Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
RSS
środa, 12 listopada 2008
Witamy Braka Banana

Dużo pracy, dużo zajęć, nerwy i nerwicowe bóle żołądka. Tyle u mnie. Na rozweselenie wstawiam pytanie, jakie dostałem od J, kolegę i jednego z czytelników bloga.

W jaki sposób Lech Kaczyński przekręci nazwisko nowego prezydenta USA podczas wizyty tego ostatniego w Polsce (która już wstępnie została zapowiedziana)? Do wyboru jest kilka opcji:

Oback Barama
Baran Obawa
Barubar Bambama
Borubak O'Lama
Brak Banana
Barek Od Rana
Burak Osama
Obak z Bahama

12:15, bekspejs
Link Komentarze (6) »
piątek, 24 października 2008
30 rocznica baloniarstwa

Śliczne zdjęcie przesłała mi niedawno J.

Chciałem się podzielić - popatrzcie:

 

07:42, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 października 2008
Brygada Kryzys

Czy rozumiecie, dlaczego światowy rynek finansowy się chwieje?

Tych dwóch panów Wam wyjaśni. A przy okazji na śmiesznie (choć całkowicie prawdziwie) obnaży, na jak absurdalnych podstawach działa dzisiejsza ekonomia:

http://www.youtube.com/watch?v=sA7lURtsNnU

PS Podziękowania dla J, który podesłał mi ten śliczny filmik!

20:57, bekspejs
Link Komentarze (2) »
No comprendo

Wróciłem właśnie z kilkudniowego pobytu w Andaluzji. Po stronie plusów:
- 90-proc. odcięcie się od pracy (sprawdziłem maile raz na jakiś czas, coś tam odpowiedziałem, odrobinę czytałem na temat, na jaki muszę teraz napisać);
- pejzaże i wspaniały klimat – 20-25 stopni każdego dnia, noce wręcz za ciepłe;
- Ronda to piękne, małe miasto z przyjemną, nieśpieszną atmosferą i nie tak dużą liczbą turystów;
- jazda wyścigówkami Formuły 3 może być naprawdę ekscytująca (choć głównie dla mojej A :)


- Obraz „Versality” Maxa Ernsta w niewielkim muzeum w Maladze i kilka prac Picassa tamże;
- Wschód słońca o 8:30 nad morzem;
- bliskowschodnie żarcie w malutkiej knajpce w zaułkach Malagi;
- i wszystko to dzielone z osobą, którą kocham.

Ale nie byłbym Polakiem, gdybym nie ponarzekał:
- Połowa wycieczki to zwycięzcy jakiegoś konkursu, z czego kilku panów stanowiło stereotypowe przykłady przeciętnego rodaka: małego cwaniaczka bez przednich zębów, który nie myje się, cały czas chichocze i się drapie, a do tego albo jest pijany, albo o tym mówi, albo szykuje się logistycznie do picia;
- Żarcie w knajpach zorganizowanych w ramach wycieczki w najlepszym przypadku średnie; w przypadku wegetarianów (moja A) – tragiczne;
- Przewodnicy nudzili, a tłumacz zniekształcał te nudy w kluchy, od których mózg mi się przegrzewał i większość czasu zwiedzania z przewodnikami (Alhambra, Ronda) musiałem czytać gazetę, by ocalić odrobinę osobistej godności;



- i największy minus: mimo, że organizatorzy zapewniali, że dopłacę najwyżej za bilet do Alhambry, no i ostatecznie za hotel (różnica między jedynką a dwójką), to na końcu zaśpiewali nam 450 euro – większość to było jedzenie, którego A nie jadła, bo było do dupy, a przy tym zawsze wywalczane na zasadzie wielkiej łaski (wyobraźcie sobie – 4 dni i przy każdym posiłku trzeba powtarzać „Jestem wegetarianką i nie będę jadła tej golonki”). Razem z przelotami i skromnymi wydatkami w czasie wolnym w cztery dni wydaliśmy jakieś 3500 zł. Dopłacam cztery stówy i mam w ramach last minute dwa tygodnie na Dominikanie.
Jeśli firma, która mnie zaprosiła na te wszystkie atrakcje, liczy, że dokonała coś w rodzaju małego skorumpowania dziennikarza w mojej osobie, to chyba osiągnęła efekt odwrotny. Ale przecież żyję w Polsce, a tu musi być wszystko na odwrót – nawet polskie czołgi mają lufy w środku. 

Cóż, doświadczenie i wiedza są jednak bezcenne. A te mówią, że Hiszpanię odwiedzimy sobie raz jeszcze, na spokojnie i indywidualnie. Żarcie – zamawiane tam, gdzie robią to miejscowi – tanie i pyszne. Transport publiczny, choć słabo opisany, jest tam dość dobrze rozwinięty, a ceny hoteli bez brewerii, szczególnie po sezonie. Z resztą tylko po sezonie da się tam wytrzymać z uwagi na klimat i mniejsze tłumy turystów.

