyswobodził jedną rękę, ale drugiej już nie zdążył. Maszyna pożarła ją z nieprzyjemnym chrupnięciem, potem wessała tułów i resztę, nawet buty, kapelusz i niebieską torebkę. Wrzask ofiary i jej ratownika przeszedł płynnie w krzyk i pisk świadków zdarzenia. Po chwili wracająca od góry gąsienica schodów poniosła geometrycznie uporządkowaną kaskadą czerwień krwi, zgniłą zieleń kiszek i błękit strzępków ubrania.

 

Potem obudziłem się, zmyłem się po angielsku, odebrałem kurtkę z szatni. I użyłem zwykłych schodów.

15:35, bekspejs
Link Komentarze (3) »
Nie ufamy facetom w dziwnych czapkach?

Zacytuję za Tygodnikiem Powszechnym:

W przeprowadzanych między 27 a 30 listopada 2007 r. międzynarodowych badaniach nastrojów, instytuty badawcze zrzeszone w prestiżowym Gallup International Association zadawały m.in. pytanie o poziom zaufania do przywódców religijnych. Polskie dane okazały się, jak mówią eksperci, szokujące. Tylko 8,8 proc. mieszkańców naszego kraju deklaruje zaufanie do władzy religijnej. W Europie Zachodniej słabszy wynik zanotowały jedynie Austria (6 proc.), Dania (7 proc.), Islandia (4 proc.), Luksemburg (5 proc.), Norwegia (5 proc.) i Szwecja (3 proc.). W Niemczech poziom ten wyniósł 30 proc., w Irlandii – 42 proc., w Belgii, co ciekawe, aż 26 proc. W uważanych za antyklerykalne Czechach – 7 proc. Wynik zbliżony do Polski (8 proc.) zanotowała Bośnia i Hercegowina, gdzie taki wynik mógłby mieć źródła w wieloletnim konflikcie etniczno-wyznaniowym.

Cały artykuł znajdziecie tutaj:

http://wiadomosci.onet.pl/1466120,2677,1,1,zagubieni_w_folii,kioskart.html

Warto przeczytać, bo z jednej strony pokazuje, jak łatwo metodologicznie pochrzanić kosztowne i pracochłonne badanie (nikt wobec biskupów czy prymasa nie używa określenia "przywódca religijny"). Z drugiej zestawia inne badania dotyczące zaufania ludzi do KK i tego, jak ono topnieje. To kurczenie się autorytetu tłumaczone jest trzema przyczynami: autorytaryzmem graniczącym z arogancją (vide sprawa in vitro), brakiem zdolności do dialogów (vide młodzież, która w 95% nie akceptuje nauki kościoła w sferze życia seksualnego) oraz... kiepskim PR-em i marketingiem.

Cóż, w czasach konsumpcji, religia staje się jednym z towarów - jej wyznawanie dostarcza pewnych dóbr, a pochłania czas, siły i pieniądze. Produkt może być dobry lub zły, ale wobec bogatej oferty, czyli dużej konkurencji w dziale "wiara i religia" (nie wspominając o konkurencji pomiędzy segmentami np. religia vs hobby) nie ma on szans na wzrost sprzedaży bez odpowiedniej, precyzyjnie skonstruowanej strategii marketingowej. Wielgachne katedry i witraże już nie działają tak, jak kiedyś.

14:12, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Wiedza nie prowadzi do wiary

Zostałem zindokrynowany. W procesie edukacji - nie tylko na lekcjach religii, ale przede wszystkim na innych przedmiotach uczonych w szkole oraz w wielu książkach popularnonaukowych - wprowadzono mi do głowy następującą zależność: im człowiek mądrzejszy, tym bardziej zachwycony złożonością i porządkiem świata, tym częściej przekonuje się do idei bezosobowego lub nawet osobowego Boga, a nawet Boga w postaci klasycznego katolickiego trzypaku z bonusami w postaci NMP i garnizonu świętych, aniołów, serafinów, cherubinów, tronów etc.

Wyjaśnienie tego mechanizmu złożone było z dwóch sztuczek. Jeden to rzekoma reakcja na niesamowitą funkcjonalność świata i życia: wystarczy delikatnie zmienić jedną z sześciu stałych kosmologicznych, a już wszechświat nie byłby wstanie stworzyć warunków do powstania Ziemi i życia. Popatrzcie z resztą jak Darwin na budowę oka: to nie mogłoby działać bez inteligentnego projektu, który szast-prast został implementowany w oczodołach stworzeń żywych. Generalnie: życie, istnienie, świat jaki znamy powstał na brzytwie nieprawdopodobieństwa. Tyle przypadków i zbiegów okoliczności, że za nimi musi kryć się pan na B. Albo pani. Albo różnokolorwa chołota B z tym gościem z głową krokodyla na czele.

Co do tej pierwszej sztuczki: działa on na wyobraźnię. No właśnie: na wyobraźnię, a nie rozum. Przyjmowanie teizmu na tej podstawie to kapitulacja umysłu: nie rozumiem, więc to musi być Bóg. A we współczesnym świecie można temu dopisać jeszcze jedną nieprzyjemną właściwość: "nie chcę wiedzieć, to musi być Bóg i kropka".

Druga sztuczka to zakład Pascala. Kiedyś kusiło mnie, by zadać sobie i innym pytanie, czy Bóg woli nieszczerych asekurantów, czy raczej odważnych sceptyków. Ale jakoś nie zadałem tego, albo przynajmniej nie zrobiłem tego dość głośno, by sam przekonać siebie, że Bóg domagający się powierzchownych mambo-dżambo, to coś absolutnie nie do zaakceptowania. Bo przecież do wiary nie można się przekonać - to jest łaska, to coś bliższego zakochaniu się, niż procesowi myślowemu "ok, faktycznie, lepiej chronić tyłek przed dźganiem widłami przez całą wieczność".

No i jeszcze grand finale. Skoro wszyscy mądrzy ludzie w ciągu swojej naukowej pracy lub na łożu śmierci przekonywali się do Boga, to jak mam czelność uznawać, że Boga nie ma?

Po zerowe: czy ktoś uczciwie zbadał, jak to było z tymi nawróceniami? Wątpię. 

Po pierwsze: jak już pisałem wyżej, wiara to jak zakochanie, łaska a nie proces myślowy. Zapewne wielu osobom zdarza się w różnych momentach życia uruchomić tę część mózgu, która za wiarę odpowiada. Tak, określono już, jaka to część mózgu.

Po drugie: umieranie jest tak trudną próbą, że nie dziwię się w to, że wielu ludzi chce wyposażyć się w poduszki powietrzne w podróży w zaświaty (metaforyczne!).

Po trzecie: kto niby tak masowo się nawraca?