20:54, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 października 2008
Piłsudski rulez

Ostatnio prawicowi posłowie, nie mając innych pomysłów na zrobienie czegokolwiek pożytecznego, a walcząc o poprawę swoich rankingów, zaczęli forsować pomysł ustanowienia święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Generalnie 3/4 wyborócw wolałaby wolny 2 maja - żeby skończyć z upierdliwą dziurą pomiędzy dwoma świętami 1. i 3. To, co w historii z trzema magami ze Wschodu mi się najbardziej podobało, że zdaniem prawicy dyskusja o tym święcie to wybór pomiędzy patriotyzmem Piłsudskiego, który taki wolny dzień wprowadził, a Gomułką, który je likwidował.

W "Policyce" przeczytałem bardzo ciekawy komentarz Ostrowskiego na ten temat. Otóż Piłsudski był socjalistą i konwertytą, który porzucił katolicyzm na rzecz wyznania protestanckiego (chodziło o rozwód i małżeństwo po rozwodzie z miłością jego życia). Nic dziwnego, że w parlamentarnych przepychankach musiał czasem partiom katolickim coś dawać - i wbrew własnym przekonaniom podarował im Trzech Króli (i parę innych rzeczy, do których również nie był przekonany). Współczesne powoływanie się na ten casus jest bardzo na miejscu: dziś również Kościół różnymi sposobami chce zwiększać swój wpływ polityczny - choć formalnie od pomysłu wolnego dnia się odcina.

Tymczasem nie słyszałem, by prócz Ostrowskiego ktoś jasno i wyraźnie powiedział, że tak jak KK powołuje się na konkordat np. w kwestii religii w szkole, tak teraz o konkordacie nie wypada wspominać, bo reguluje on sprawę dni wolnych od pracy. No, ale przecież religijne święto uznane za kolejny dzień wolny od pracy to oddolna inicjatywa Kropiwnickiego.

Za to innej gazecie trafiłem na cudny tekst o działalności terrorystycznej Marszałka. Opisany był napad na pociąg w celu zdobycia funduszy na działalność niepodległościową, jaki miał miejsce w 1907 r. I smaczki: w liście Piłsudskiego znalazło się wyjaśnienie dla jego osobistego udziału. Piłsudski pisał, że musi w taki bandycki sposób szukać kasy na działalność, bo nie ma już siły żebrać o pieniądze u rodaków, skaralałych i zdziecinniałych ze strachu i niewoli. Twarde słowa. I druga wypowiedź: Piłsudski uważa, że gdyby coś nie wypaliło i w napadzie by go zabili, to byłoby sprawiedliwe wobec tych wszystkich bojowców, jakich wysłał na podobne akcje, z których nie wrócili. Piłsudski był inteligentem i nie miał wielkiego miru u robotników, szeregowych działaczy PPS. Potrzebował więc pokazać, że ma jaja i się nie oszczędza.

Im więcej dowiaduję się o tej postaci, tym bardziej mnie fascynuje. Musze poczytać jakieś solidne historyczne opracowania - tylko nie pisane na kolanach. Chciałbym poznać lepiej biografię faceta, który był na tyle dojrzałym patriotą, że godził się z faktem, że większośc jego narodu to tchórze i głupcy, którzy zatraceni w swojej małości nie potrafią sami z siebie zrobić wiele dobrego nawet dla samych siebie.

10:43, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Użalanka

Wylądowałem z moją A w Hiszpanii na kilkudniowym wyjeździe. Wcześniejsze dwa tygodnie były strasznie pracowite: próbowałem zorientować się, czego brakuje w redakcji i dobrze przygotować się do rozmowy z prezesem. Pisać mogłem tylko nocami, co przekładało się na potęgujące się niewyspanie i zmęczenie. Przegięcie maksymalne nastąpiło w poniedziałek: tekst pisałem do trzeciej w nocy, a o 3:45 była pobudka - o 4:30 mieliśmy zbiórkę na lotnisku. Cały dzień w samolocie, a potem w busie wiozącym nas z Malagi do Rondy. Potem 3 godziny zwiedzania miasta. Po powrocie okazało się, że równie dobrze zasypiam siedząc na kibelku, co w trakcie zawiązywania sznurówek. Żadnego z odcinków serialu, jaki wzięliśmy w ramach wieczornych atrakcji, nie zdołałem obejrzeć do końca, miło szczerych chęci.

Dziś jest drugi dzień wycieczki. A zajęła moje miejsce w ramach atrakcji zmotoryzowanych i właśnie ściga się bolidem Formuły 3 po torze Ascari. Ja pół-śpię, pół-pracuję. Boli mnie całe ciało, ale po przespaniu 7 godzin w łóżku - najmniej głowa.

I wiecie co? Czuję się wspaniale, bo czuję, że żyję. Czuję całe moje ciało, wiem, że wyduszam z siebie ile się da. I to wspaniałe uczucie. I choć czasem sobie postękam (wszak jestem Polakiem), to i tak uważam, że życie jest piękne.

10:26, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 października 2008
Wyścig papieży - finisz
Największy sukces Klemensa to odzyskanie władzy we Florencji dla swoich kuzynów i małżeństwo córki jego siostrzeńca (Lorenzo, władca Urbino) z Delfinem, a potem królem Francji. Tak tak – to była Katarzyna Medycejska, władczyni Francji z uwagi na swoje chorowite i szalone potomstwo.
Najbardziej żałował tego, że nie udało mu się ożenić jednego ze swoich kuzynów z córką cesarza – bratanek ten otruł innego papieskiego bratanka (chodziło o kochanka), a potem sam został zamordowany. Takie czasy.

Paweł III (1534-49, Alessandro Farnese)
Nazywano go wcześniej babskim kardynałem, bo kapelusz dostał dzięki wsparciu siostry, kochanki Aleksandra VI. Z Aleksandra czerpał też przykład: swojego syna Pierluigiego namaścił na księcia Parmy, ustanawiając tam dynastię panującą do połowy XVIII wieku (poszło mu więc lepiej niż Borgiom). Syna Pierluigiego, Alessandra, uczynił kardynałem w wieku lat 14 (ten limit wieku papieże skopiowali chyba z Medyceuszy).
Paweł III bierze odpowiedzialność za oderwanie się Anglii od Rzymu – nie wnikając w sytuację polityczną, założył, że Henryk VIII ukorzy się i porzuci pomysł rozwiązania małżeństwa z córką króla Hiszpanii. Wykonawcy papieskiego planu – Thomas More i arcybiskup Fisher – zostali straceni.
Paweł wymyślił też Święte Oficjum, czyli rzymską inkwizycję. Przydała się – obroniła Włochy dla katolicyzmu (myślących inaczej po prostu palono, a resztę terroryzowano).
Zgodził się też (polecenie wydał cesarz) zwołać sobór w Trydencie. Sobór jednak nie pomógł rozwiązać żadnego z najważniejszych problemów katolicyzmu. Papież z resztą nie dożył końca soboru.

Juliusz III (1550-55, Giovanni Maria Ciocchi del Monte)
Jak tylko go wybrano, mianował swojego 17-letniego sługę Prevostina kardynałem. Sługa ten, został usynowiony przez del Monte – zrobił wrażenie na kardynale, dzielnie walcząc z ulubioną małpą przyszłego papieża. Tak oto żebrak i włóczęga został papieskim elektorem – taki powiew demokracji.
Juliusz był gejem i tego się nie wstydził. Kardynał della Casa zadedykował mu nawet swój poemat „Pochwała sodomii”. Sam papież planował uczynić kardynałem Aretina, wówczas najbardziej sprośnego autora poezji i prozy – jednak za późno wpadł na ten pomysł: zmarł 5 lat po wyborze.

Marceli II (1555, Marcello Cervini)
Znowu papież, który rządził kilka tygodni (dokładnie: 23 dni). I znowu ktoś, kto nie wymyśla nowego imienia. Skromniacha. Ale może słusznie – ostro wziął się do pracy i zrobił pod względem reform więcej dobrego, niż kilku poprzednich papieży razem wziętych. Cóż, przepracował się i umarł, a zapamiętany zostanie dzięki mszy Palestrina, któremu nakazał skomponowanie pieśni liturgicznych o jakości lepszej niż karczemne przyśpiewki.

Paweł IV (1555-1559, Gian Pietro Carafa)
Jak wielu poprzedników miał kochankę (to że jedną jest pewnym novum) i kilkoro nieślubnych dzieci. Wnuka i dwóch bratanków (odpowiednio 14 i 16 lat) uczynił kardynałami. Norma.
Zapisał się jako jedyny papież, który sam własną książkę umieścił w Indeksie Ksiąg Zakazanych: napisał rozprawę o słabości Kościoła, które mogą wzmagać reformację – przeznaczona była ona tylko dla Pawła III, ale wyciekła. Protestanci zaczęli z niej korzystać, a by uniknąć totalnej kompromitacji, Carafa już jako szef szefów postanowił odebrać możliwość jej czytania wiernym swojego Kościoła.
Na reformację potrafił reagować tylko gniewnymi pomrukami. Był zbyt zajęty walką z Hiszpanami, których nienawidził jako urodzony neapolitańczyk, by pamiętać, że są jeszcze jakieś inne, wymagające uwagi sprawy.
Był też wielkim antysemitą: to on zepchnął Żydów do gett, ograniczył zawody przez nich wykonywane do handlu żywnością (ale nie zbożem) i starzyzną. Zmniejszył liczbę bożnic do jednej na miasto. Nasilił nawracanie żydów przemocą i torturami.
Generalnie lubił terror i gdy umarł, w Rzymie rozpoczął się karnawał.  