Paul Bell dokonał zestawienia wszystkich poważnych badań dotyczących wiary oraz korelacji jej z  inteligencją oraz wykształceniem. Od 1927 r. znalazł takich badań 43, z czego 4 nie wykazały, że korelacja jest ujemna: im więcej w głowie, im sprawniejsze myślenie, tym słabsze przekonania co do tego, że na górze ktoś tam słucha wszystkich modlitw i od czasu do czasu dla żartu robi jakiś cud, co ma wiarę umocnić, albo tym bardziej cudu nie robi, by wiarę umocnić jeszcze bardziej. 4 na 43 nie wykazały ujemnej korelacji, co nie znaczy, że wykazały korelację dodatnią!!!

Dwa największe badania ostatnich lat to analiza przekonań członków amerykańskiego National Academy o Science oraz badanie obejmujące mądre główy z całej Wspólnoty Brytyjskiej - Royal Society. W pierwszym przypadku 7% elit naukowych Ameryki uznało się za teistów. W drugim Anglicy, Hindusi, Australijczycy itd. okazali się wierzący w 5%. Gdy przebada się laureatów Nagrody Nobla wyniki są podobne.

Dziś wychodzę z cienia indoktrynacji. Wiedza nie prowadzi do wiary, wręcz przeciwnie. Niby oczywiste, ale trzeba było światła danych i wysiłku, by to dostrzec, uznać, zaakceptować.

08:31, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 stycznia 2008
Zlikwidować publiczną służbę zdrowia

Najpierw historyjka.

1. Lekarz mówi, że nie wystawi takiej recepty, bo to musi inny lekarz. Podaje przy tym nazwę leku i dawkę, po którą mam się ustawić w kolejce.

2. Ustalam termin przyjęć u tego drugiego lekarza - przyjmuje za kilka dni. Konkretna godzina. Ten jednak zjawia się 45 minut spóźniony.

3. Nikt nie pilnuje porządku wchodzenia, więc mimo, że jestem na ten dzień zapisany jako pierwszy, wchodzę jako piąty - "ja byłam wcześniej" mówi moher, do którego wszyscy zwracają się po imieniu, bo przecież spędza w przychodni więcej czasu, niż w domu. "Ja jestem bardziej chory" stwierdza autorytarnie starszy facet. "Ja tylko z receptą". Kurwa mać, przecież ja też tylko z receptą!

4. Lekarz robi wielkie oczy, że ten poprzedni łapiduch nie wystawił mi tej recepty. "Pierwszy raz coś takiego mi się zdarza" mówi. To skomentuję obrazkiem:

5. Po trzech minutach przekomarzanek wystawia mi receptę, którą kreśli, poprawia, a przy tym zagaduje mnie, tłumacząc dość skomplikowaną metodę zażywania. Skutecznie - wprawdzie złapałem ją na wpisaniu złej daty, ale umknęło mi, że nie przybiła pieczątki.

Załatwienie nic nie dającej recepty, którą powinienem dostać od razu, zajęło mi 4 godziny (wliczając dojazd). Teraz będę musiał czekać kilka dni, aż lekarz znowu pojawi sięw przychodni i odczynić rytuał ponownie. Tym razem może zamaże datę, albo niewyraźnie wpisze nazwę leku, albo zrobi jeszcze coś, o czym do jasnej cholery jako pacjent nie wiem, póki nie stanę przy okienku w aptece.

Moja subiektywna ocena jest następująca: koszt 3 minut pracy lekarza wynosi ok. złotówki. Olewam to, ile zarabiam - średnia wartość godziny pracy przy średniej pensji podzielona przez trzy (bo na jednego pracującego przypada dwie osoby żyjące na garnuszku rodziny lub państwa) to 6 zł. Sam system w takim przypadku na zupełnie niepotrzebną procedurę poświęcił złotówkę ze swojego budżetu oraz 24 zł pracownika - a właściwie to 24 zł pracownika, pracodawcy i całej ekonomii. Tak w uproszczeniu.

Pomijając nawet zwyczajną kurwicę, jakiej można dostać w takiej sytuacji, jest to przykład tak perfekcyjnej niegospodarności, że nie pozostaje mi nic innego, jak po raz kolejny uznać, że publicznej służby zdrowia nie da się uratować. Skażona PRL-em, dryfująca po morzach biurokracji, jest niereformowalna, a przy tym stanowi takie obciążenie polskiej gospodarki, że administracyjna korupcja to przy tym mały pikuś.

-

Chciałbym jeszcze napisać, że z mojego doświadczenia lekarze dzielą się na trzy grupy: złych, tych, którzy biorą oraz tych, którzy wyjechali zagranicę. Biedne wyjątki od tej reguły, na skraju neurozy wywołanej frustracją, niewyspaniem i niedojadaniem najczęściej giną śmiercią bohaterów zbyt młodo lub zmieniają zawód.

Nic nie poradzę na to, ale tak właśnie wypada moja ocena kilkudziesięciu lekarzy, z którymi ja i moja rodzina miała styczność przez ostatnie dwie dekady. Tym bardziej nie widzę najmniejszego sensu w podtrzymywaniu przy życiu tego czegoś, co nazywa się służbą zdrowia, a samo jest bardziej chore, niż pacjenci.

PS Napisałem, i trochę mi ulżyło. A teraz wypiję barszczyk. Wasze zdrowie.

17:28, bekspejs
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 stycznia 2008
Po co żałoba narodowa?

Żałuję każdego człowieka, któremu przydaża się nieszczęście. Śmierć jest wprawdzie ostatecznym zakończeniem wszelkich nieszczęść, ale jednocześnie całkowicie uniemożliwia przeżywanie wszystkiego, co jest w życiu piękne, mądre i dobre. Więc szczególnie przykro mi słuchać o umieraniu bliźnich. Im śmierć zdarza się bliżej, tym bardziej mnie dotyka - rodzina, znajomi to są grupy ludzi, dla których najchętniej postarałbym się o eliksir nieśmiertelności. Im coś dzieje się dalej ode mnie w sensie emocjonalnym, geograficznym, percepcyjnym - tym moja szczątkowa empatia reaguje słabiej. I to chyba normalnie, bo inaczej zwariowałbym, użalając się nad każdym człowiekiem, który np. umiera z głodu - a proszę sobie wyobrazić, że w XXI wieku z głodu umiera JEDEN CZłOWIEK NA SEKUNDę. Pod percepcyjnością kryje się w tym przypadku dotykalność, przyswajalność, rozumienie danej sytuacji. Wypadek samochodowy to nieszczęście, które dotknąć może każdego kogo znam - stąd do mnie dociera i boli mnie, że tylu ludzi ginie bez sensu. Za to o wiele trudniej wykrzesać mi odrobinę współczucia dla ludzi, którzy giną włażąć na Mount Everest. Rozumiem, że kręci ich adrenalina, ale jak sobie pomyślę, jak wiele dobrego można byłoby zrobić za pomocą tej kasy i energii pakowanej w wyprawy na najmodniejszą górę na świecie, to mnie skręca.

Czy więc żal mi lotników, którzy stracili życie w niedawnej katastrofie lotniczej samolotu CASA? Pewnie, że mi żal, bo w końcu zginęli ludzie. Ale - mówiąc szczerze - żal mi ich mniej niż tych milionów dzieciaków, które umierają z głodu i chorób, które potrafimy leczyć od stu lat. Mniej nawet, niż samobójców, których jest co roku więcej niż ofiar wojen.

Dlaczego? Wiem, że generalnie powinienem uznawać, że każde życie jest warte tyle samo, czyli że jest bezcenne. Ale nie potrafię tak tego odbierać. A prawda jest taka, że zginęli żołnierze. Faceci wybrali zawód, w którym zabija się innych i ginie, gdy ktoś inny strzela albo coś pójdzie nie tak. Nikt ich na to nie skazał. Poza tym zginęli faceci dojrzali (bodaj dwóch trzydziestolatków z dużym hakiem, reszta czterdziestki i pięćdziesiątki na karkach). Mieli rodziny, bo mieli czas je założyć, przeciwnie niż 300 dzieciaków, które w tym roku porazi się śmiertelnie prądem. Poza tym byli oficerami, a więc gośćmi, którzy generalnie są twardzi i odważni, ale - z wyjątkiem trójki pilotów - sami nie ryzykują w czasie wojny, tylko walczą za ojczyznę przesuwając strzałki na mapach. Nic na to nie poradzę, ale zabitego szeregowca żal mi bardziej niż kapitana lub generała. No więc cała ta katastrofa w sumie ruszyła mnie mniej niż zeszłoroczna plaga dezynterii w Somalii. Jestem niewrażliwym bydlakiem, wiem.

No, skoro tak, to wcielę się teraz w osobę członka rodziny zabitego lotnika. Czy chciałbym, by cały wypadek był wszechobecny we wszystkich mediach? By politycy obcy ludzie przekazywali mi nieszczere wyrazy współczucia pod okiem kamer, tak by coś na tym ugrać? By ogłaszano żałobę narodową? Na ile potrafię przełożyć moje prywatne przeżycia i reakcje na tą sytuację, to z dużą pewnością mogę powiedzieć, że byłbym tak pogrążony w żalu i smutku, że zainteresowanie świata albo miałbym gdzieś. Albo by mnie tylko drażniło, bo przecież ci wszyscy ludzie nie znali tego mojego bliskiego, który zginął. Jego śmierć byłaby śmiercią kawałka mojego świata i "przykro mi" powtarzane jak mantra dookoła byłoby absurdalnym, irytującym, a w istocie nic nie znaczącym słowem wykonującym funkcję fatyczną języka, nic więcej.

 

Katastrofy są dla mediów, by zwiększały oglądalność. I dla polityków, by poprawiali swoje notowania i mogli oskarżać się nawzajem, że czegoś nie dopełnili, nie zadzwonili lub nie powiedzieli na czas. Ja pierniczę, ale trzeba mieć w sobie małości i hucpy, by w chwili ogłaszania żałoby narodowej zaczynać publiczne przepychanki dotyczące tego, kto kogo powinien powiadomić i w jakiej kolejności. Mi może empatii brakuje, ale tym pajacom na górze wywróciła się ona na lewą stronę.

PS Moja przyjaciółka M powiedziała, że to niezły znak od Boga, gdy giną PILOCI I DOWóDCY LOTNICTWA wracający SAMOLOTEM z imprezy poświęconej BEZPIECZEŃSTWU LOTNICTWA. Jeśli to ma być znak od Boga, to chyba tylko od tego popieprzonego starotestamentowego samca alfa niebios: zazdrosnego, brutalnego, chimerycznego i perwersyjnie okrutnego.

10:05, bekspejs
Link Komentarze (5) »
Logika i kolano

No i poszło - trójeczka z plusem zamyka moje zmagania z logiką. Zostaje mi tylko pchnąć na allegro książkę z tego przedmiotu, który kupiłem - jak się okazało - jako talizman. A to dlatego, że żargon z tego podręcznika nie pokrywał się z żargonem z wykładów, a zadania sprawdzające były w niewielkim stopniu użyteczne w przygotowaniach do testu zaliczeniowego.

Przedmiot wymagał ode mnie minimum wysiłku - i tyle właśnie w niego włożyłem. Zanim jednak zdążyłem odtańczyć polkę radości, karma postanowiła się ujawnić - i nagle kolano zaczęło mnie słuchać. Przy zginaniu coś w nim przeskakuje (widać!), wydając zupełnie głośne chrupnięcie.

Po powrocie do domu wykonałem serię zgięć, przysiadów, podskoków - ni cholery. Dalej przeskakuje przy każdym zgięciu. Nie boli, ale takie chrupanie to nie może być nic dobrego.  Postanowiłem jednak dać kolanu czas do jutra. Dziś i tak zaplanowałem zdrowotne atracje, czyli wzzzzzz łomatko (mam ma myśli dentystę).

Czyżby to jakiś demiurg chciał skarcić mnie za umacniający się ostatnio we mnie ateizm?

09:17, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 stycznia 2008
Świat daje odpór

Moja A dzwoni: za 5 minut bądź na przystanku autobusowym, to razem pojedziemy na zakupy.

I wtedy świat postanowił dać mi odpór: najpierw zadzwonił mój ojciec, z którym nie gadam zbyt często, a do tego miał dobry humor, więc rozmawiało się luźno i przyjemnie i po prostu nie miałem sumienia tracić tej okazji: włączyłem telefon na głośnik i próbowałem się ubierać, nie przerywając rozmowy (kurtka, buty, gdzie jest ta cholerna czapka itd.).

Skończyłem pogaduszki i łapię za naszego miniwana (czyli taki wózeczek na kółkach - normalnie takie gadżety są obciachowo-moherowe, ale ten jest stylowy i kulturalny). Nie zamykam nawet pokrywy wózka, tylko lecę po schodach. Naturalnie w środku schodzenia gaśnie światło na klatce, więc mało sobie uzębienia nie wyprostowałem na drzwiach wyjściowych. Łup - walę w nie, szarpię za klamkę, pcham - ani dudu. Nie tracąc zimnej krwi biegnę do drugich drzwi wyjściowych - tych od podwórka. Komórka zaczyna mnie poganiać, ale wiem, że to A, więc tylko podkręcam tempo. Od podwórka muszę oblecieć dom dookoła. A tu wygwizdów taki, że wózek przybrał pozycję pionową - trzymam za rączkę stylowego i kulturalnego latawca skrzynkowego. Z tym hamulcem próbuję gnać w kierunku przystanku, ale zaraz dostaję kolejny bonus - do nogawki przyczepia mi się miniaturowy kundelek.