Pius IV (1559-65, Angelo Medici)
Kolejne konklawe ciągnęło się tak długo, że z nudów mało nie wybrano La Cuevy, hiszpańskiego kardynała, który miał niezliczoną bazę pomysłów na gry salonowe. W końcu padło na Mediciego – ale już nie z tych patrycjuszy, tylko jakiegoś pomniejszego pociotka, który swojej pozycji dopracował się z pomocą własnego rozumu i pracy. Jak zwykle po wyborze ściągnął do Rzymu pociotków i zaczęły się nominację. Wśród szczęśliwców znalazł się jednak przyszły święty, Karol Boromeusz, co uprawnia katolickich komentatorów do twierdzenia, że była w tym ręka Boga.
Pius IV zamknął sobór, jednak nie przyniósł on rozwiązań kryzysu religijnego i ta porażka oznaczała rzezie we Francji i Niemczech. 

Pius V (1566-72, Antonio Michele Ghislieri)
Za młody jurny ksiądz, w końcu porzucił słabości ciała. Właściwie zajął pozycję przeciwną do hedonizmu – umartwiał się postami i włosiennicą, lubił też patrzyć na tortury. Nie dla przyjemności – raczej dla umocnienia w sobie braku współczucia, niewzruszoności. Regularnie co tydzień odwiedzał lochy inkwizycji, która dostała od niego legitymację dla rozkręcenia działalności. Wprowadził terror, jakiego Włochy jeszcze nie znały – wzmacniany siecią tysięcy donosicieli.
Wymyślił też, że ekskomunikuje Elżbietę I, królową Anglii i w specjalnej bulli nakazał poddanym jej „odsunięcie od władzy wszelkimi sposobami”. Katolicy w Anglii dostali więc licencję na zabijanie, z automatycznym odpustem w pakiecie. Nawiasem mówiąc, poprzedzająca ją królowa Maria, katoliczka, wykrwawiała swój kraj w poszukiwaniu protestantów i tysiące dzięki niej trafiło na stosy. Elżbieta nie miała w sobie takiej krwiożerczości – spiskujących katolików wieszała jako zdrajców. Mimo to z grona tych zdrajców na ołtarze jako święci trafiło całkiem sporo spiskujących mord na królowej katolików. Protestanci nie mają świętych – do spalonych więc nikt się nie modli.
To Pius V utwierdził też Kościół w uporze trzymania się łaciny jako języka liturgii. Skoro protestanci tłumaczyli Biblię na języki narodowe, a swoje nabożeństwa odprawiali w tychże, to Kościół Rzymski musi na odwrót. Bez sensu, ale trzymano się tego przez 400 lat. Brawo.

To tyle – wypisałem się, bo chciałem się oderwać od ekonomicznego pisania.

PS Dostałem awans na zastępcę rednacza. Niedługo negocjuję nowe warunki zatrudnienia, póki co właściwie kieruję większością aspektów działania miesięcznika.
W nagrodę wysłałem się na urlop (razem z Anią) na kilka dni do Hiszpanii. Muszę odespać i trochę odsapnąć, bo ostatnie dni były koszmarne. Książka o papieżach to jedyna rzecz, jaką zdołałem przeczytać (z rzeczy pozapracowych) od miesiąca – stąd może ta sążnista relacja.
21:13, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Wyścig papieży

Skończyłem właśnie książkę „Występni papieże renesansu. Prawda czy czarna legenda?” Gerarda Noela. Polecam, choć może warto czytać od 50 strony, bo początek jest nudny i tak wiele nie daje, jak się autorowi zdawało. Nota bene: pisarz jest historykiem i redaktorem „Catholic Herald”, wydawanego w Anglii, a także należy do Royal Society of Literature. Nie jest to więc antykatolicka propaganda autorstwa protestanta, tylko wewnętrzna krytyka okiem historyka. Ciekawe, bo facet broni papieży uznanych za potworów, a wyciąga sprawki tych, o których pamięć zachowała się lepsza niż na to zasłużyli. Ale nie będę gołosłowny, tylko wrzucę tu najdłuższy blogowy wpis, jaki dotąd napisałem. Życzę przyjemnej lektury.

Kalikst III (1455-58, Alfonso Borja, czyli Borgia – wuj Aleksandra VI)
Wybrany na konklawe, na którym było tylko 15 kardynałów, wśród których było tylko 9 duchownych. Zalał Rzym Hiszpanami, dzięki czemu wzmógł do nich nienawiść, jaka brała się z ich obecności w Neapolu.

Pius II (1458-64, Eneasz Sylwiusz Piccolomini, wuj Piusa III)
Oprócz promowania ziomków niewiele ciekawego zwojował na tym stanowisku.

Paweł II (1464-71, Pietro Barbo, siostrzeniec Eugeniusza IV)
Przystojniak i narcyz, chciał przybrać imię Formozus (po grecku „przystojny”), ale takie imię przybrał papież, którego ciało po śmierci zostało ekshumowane na rozkaz jego następcy Stefana VI, posadzone na tronie i osądzone. To źle wróżyło, więc wybrał Pawła.
Bardzo lubił przyjmować gości, szczególnie piękne kobiety i młodzieńców (był biseksualny) – nawet w obliczu ambasadorów przybyłych na kolację potrafił wybrać sobie wyjątkowo apetycznego sługę, którego na jego rozkaz rozbierano, a następnie torturowano. Lubił jak jęki mieszały się z dźwiękami lutni i fletów.
Przywrócił zwyczaj chodzenia papieży w koronach – kazał zrobić sobie nową specjalnie na rozmiar swojego ego. Korona kosztowała 120 tys. dukatów – tyle, co kilkuletnie utrzymanie 20 tys. armii. Jedna z plotek głosiła, że umarł właśnie na skutek ciężaru, jaki zwyczajnie skręcił mu kark.

Sykstus IV (1471-84, Francesco della Rovere, wuj Juliusza II)
Po wyborze na papieża z miejsca mianował kardynałami dwóch bratanków – jeden później został papieżem. Trzeciego krewnego – siostrzeńca – mianował kilka lat później. Również biseksualista, nie ukrywał słabości do pięknego ciała. Zachował się dokument, w którym zezwala rodzinie kardynała Santa Lucii na uprawianie sodomii w wyjątkowo nudnych i męczących miesiącach czerwcu, lipcu i sierpniu. Był więc wyrozumiały dla seksualnych potrzeb kolegów po fachu.
Najbardziej kręciło go jednak kazirodztwo – najchętniej bzykał członków własnej rodziny. Z własną siostrą spłodził chłopca nazwanego Pietro Riario. I opłaciło się, bo potem bzykał się też z tymże Pietro właściwie tego nie kryjąc przed nikim. Drugiego kuzyna – Giuliano della Rovere – pompował jako chłopca, potem biskupa, potem kardynała. Pompował skutecznie: della Rovere dwadzieścia lat później został papieżem.
Zapamiętany zostanie jednak nie z powodu swojej etyki, ani z tego, że utworzył hiszpańską inkwizycję, która przez następne 300 lat będzie terroryzować półwysep Iberyjski. Zbudował bowiem kaplicę sykstyńską – najbardziej znany zabytek Watykanu.

Innocenty VIII (1484-92, Giovanni Battista Cibo)
Cibo kombinował, jak jeszcze większym wstydem okryć na kartach historii Kościół Katolicki – i wymyślił. To on był gorącym orędownikiem „Malleus Maleficarum”, czyli „Młota na Czarownice”. Napisał bullę, która stała się wstępem do tego podręcznika tortur i bzdur, jakie miały sankcjonować kary za domniemane czarownictwo. Czyli jak baba utonie w rzece, to znaczy, że może była w porządku. A jak nie utonie, to się czarownice spali.
Bardzo kręciło go znęcanie się i upadlanie kobiet, był mizoginem doskonałym, ale bzykał też czasem kobiety, choć częściej chłopców. Był więc trzecim biseksualistą z rzędu na papieskim tronie. Spłodził kilkoro nieślubnych dzieci, co było standardem jeśli chodzi o papieży, jak i w ogóle możnych okresu włoskiego renesansu.
W drugiej części pontyfikatu coraz więcej się obżerał i coraz więcej spał. Wkrótce robił już tylko te dwie rzeczy. Utył tak potwornie, że nie był już w stanie zejść z łóżka, a by podleczyć zdrowie karmiono go kobiecym mlekiem. Gdy wpadł w konwulsje, lekarz zaproponował transfuzję. Połączono jego żyły z żyłami kolejno trzech młodych mężczyzn. Nic dziwnego, że żaden z nich tego nie przeżył (podobnie jak Innocenty). Kronikarz wspominał z emfazą, że palce ochotników (teraz już trupów), rozginano metalowymi prętami, by zabrać im złote dukaty, jakie otrzymali za podjęcie ryzyka takiej operacji.