Nie chcę się spóźniać, więc zagryzam zęby i z tymi obciążnikami docieram do pasów - natychmiast światło zmienia się na czerwone, więc mam chwilkę, by klnąć, dopinając kurtkę i wiążąc buty. Tak rozbrojonego i rozkojarzonego dopada żebraczka: śmierdzi jak najciemniejsze jądro Woli i nawet nie musi mówić, że kasy potrzebuje na prytę, bo odbieram to organoleptycznie trzema zmysłami. Odpalam dwa złote, bo w tej sytuacji moje pragnienie odklejenia się od kwiatu mojej dzielnicy, odczarowania karmy i brak asertywności nie dają mi innych opcji.

Dalej było już normalnie i spędziliśmy urocze 2,5 godziny w centrum handlowym, dzięki temu zajadam teraz orzeszki nerkowca, przegryzam pomelo i zapijam soczkiem grejfrutowym, rozmyślając o tym, co przeczytałem w jakiejś starej "Polityce", którą wziąłem jako backup na dział kosmetyków.

Życie jest piękne. Różnorodne, ale piękne. Specyficzne, ale piękne. I tyle.

22:05, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Się wzruszyłem

Czy pisałem już, o filmie "V for Vendetta"? Nie pamiętam, tak czy inaczej - należy on do ścisłej czołówki moich ulubionych. Mimo futuryzmu, komiksowości, ma coś, co chwyta mnie za serce, co sprawia, że chciałbym być lepszym człowiekiem i bardziej cieszyć się życiem. Kto widział, może zrozumie o co mi chodzi. Kto nie zrozumie, to niech obejrzy, a potem wróci do notki. Bo reszta może być nieczytelna.

Błądziłem bowiem po internecie i znalazłem piękne owoce, jakie film wydał. Naiwne to działania, ale szczere i piękne, i naprawdę się wzruszyłem, jak je oglądałem. Gdybym sam raz w życiu skłonił innych do podobnego działania, refleksji, podzielenia się emocją, to wiedziałbym, że cała ta męczarnia na łez padole miała sens. Oto bowiem ludek zamaskowany jak główny bohater "V", kręcący filmiki z różnymi sztuczkami, postanowił wydać apel do młodych:

 http://youtube.com/watch?v=UxqNsUbWlHc 

A potem zmontował to, co otrzymał w odpowiedzi:

 http://youtube.com/watch?v=F0FvG9GO8Qs 

Prawda, że się miło robi, jak się to ogląda?

Postanowiłem, że będę ten jutubowy klip oglądał za każdym razem, gdy znowu opanuje mnie depresyjna myśl, że świat to banda egoistycznych półgłówków, niewrażliwych palantów, pozbawionych skrupułów zdzir i chamskich zakompleksionych fiutków.

10:23, bekspejs
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 stycznia 2008
Jude gang

Mam dziś luźną sobotę i trochę zaległych pomysłów. I to widać. No, ale nie o to, nie o to, nie o to.

Od zawsze wkurzały mnie napisy na murach. Nawet jak byłem szczawikiem. Nic dziwnego: niemal 100% maziajów na elewacjach to teksty typu "cośtam wam gdzieśtam", bezsensowne maziaje lub znaczki Legii. Ani estetyczne, ani informacyjne, ani zabawne. W zasadzie tak postrzegam też miażdżącą większość graffiti. Sorry chłopaki-grafficiarze, ale większość waszej partyzantki to barachło.

Bywały oczywiście wyjątki w moim sprzeciwie wobec mazania po murach. Uwielbiałem np. napis "Wolska dla Wolaków" na ul. Wolskiej, albo "Pani Tereso!" na murze koło sklepiku Pani Teresy koło św. Wincentego. To jednak nieliczne próbki prawdziwej ulicznej poezji. Szacunek miałem też dla ludzików, którzy przerabiali skrajnie wkurzające znaczki rasistów, czyli celowniki, oraz podpis "White Power" na "White Rower", przy których przekreślone kółko było wbogacane w siodełko, kierownicę i drugie koło. Po cichu przyznam też, że kibicowałem akcji domalowywania na bilbordach - tuż pod hasłem reklamowym - komentarza "I chuj".  W Tesco jest tanio - i chuj. Bądź sobą, wybierz pepsi - i chuj. Moje zmarszczki? Jakie zmarszczki? I chuj. To wandalizm i wulgarność, ale jakoś zauracza mnie ta prosta reakcja na prokonsumpcyjne zaklęcia.

Ostatnio koło Grzybowskiej trafiłem na bazgroły, które w pierwszej chwili mnie rozbawiły. Zrobię teraz próbkę fotobloga:

Wyobraziłem sobie kretyna, który na terenie getta lub w jego pobliżu smaruje gwiazdę Dawida, która w Polsce z uwagi nasz antysemityzm jest czymś równie paskudnym co uproszczona karykatura męskiego przyrodzenia. Gwiazdę mazano kiedyś na domach i sklepach Żydów, by ich napiętnować. Dziś jakiś wygolony pajac piętnuje powietrze, które po nich zostało.

No, ale zaraz pojawił się cichy mściciel-zamaziciel, który dopisał do tego "Jude gang" - i z obrazy rzucanej niewiadomo komu, powstał znak sygnalizujący, że wyimaginowany gang Żydów kontroluję okolicę. Tak to sobie wyobraziłem i zrobiło mi się weselej, bo lubię kpiny z łysych przedstawicieli Białem Rasy.

No, ale jak podszedłem bliżej, okazało się, że wszystko powstało za jednym razem. No to już nie żarcik niestety, ale zawiła antysemicka myśl, a właściwie żółć i ślina zmaterializowana w postaci napisu. Nie chce mi się jej odszyfrowywać. Szkoda czasu.

PS Jak pamiętacie jakieś fajne napisy na murach, to walcie w komentarzu. Podobno na Sorbonie w 68 ktoś nasmarował: "Śpiąc pracuje się lepiej. Twórzmy komitety snu!" - piękne, prawda?

20:31, bekspejs
Link Komentarze (10) »
Nauka to potęgi klucz

Większość studentów w Polsce uczy się za pieniądze. Na co drugim przedmiocie potrzebne są podręczniki (czasem da się to przeskoczyć, jak się pilnie chodzi na wykłady i zajęcia). Na prawie podręczniki są podstawą, bo tam jest od cholery pamięciówki.  I płacą młodziaki (lub ich rodzice) po 20-30 a nawet 50 zeta za książkę, w które po wstępnym przekartkowaniu znajduję tak użyteczne wykresy jak ten:

Albo zdania takie jak:

Ustawa to regulacja, która ma charakter ustawowy.

Chciałbym wierzyć, że niewidzialna ręka rynku wywali wszystkie te bełkotliwe i niedbale przygotowane książki do śmietnika. Ale wiem, że tak nie będzie, niezbyt rozgarnięci ludzie dalej będą uczyć się głupot w ramach bezsensownych programów pod okiem sfrustrowanych i olewających wszystko pedagogów od siedmiu boleści.