Aleksander VI (1492-1503, Rodrigo Borgia, siostrzeniec Kaliksta III)
Najsłynniejszy potwór na papieskim tronie – jednak głównie jego zła opinia bierze się z tego, że był znienawidzonym Hiszpanem, który broniąc swojej pozycji dbał o kariery rodziny i ziomali – kilku zrobił książętami. Obsmarowali go kronikarze następców, których jako kardynałów trzymał dość krótko. Próbował ogarnąć Państwo Papieskie, scentralizować je – ale trafił miedzy młot Hiszpanów i kowadło Francuzów, a więc w spór o Neapol. Wybrnął z niego zręcznie, bez większych strat dla Włochów i Rzymian – szczególnie, gdy porówna się to do potworności, jakie będą działy się w Italii kilkadziesiąt lat później za panowania tych, którzy go oczerniali.
Żył i jadł tak skromnie, że rzadko miewał gości. Jego krytycy zbudowali z tego mit, że był trucicielem – tymczasem na jego stole były zawsze chleb, sardynki i tanie wino. Nikt się więc nie garnął.
Z Borgii i jego dzieci: Cesarego oraz Lukrecji – zrobiono potwory. Tymczasem nie odstawali specjalnie od makiawellicznej normy. Cesaremu po prostu się nie udało – gdy zaczął przegrywać, przestał być złotym dzieckiem Włoch, do którego garnęli się sojusznicy. Potem ci, których pobił na polu bitwy i dyplomacji jeździli po nim równo (zginął w wieku 31 lat jako kondotier w Nawarze). A Lukrecja? Nie ma jednoznacznych dowodów, że kogoś otruła. A nawet gdyby – czasy były brutalne. W samym Rzymie dziennie na brzegu Tybru znajdowano kilka-kilkanaście ciał dziennie. I to nie tylko za tego pontyfikatu – raczej było to mało, bo Aleksander zwiększył wydatki i zreorganizował służby miejskie.
Tak jak wielu innych papieży trzaskał kasę sprzedając kardynalskie kapelusze – we wrześniu 1500 r. zarobił w ten sposób 120 tys. dukatów w jeden wieczór, sprzedając 12 sztuk. Robił pieniądze ściągając klątwy nałożone przez poprzednich papieży, unieważniając małżeństwa królów i ogólnie świadcząc usługi dla ludności. Ufundował największy dom publiczny w Rzymie i ciągnął z niego rokrocznie 50 tys. dukatów. 

Pius III (1503, Francesco Todeschini-Piccolomini, siostrzeniec Piusa II)
Wybrany jako kompromis w sytuacji patu – o tron walczył della Rovere i kardynał Sforza. Nie zdążył namieszać: rządził 26 dni.

Juliusz II (1503-13, Giuliano della Rovere, bratanek Sykstusa IV)
Nazywano go Il Terribile (Groźny), ale nie tylko terroryzował, ale i prowadził sprytnie dyplomacje i kupował kogo trzeba, np. kardynałów na konklawe, które go w końcu poparło. Nie on pierwszy, nie ostatni.
Ściągnął do Watykanu Rafaela i Michała Anioła i tego ostatniego z dużym prawdopodobieństwem zaliczył. Bardzo lubił cielesne uciechy, dość wcześnie zaraził się syfilisem i chętnie się nim dzielił z innymi. Miał specjalnie poinstruowanych sługów, którzy jednak dbali by zachować pozory – pilnowali, by nikt nie całował go po stopach, które były potwornie zniekształcone od choroby, której przyczyny wszyscy się już wtedy domyślali.
Przez cały pontyfikat centralizował władzę i wojował. Gdy malowano jego portret nie chciał załgać obrazu i kazał sportretować się z mieczem w dłoni (zamiast Pisma Świętego).
Podczas walki z Francuzami wymknął mu się fajny bonmot: „Zobaczmy, kto ma większe kule: papież, czy król Francji”. Po czym wyszedł na mury zamku, który był oblegany, w ornacie, z hostią i całym świecącym i świętym kramem w procesji. Francuscy żołnierze nie potrafili zmusić się do strzelania do głowy swojego Kościoła, namiestnika Chrystusa na Ziemi.