No to wyraziłem swoją frustrację i od razu jest mi lżej. W poniedziałek o 8 rano mam wynik testu z logiki i mam nadzieję, że tego luzu i osobistej godności wystarczy mi do tego czasu. 

20:00, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Najwyższy czas

Moja A zrobiła mi śniadanie do łóżka, potem obiad, sprzątnęła mieszkanie. Grzecznie odmawiała, gdy ją pytałem, czy jakoś pomóc. Okazało się, że te prace dają jej szansę odświeżyć umysł w czasie nauki, a poza tym lubi robić coś dla nas i dla mnie. No i lubi mokre całusy, jakie dostaje w ramach podziękowań. I prukanie ustami w brzuszek.

Muszę się z nią ożenić, bo jeszcze mi ją ktoś ukradnie.

Zacząłem nawet rozglądać się za pierścionkiem.

PS To co o niej napisałem powyżej nie ma wiele wspólnego z jej największymi zaletami. Nie będę chciał żenić się z kobietą, bo robi mi obiadek - dajcie spokój.

Ale ponieważ A zagląda tu na bloga, to nie będę się bawił w lizusa. I napiszę tylko, że jej dzisiejszy makaron był majestatyczny, harmonijny i godny podniebienia rzymskich cesarzy.

19:47, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Zabijam sobotę

Moja A uczy się do egzaminów, więc nie mając ultrapilnych zajęć oddałem się relaksowi. Spałem do 13, potem oglądałem telewizję, snułem się po mieszkaniu, napisałem dwie notki do bloga, a teraz zastanawiam się, jaki film obejrzeć na komputerze, a przy tym macam swoje pięty, zdobne w trzy ogromne i lekko już przysuszone bąble - pamiątki czwartku spędzonego w nowych butach.

Może napiszę o logo firmy Dove, napiszę wywiad z szefem Greenpeace'u albo poszukam ciekawostek na ostatnią stronę mojej gazety. A może nie. Kolejna sobota może nie być taka swobodna. To moja odpowiedź na zawołanie filozofów "Karpedyjem".

18:42, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Nasza-klasa, nasza-klasa

Nie wiem skąd biorą się takie mody. Pewnie nikt tego nie wie. Ni z gruchy, ni z pietruchy nagle wszyscy zaczynają o czymś gadać, chociaż to ani mądre, ani ładne, ani specjalnie dobre.

Taki serwis nasza-klasa. Podobne wynalazki po raz pierwszy powstały ponad dekadę temu. Od pięciu lat już kilka razy ludzie próbowali sprzedawać w Polsce internetowe odnajdywanie się szkolnych znajomych, ale jakoś nie chwytało. Odpaliło grono.net i działa całkiem fajnie, a do tego nie zawęża tematu do szkół - jak sama nazwa wskazuje, ludzie są łącznikami pomiędzy gronami różnych środowisk jak w kiściach winnych owoców. Poetyką zaleciało...

No ale co tam grono, skoro jest nasza-klasa. Zyliony użytkowników, bo przecież nie ma medium, które by o tym fenomenie nie napisało. Nawet złe publicity (patrz: nasza-klasa to raj dla oszustów i firm zdobywających dane osobowe) to ciągle publicyty.

(Swoją drogą mój ojciec zapytał mnie, czy się na tej klasie zarejestrowałem, bo jak tak, to zaraz mnie okradną. No to mu powiedziałem, że wątpię, by komuś chciało się korzystać z logina i hasła do mojego internetowego konta bankowego, albo dorabiać wzór kluczy według wzoru, jaki zamieściłem w dziale fotek. Niezłą miał minę. Fajnie, jak media potrafią napędzić panikę laikom.)

Do rzeczy. Po jakiego wała miałbym korzystać z tej całej naszej klasy? Z ludźmi, którzy mają przyjemność w utrzymywaniu kontaktu ze mną, utrzymuję relacje od podstawówki, a nawet od przedszkola. Ci, z którymi kontakt się urwał, by go odzyskać nie muszą sięgać po serwis internetowy - jeden telefon do wspólnej znajomej i załatwione.

Nawiasem mówiąc, gdy brakuje wspólnych przeżyć, emocjonalnej więzi lub głęboko zakodowanej sympatii do danej osoby, to kontakt prędzej czy później się urwie. Takie jest życie.

 

No ale z ciekawości oraz pod pewnym ciśnieniem znajomych ("no już, zarejestrowałeś się, a czemu zwlekasz" i takie tam) zapisałem się na tym serwisie, wbiłem do odpowiednich klas, odpowiedziałem na zaproszenia do "bycia znajomym" (ludzie, to jakiś plebiscyt??? po cholerę to wyświetlać w panelach osobistych???). Nawet wypowiedziałem się na temat antysemityzmu w jednej z licealnych dyskusji. Pominę ironicznym milczeniem to, że serwis działa tak opornie i jest tak brzydki, że trzeba się naprawdę nudzić w robocie, by aktywnie bawić się uczestnictwem w tym cudzie Web 2.0.

I co dalej? Wiadomo, co dalej. Koledzy z podstawówki próbują zorganizować klasowe spotkanie. Tylko po jaką cholerę? Z ciekawości? Nie wiem, czy to dla mnie takie ciekawe, co się stało z połową kolegów: części z pewnością wiedzie się lepiej, innym gorzej. Jak to w życiu. Co to ma komu dać? Ludzie będą gadać głównie o dzieciach (w moim pokoleniu raczej nie epatuje się kasą i stanowiskiem). A ma dwójkę uroczych bobasów, a B uroczego synka. Acha. No no.

Może przeziera przeze mnie zwyczajny wstyd? Bo nie skończyłem studiów? Bo nie mam domu ani własnego mieszkania? Nie mam fury, a nawet prawa jazdy i póki co w zasadzie mam to w dupie? Bo po 12 latach pracy dopiero od niedawna mam robotę, która daje mi akceptowalny poziom satysfakcji połączony z akceptowalnym poziomem dochodów? Bo nie mam żony (podczas gdy znajomi zaczynają już drugie okrążenie w tej konkurencji), ani trójki uroczych bobasków? Bo mimo tego, że na głowie gości już wyraźna siwizna, na gębie ciągle królują pryszcze, z którymi walcząc zniszczyłem sobie zdrowie?

Pewnie tak. Jestem czuły na punkcie swoich niepowodzeń, a więc wrażliwy na ocenę jakiejkolwiek sfery mojego życia, które składa się z wielkiej kupy porażek przykrytej ostatnio żyzną warstewką szczęścia osobistego i zawodowych sukcesów. Nie jestem materiałem do wyścigu szczurów, biegłem w nim zupełnie bez sensu i nie zamierzam odwiedzać punktu kontrolnego. Poza tym cenię swoje wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Nie chcę ich psuć widokiem grubych i łysych kolegów oraz matek-Polek.

PS Jeśli jednak zmienię zdanie i zacznę jarać się naszą-klasą, to wykupię sobie kilka tanich abonamentów przybranych znajomych i w ten sposób podbiję sobie bębenek morale. Rzućcie okiem na ten link:

http://www.joemonster.org/art/8611/Kup-sobie-przyjaciela-w-Nasza-klasa.pl
18:25, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Gość w dom, buch z dom

Wczoraj wpadłem do M na grupowe oglądanie horrorów. Przekraczam drzwi, witam się, zabieram się do pozbycia się wierzchniej odzieży zimowej, więc chowam czapkę do kieszeni (ciągle gubię te czapki, rękawiczki itd.). I prawie mi się udało buchnąć gospodyni jej śliczną czarną czapkę ocieplaną królikiem (swoją wełnianą czapkę cały czas miałem na głowie, a tą jej capnąłem z przedpokoju).

Tak to jest z tymi gośćmi. Nie można ich z oka spuścić ani na chwilę. Gość w dom, buch z dom - już wiecie, jak giną Wam srebrne sztućce.

Na szczęście M czuwała i najpierw zaczęła się śmiać z mojej kleptomanii, a potem z mojej miny, gdy już wiedziałem, że robię coś głupiego.

Szkoda, to była fajna czapka... 

17:35, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 stycznia 2008
Fani hardcore'u siedzą do oporu

Ale ja nie jestem fanem takiej muzyki, więc po wczorajszym dniu, na który złożyło się:

- paniczne wymyślanie pytań po angielsku do wiceszefa Greenpeace'u

- wywiad z tymże

- kolegium redakcyjne

- firmowa impreza podsumowująca poprzedni rok

- przytulanie do mojej A

... postanowiłem położyć się spać. W rezultacie na naukę logiki, którą mam zdawać za 3 godziny, poświęciłem w ostatnich dniach łącznie jakieś 300 minut.

W dodatku jest to logika dla humanistów, czyli rozliczne podziały, klasyfikacje, specyfikacje i zagadki typu: czym się różni asens od nonsensu i absurdu?

Idę pod prysznic, później połążę w kółko z notatkami.  Może jakimś cudem się prześliznę przez ten test. Był cud nad Wisłą, więc spodziewam się cudu nad kartką.

08:42, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 stycznia 2008
Pół roku blogowania

W prowadzenie blogu bawię się pół roku. Naprawdę całkiem fajnie się bawię.

Statystyki pokazują, że dziś przekroczona zostanie magiczna liczba 33333 wejść.

Jak mawiają sataniści, to połowa "szatana na maksa".

Ale jak patrzę z boku (zboku!) to wychodzi mi pięć tyłków.

16:03, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Jak być iberkól?

Plucie pod nogi już jest passe, rechot na całe gardło jest immanentną częścią młodości. Jak więc być naprawdę kól?

Technologia wychodzi na przeciw takim potrzebom. Dziś dwukrotnie natknąłem się na ludzi w wieku studenckim, którzy w autobusie i na ulicy słuchali muzyki z komórki - ale nie przez słuchawki, tylko na głos, z głośniczka. Wychodzą takie piski i popierdywania, ale to właśnie oznacza, że właściciel piszczyka i popierdywacza jest kól. Kól na handred procentów.

Mała podpowiedź dla naśladowców, podążających za trendami: najkólne jest wkładanie sobie popierdującego aparatu do kaptura kurtki (swojego). To jest po prostu iberkól.

(połowę słów z gwary użytych powyżej usłyszałem w autobusie, resztę twórczo dośpiewałem sam)

PS A już dwa lata temu słyszałem, że słowo "kól" jest już niekól...

15:44, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Discovery mnie wkurza

Tym razem trafiłem na program "Brainiac" - taki niby popularnonaukowy teledysk na wesoło. Co mi się w nim nie podoba?

1. Metody "naukowe" jakie tam są prezentowane, z nauką mają niewiele wspólnego. Typowym sposobem odpowiadania na pytania pseudonaukowe jest tu pojedyncza próba. Czy lepiej chowa się osoba o niska, czy wysoka? Bierzemy ludzi o wzroście odpowiednio 91 cm i 221 cm oraz chłopca, który szuka ich podczas gry w chowanego. Inny przykład: czy człowiek jeździ lepiej luksusowym autem bez muzyki, z muzyką, czy z wkurzającą muzyką? Sprawdźmy to na torze przeszkód. Niech kierowcy jeżdżą trzy razy tą samą trasę w różnych warunkach i porównajmy wyniki. O, generalnie jeżdżą coraz szybciej? A to niespodzianka...

Jednym słowem bzdura. Poza tym użyteczność takiej wiedzy jest przeważnie bliska zeru.

2. Program poszatkowany jest na najwyżej 2-minutowe fragmenty. Zanim znajdziemy rozstrzygnięcia jakiejś kwestii, zrozumiemy, dlaczego autorzy programu robią coś tak, a nie inaczej, to zaraz puszczany jest inny kawałek innego eksperymentu w którejś kolejnej jego fazie. Nie mam wielkich problemów ze śledzeniem skomplikowanej fabuły, ale tu często tracę wątek. A jak radzą sobie łatwo tracące koncentrację dzieciaki?

3. Pewnie radzą sobie tak sobie, bo i tak gapią się na cyce. Tak, w programie bardzo głębokich dekoltów i silikonowych biustów nie brakuje. Nie występują wyłącznie jako dekoracja, ale także narzędzie realizacji eksperymentów. Np. czy młodzieńcowi szybciej płynie czas, jeśli obok siedzi półnaga "foczka"?

Pytanie: dla kogo do diaska jest ten program? Dla dzieci? 15-latków? 25-latków? 

4. Dominujący element programu to niszczenie. Co drugi eksperyment musi dotyczyć wybuchu, podpalenia, zrzucenia czegoś z wysoka itd. Czasem podawane są metody - dowiedziałem się np., że okrągły przedmiot o wadze ćwierć kilo mogę wystrzelić na wysokość 20 metrów za pomocą jedynie naparstka paliwa do zapalniczek. Bomba.

Dosłownie.

-

Jak każdy rozsądny człowiek zdaję sobie sprawę, że nauka musi być ciekawa, wciągająca, że program naukowy oprócz informacji i teorii powinien skrzyć się dowcipem, praktycznymi pomysłami, intrygować, przyciągać uwagę. W przypadku "Brainiaka" mamy jakiś bełkotliwy teledysk z efektami specjalnymi. Jeśli ktoś z niego skorzysta, to piroman-erotoman. Bezcenny segment widzów dla Discovery.

15:27, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Skradam się

Scenka w dziekanacie.

- No już się tak nie skradaj - mówi do mnie pani załatwiająca sprawy studentów.

A ja się nie skradałem, tylko mam nie rozchodzone buty.