Leon X (1513-21, Giovanni Medici – syn Wawrzyńca Wspaniałego)
Tu też fajny bonmocik: „Bóg dał nam papiestwo – zabawmy się!”. Sprytnie wybrany szybko, zanim na konklawe pojawili się kardynałowie z Francji. Do promocji szykował się od dawna – kardynałem został w wieku 14 lat (któreś z hiszpańskich książątek miało 12, a syn króla Francji w XVI wieku 8, więc spoko). Był brzydalem i miał potworne owrzodzenie odbytu, które – jak pisze kronikarz – doskwierało mu szczególnie po chwilach uciech, jakim się oddawał z młodzieńcami. Ale na konklawe wytrwał do szczęśliwego finału, którego od początku był faworytem. Uwielbiał pompę: ceremonia jego intronizacji kosztowała 100 tys. dukatów – 1/7 tego co zostawił w skarbcu stale reformujący, porządkujący sprawy, szukający kasy i wojujący poprzednik.
Rozrzutność wymagała specjalnych sposobów pozyskiwania funduszy – kredyty szybko zaczęły być mordercze dla Państwa Papieskiego, przy oprocentowaniu rzędu 40 proc. Sprzedawał więc kapelusze kardynalskie nawet zadeklarowanym ateistom – niektórzy hobbiści dla żartu kupili sobie najwyższy (po papieżu) tytuł za 70 tys. dukatów. Większość płaciła ok. 20 tys. Podniósł też opłaty w rzymskich burdelach, które od dawna były częścią Vaticanum Incorporated. Łącznie mianował 31 kardynałów, w tym 3 zawodowych bankierów (była to forma spłaty pożyczek).
Miał skłonność do pięknych mężczyzn i niektórych mocno promował. Niejaki Alfonso Petrucci dosłużył się tyłkiem godności kardynała – i poczuł wiatr w żagle. Kupił więc lekarza papieskiego, który przykładał do wrzodów na tyłku jego świątobliwości jakieś maści – by tym razem przyłożył truciznę. Plan się wydał, Petrucci uciekł, ale dostał gwarancję nietykalności. Po tym, jak wrócił się pokajać i prosić o wybaczenie, został wrzucony do lochu i torturowany, a w końcu stracony. W ramach łaski do uduszenia umęczonego człowieka użyto jedwabnego sznura w kolorze szaty kardynalskiej. Pełen bon ton.
Poza tym spisek sprawił, że Leon zaczął rzucać oskarżenia na lewo i prawo, a oskarżeni musieli się wykupywać sumą 5-50 tys. dukatów (w zależności od nastroju papieża). Ruszyła też kampania zbierania kasy przez odpusty – i to z filiami w całej Europie. Ten proceder rozbujany do rozmiarów przemysłowych, odpalił za pontyfikatu Leona niejakiego Marcina Lutra. Rozpasane życie Medyceusza i jego długi były więc współodpowiedzialne za reformację, rozpad świata chrześcijańskiego i ponad 200 lat wojen religijnych. Nieźle się zabawić, a inni niech się martwią – to powinno być jego mottem. Zostawił po sobie dług w wysokości 800 tys. dukatów, który będzie ciążył kolejnym pontyfikatom i spowoduje, że następni papieże będą tylko kombinować, skąd wziąć kasę. Luter – który odmówił przyjazdu do Rzymu w celu spalenia na stosie – mógł dalej grzmieć, bo przemysł odpustowy musiał pracować, inaczej Watykan musiałby ogłosić upadłość i bezpośrednia opieka Pana Boga mogłaby się okazać kompromitująco licha.

Hadrian VI (1522-23, Adriaan Florenszoon Dedal)
Kardynałowie bali się Cesarza, więc wybrali jego katechetę i nauczyciela. Dedal był prostakiem: gdy go wybrano (zaocznie, bo siedział w Hiszpanii), najpierw napisał list z pytaniem, czy w Rzymie będzie mógł się gdzieś tanio zatrzymać, bo jako papież powinien chyba tam zamieszkać. Na imię wybrał sobie Hadrian (żeby mu się nie myliło z tym otrzymanym na chrzcie). 7 miesięcy zbierał się i podróżował do Rzymu, gdzie dał sobie pocałować stopy przez wszystkich włoskich kardynałów (panował zwyczaj, że papież schylającego się do pocałunku w stopę schyla się i ściska – taka oznaka braterstwa ze strony pierwszego wśród równych). Łącznie rządził 20 miesięcy (wliczając podróż). Nie potrafił się na nic zdecydować, więc i niewiele po sobie zostawił. Wspaniały mnich, tragicznie beznadziejny papież, który przyśpieszył reformację.