15:05, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 stycznia 2008
Wszyscy są ateistami

Zachęcony „Źródłem wszelkiego zła”, dokumentem nakręconym przez BBC, które miało odwagę puścić tylko kilka telewizji na świecie, zabrałem się za „Boga urojonego” Dawkinsa. Przyznam, to książka która daje do intelektualnego pieca. Podstawowym celem jej napisania było znalezienie odpowiedzi na pytania: dlaczego religijność, wiara i teologia podlegają specjalnemu traktowaniu jako obszar publicznej dyskusji i działania prawa? Wszędzie indziej stosujemy logikę, argument, zasady rozumu. Gdy chodzi o religię, materia staje się nagle delikatna: można zapytać o pewne sprawy, a o niektóre raczej nie wypada. Dlaczego? Czy taki układ przynosi ludzkości korzyści, czy wręcz przeciwnie?

Trudno streszczać całą książkę, ale będę dorzucał pojedyncze ciekawostki, tezy, cytaty.

W pierwszym rozdziale autor zadaje podstawowe pytanie: czy z punktu widzenia rozumu, logiki Bóg jako kreator świata i jego nadzorca jest potrzebny? Wiadomo, że jeszcze 200 lat temu nie było żadnej naukowej teorii opisującej powstanie i ewolucję wszechświata. Wiara miała więc monopol na budowanie jego teorii. Dziś za pomocą różnych technik prowadzonych przez ludzi o różnych filozofiach życiowych (i wyznaniach!) dysponujemy dość spójnym modelem, znamy przybliżony wiek wszechświata, a także swoją granicę poznania w sensie przestrzeni i czasu. Badamy sprawy, których w żadnych objawieniach i świętych księgach nie można znaleźć: kwarki, dualny charakter światła, budowę i funkcję płatów czołowych mózgu.
Każda z dziedzin nauki rozwijała się na bazie sceptycyzmu: zadawania pytań, podważania hipotez. Tylko istnienie Boga nie podlega takim mechanizmom analizy. A priori zakładamy, że tego nauką tykać nie wolno. Bo nie.

Dawkins zwraca uwagę na to, że wielu naukowców na siłę włączono do świata nauki, który pochylił głowę nad Jedyną Prawdą Objawioną, nad prawdą monoteistycznego Boga. Najsłynniejszy jest Einstein. Teologowie musieli jednak trochę odczekać, by włączyć go do swojej drużyny – aż do śmierci i jeszcze trochę po niej fizyk był obrzucany przez teologów i pastorów błotem, bo ideę osobowego Boga uznawał za śmieszną i nie wartą w ogóle oceny, a to, co od czasu do czasu Bogiem nazywał, było po prostu prawami natury, właściwościami fizyki, złożonością rzeczywistości, tym wielkim systemem prawd i mechanizmów.

Autor zwraca uwagę, że ojcowie-założyciele Stanów Zjednoczonych byliby przerażeni, gdyby dowiedzieli się, jak wygląda USA. Waszyngton był odległy od teizmu, bliżej mu było do ateizmu niż deizmu nawet. Jefferson napisał, że „Mówienie o niematerialnej egzystencji, jak dusza czy Bóg jest mówieniem o niczym. Jeżeli ktoś mówi, że dusza i Bóg są niematerialni, to tak, jakby mówił, że nieistnieją.”.
Madison powiedział: „Od niemal piętnastu stuleci możemy obserwować chrześcijaństwo w roli oficjalnej religii. I jakie są jego owoce? Z niewielką jeno przesadą tylko arogancja i indolencja kleru, ignorancja i służalczość laikatu, u jednych i u drugich zaś zabobony, bigoteria i skłonność do prześladowań.”.
Franklin dorzuca „Latarnie morskie są bardziej pożyteczne niż kościoły”, a Adams „Byłby to najwspanialszy ze światów, gdyby nie było na nim religii”.

Dawkins atakuje nie tylko religijność, ale i agnostycyzm. Z jego słów wynika, że tak jak teiści odwracają się od nauki, tak agnostycy nie mają ani wiary, ani oparcia w nauce. Uznaje, że samo zaakceptowanie faktu, że nie ma naukowego sposobu udowodnienie na istnienie Boga (?), oznacza, że nie z punktu widzenia logiki nie można uznać za podstawę swojego życia wiary w to, że taki ktoś jest.

Gdy ktoś wierzący pyta Dawkinsa, czy ten jest ateistą, badacz odpowiada „Ty również”. Pytający nie wierzy przecież w Apolla, Amona Ra ani Wotana. Dawkins idzie po prostu o jeden krok dalej i nie wierzy w żadnego.

22:24, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 stycznia 2008
150% kobiety

Moja A jest 150-proc. kobietą.

Jej intuicja i zdolność oceny w mgnieniu oka (od estetyki do diagnozy lekarskiej) jest przeważnie znacznie skuteczniejsza, niż moje analityczne podejście, co ciągle mnie frustruje.

Jej niezdecydowanie podczas zakupów sprawia, że w marketach wisząc na wózku sklepowym nadrabiam zaległości czytelnicze.

Jej zmienność nastrojów zdezorientowałaby najlepszego psychologa.

Jej apetyt na bliskość jest tak wielki, że brakuje jej mnie nawet wtedy, gdy ją przytulam (bo prędzej czy później sobie pójdę: do pracy, toalety, albo po prostu zasnę).

Jej zdolność do myślenia i robienia kilku spraw na raz zmusza mnie do myślenia o sobie jak o Richardzie Nixonie, który był facetem niezdolnym do jednoczesnego picia kawy i rozmowy.

Jak śpiewa, to cały dzień i na całe gardło.

Jak się obraża, to w pokoju staje się ciemno.

Jak jest szczęśliwa, to wszystko tym szczęściem pachnie.

 

A ja się zastanawiam, czy do pary powinienem być 50-procentowym mężczyzną (czyli półkobietą, osobą zdolną do przerzucenia kładki porozumienia), czy może 150-procentowym samcem. Tylko co to miałoby oznaczać?

Monstrualne ego?

Skrajny egocentryzm?

Ośli upór?

Zdecydowanie aż do absurdu?

Dążność do całkowitej dominacji?

Minimalny poziom empatii?

Niektóre z tych właściwości już mam, ale nie wszystkie. Na szczęście? Niestety? 

09:12, bekspejs
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 stycznia 2008
Godność prezydenta

Media znowu bulwersują wypowiedziami polityków, dzięki czemu nie musimy martwić się o poważne sprawy, takiej jak nadciągająca z nieustępliwością lodowca recesja, a więc spadek popytu i zatrudnienia. Po cholery interesować się ekonomią - rząd i tak zwali recesję na poprzedników, zgodnie z zasadą, że kryzys jest winą tych co byli, a sukces - tych co są u władzy, niezależnie od opóźnień, jakie funkcjonują w ekonomicznych mechanizmach.

Ale aktualnie przerabiany temat Palikota i jego blogowej sugestii, że prezydent jest alkoholikiem, jest skądinąd bardziej interesujący niż skupiający uwagę brukowców wyścig wulgarności Dody, której po sugestiach, że chodzi do łóżka także z kobietami w rezerwie zostają już tylko historie pedofilskie, sodomia, nawrócenie na scjentologię i płacenie wolontariuszom WOŚP przy pomocy własnego ciała.

Dlaczego kwestia Palikota mnie zainteresowała? Bo zareagowała prokuratura (czynności sprawdzające - póki co), no i jako drugi rzut, również z publicznych pieniędzy, prawnicy prezydenta (pozew). Naturalnie chodzi o naruszenie godności, nawiasem mówiąc niezwykle delikatnej. A ja się zastanawiam:

Czy można zapytać, czy prezydent ma zespół wrażliwego jelita?

Albo czy leczył się już psychiatrycznie i na co? (sam miałem deprechę, więc jestem ciekaw)

A może ma żółtaczkę? Albo HPV? Jaskrę? Wadę serca? Szczękościsk? Protezę zębową?

W jakim stanie ma wątrobę? Czy jest daltonistą? Czy ma skłonność do migren?

Niektóre z tych chorób mają wpływ na sprawność działania i gotowość do pracy. Inne wyjaśniają niektóre irytujące zachowania (np. cmokanie co zdanie). Czy dociekanie ich natychmiast musi naruszać godność prezydenta?

Co ma prawo to wszystko wiedzieć wyborca? Czy może czas na pytania jest przed wyborami? Gdzie się kończy prywatność osoby wybranej na prezydenta? Hipotetycznie: czy jeśli Kaczyński jest na coś poważnego chory, to dla dobra urzędu i Polski (fanfary) ma prawo oszukiwać, że jest inaczej?

Amerykanie nie mają takich zmartwień: stan zdrowia prezydenta jest tam sprawą publiczną: badania wykonywane są co roku, a ich wynik jest upubliczniany. Najwyraźniej tam prezydent ma mniejszą godność, niż u nas, skoro wszystko wychodzi kawa na ławę. Inna sprawa, że i tak zwykle wybierają tego, który jest wyższy i bardziej wygląda na swojego chłopa (dlatego - z powodów naturalnych - Hilary Clinton nie ma szans).

PS Kaczyński nazwał Palikota klaunem (co z godnością posła?). Ale i tak zaciągnie go do sądu. Czy pozywanie klauna do sądu narusza godność urzędu prezydenta? Tyle dylematów, których by nie było, gdyby nie było telewizji.

 

22:11, bekspejs
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 stycznia 2008
Mój coming-out

Tuż przed świętami w mojej redakcji planowaliśmy pracę na nadchodzące tygodnie. Mój kolega nagle uparł się, że nie będzie mógł zrobić nic k. 8 stycznia, bo ma święta bożego narodzenia. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że jego rodzina należy do kościoła uznającego kalendarz juliański. To żartobliwie skrytykował inny z kolegów, że jak była chanuka, to on pracował w normalnym trybie. Ja, traktując to jako kawał, dorzuciłem, że w takim razie rezerwuję sobie prawo do obchodzenia ramadanu.

A potem mnie uderzyło. Uderzyło mnie, że to było na poważnie. I uderzyło po raz drugi, bo poczułem szacunek do odwagi kolegów. Skąd to drugie walnięcie w trzewia?

To kwestia subiektywna, ale niestety tak odbieram społeczeństwo: jako antysemickie, niechętne wszelkiej inności, stygmatyzujące. I to mówię ja, człowiek wprawdzie byle jak, ale jednak wykształcony, wychowany w otoczeniu ludzi wrażliwych, czytających książki i podróżujących po świecie, żyjący w 2-milionowej stolicy w sporego kraju w środku kontynentu, który wymyślił słowo tolerancja. Skoro to ocena subiektywna, to zakrzywiona przez moje własne doświadczenia i odczucia.

Niedawno wybuchła afera z książką Grossa: subiektywną wizją antysemityzmu w Polsce, zjawiska silnego, żywotnego, skrzętnie ukrywanego przed obcymi, ale i przed samym sobą. Przypomniała mi opowieści dziadka, prostego chłopa, który w dzieciństwie chodził z kolegami bić Żydów w swojej miejscowości (choć nie wstydził się wspomnieć, że czasem sam dostawał w ten sposób niezły łomot), który pamiętał nawet jakiś mały pogromik żydowski, o którym opowiadał jak o powodzi: coś złego się stało, ale taka już jest natura.

Przypomniał mi się mój ojciec, facet znacznie lepiej wykształcony ode mnie, dysponujący umysłem ścisłym, człowiek który odwiedził trzy kontynenty i kilkadziesiąt krajów. Mój ojciec nie kryje swojej niechęci do Zydów i wszystkich, których o kryptożydowstwo podejrzewa. Swoją drogą nie znosi też Murzynów i Arabów, gardzi Azjatami, brzydzi się gejów, odpychają go feministki. Klasyczna polska mieszanka? Czasem aż nadmiernie eksponuje emocje, jakie wywołują w nim "inni" - jakby chciał by jego rasizm, nacjonalizm i homofobię traktować ulgowo. By było mu wolno powiedzieć przy dzienniku telewizyjnym "Wszystko to Żydzi. Wszyscy siebie warci".

Przypomniało mi się dzieciństwo i gra w pikuty. Polega ona na wbijaniu noża na różne sposoby w sypki piasek. Gdy nóż trafi na kamień, a ostrze nie wbijało się prawidłowo, to mówiło się na to "żyd". Była to oznaka niefartu - trafić nożem żyda i przez to nie zagłębić noża dostatecznie prosto i głęboko.

Mianem "Żyda" określano też każdego, kto nie chciał pożyczyć roweru lub pięciu złotych. Póki nie wkroczyłem wiek lat nastu nie widziałem nigdy na własne oczy Żyda i niewiele wiedziałem na temat tego, kto to właściwie jest. Ale kultura wdrukowała mi, że to mały, chytry, brudny, złośliwy człowieczek. Właściwie: podczłowieczek

Antysemityzm wyssałem z mlekiem matki, wpojono mi go na robotniczym osiedlu, gdzie mieszkali tylko pracownicy FSO, milicjanci i esbecy. Na osiedlu, gdzie zapewne co druga osoba była spokrewniona lub spowinowacona w trzecim, czwartym lub dalszym stopniu z osobą pochodzenia żydowskiego, w tym także zapewne ja sam.

Nie potrafię popatrzeć normalnie na Żyda - jego zwyczajność jest dla mnie niezwykła. Gdy przyznaje się do tego, że jest kim jest, wydaje się mi osobą dzielną - bo to odwaga wobec mnie, który powinienem wyrosnąć na antysemitę, ale ze wszystkich sił nie chcę nim być.

Taka jest moja historia. Taki mój coming-out.

15:35, bekspejs
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
statystyka