Klemens VII (1523-34, Giulio Medici – bratanek Wawrzyńca Wspaniałego)
Rzymski motłoch zażądał na papieża Włocha. No i kardynałowie musieli tak kombinować, by tego Włocha wybrać, jednocześnie godząc zwaśnione stronnictwa. Gdy trwało to zbyt długo, tłum ograniczył posiłki elektorów do dwóch (chleba, wina i wody), nie ogrzewano sal, nie sprzątano. W takiej presji wygrał kolejny Medyceusz – dwa lata po zakończeniu pontyfikatu poprzedniego, który sprowadził na Watykan tyle problemów. Klemens był jednak uwielbiany przez tłumy z uwagi na wygląd i charakter. Choć jednak był wicekanclerzem dwóch poprzednich papieży, sam jako szef okazał się do niczego. Przede wszystkim: zdradzał sojuszników tak często, że wkrótce był brany za wroga przez wszystkich bez wyjątku. Idiotyczne zachowanie wobec cesarza Karola V, któremu wszystko wtedy się udawało, spowodowało najazd na Państwo Papieskie. Karol nie zlikwidował watykańskiego interesu tylko dlatego, że był katolickim władcą, który obawiał się próżni, jaką by to zostawiło. Przez Europę przewalały się właśnie kolejne fale reformacji.
Dlaczego dziś możemy zobaczyć szwajcarskich gwardzistów w Watykanie? To dzięki Klemensowi. Gdy do Rzymu zbliżała się armia cesarza, ten ignorował ten fakt, licząc na to, że sam Bóg pokona Niemców. Nie pokonał, a jego ci weszli do miasta i zastali go w jakimś jego ulubionym kościele. Ponad setka najemników ze Szwajcarii oddała życie, by papież mógł uciec. Głupota godna lepszej sprawy. Swoją drogą kilku kardynałów dało w długą za papieżem, ale nie wszystkim się udało. Del Monte (późniejszy papież Juliusz) został pochwycony i dla uciechy powieszono go za włosy. Niemcy i ich proste rozrywki.
Polityka Klemensa doprowadziła do największej katastrofy w Rzymie od czasu najazdów barbarzyńskich jeszcze za czasów Cesarstwa Rzymskiego. Tygodniami żołdacy gwałcili, mordowali, podpalali – aż w końcu zaczęło w mieście brakował żywności i w końcu wybuchła zaraza.
W końcu odeszli, a porozumienie z cesarzem wymagało m.in. wypłatę 400 tys. dukatów. Wcześniej, by tej tragedii uniknąć, wystarczyłoby zapłacić połowę, albo przeznaczyć ją na własną armię. Ale papież nie mógł się zdecydować.

cdn. 

21:13, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 października 2008
Hardcore
Mój szef poległ w firmowej walce koterii i próbie pogodzenia małego biznesu, jaki rozkręcił na boku, z prowadzeniem pisma. Połowa zespołu zastanawia się nad odejściem. Szef handlu to się zwalnia, to wyżywa na Bogu ducha winnych pracownikach.

W takiej atmosferze przychodzi mi przyjmować gratulacje z powodu mojego awansu. Na jakie stanowisko? Nie wiadomo. Z jakimi apanażami? Tym bardziej. Wiadomo, że teraz mam prowadzić pismo w tym sensie, że planuję najbliższe miesiące, dogaduję się z handlem, szukam nowych współpracowników. Do tego jestem odpowiedzialny za współpracę w stowarzyszeniem lobbystycznym, którego periodek wchłonął mój miesięcznik, co oznacza sporo przepychanek, bo umowa umową, a najlepiej zwalić komuś robotę na głowę, niech się martwi.
Na razie zbieram tylko pochlebne opinie, ale od 3 tygodni czekam na zalegającą pensję za pracę, jaką wykonałem w lipcu i sierpniu. I zastanawiam się, czy po rewolucji przywrócone zostaną oryginalne stawki – bo póki co były obniżone o 1/3.

Więc darujcie mi, że się nie cieszę. Jeśli nie byliście na zebraniu z moim prezesem, nie współpracowaliście z nim w poważniejszych sprawach, to uwierzcie mi na słowo: nie mam z czego się cieszyć. Zamiast gratulacji trzymajcie kciuki, bo na dniach będę renegocjował warunki mojego zatrudnienia. Dopiero wtedy okaże się, czy chociaż utrzymałem status quo przychodów do obciążenia pracą i obowiązkami. I czy faktycznie awansowałem i popchnąłem moją karierę do przodu.

Kariera... że też takie słowo przechodzi mi przez gardło...
19:52, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Pokacycki.pl
Ostatni tydzień obfitował w e-odkrycia. Najpierw ktoś przysłał mi link do strony, na której chłopiec mścił się na dziewczynie za zdradę, publikując jej rozbieraną sesję. Rzecz była szatańska: każdy, kto wchodził na stronę, w jej adresie widział rodzaj kodu. Gdy rozesłało się dostatecznie dużo linków rozsiewając domniemaną e-zemstę, prowokując innych do wchodzenia na stronę, dostawało się możliwość obejrzenia kolejnych nagich fotek.

A o co chodziło? Jak wyśledził Ć., w tekście o zemście na tej „sóce” (braki ortograficzne miały wskazać emocjonalny przekaz i autentyczność) pojawiał się link do testu na inteligencję. Gdy się go rozwiązało, wynik otrzymać można było tylko po wysłaniu sms-a płatnego 20 zeta. Piękna sprawa – twórca zarobił pewnie kilka tysięcy, znając przeciętny poziom inteligencji i czujności Polaków, no i ludzi jako takich.

Dziś wychodzę sobie z konferencji, a przed hotelem, w którym była, ospoilerowany żółty samochodzik z siedzeniami o pokrowcach w barwach krowiej skóry (czarno-białe łaty). Ohyda i w ogóle boleść. Kolega mój na to: „normalnie pstryknę fotkę i wrzucę na wiejskituning.pl”. I tu mnie zdumiał, bo nie wiedziałem, że są takie hobbystyczno-złośliwe stronki. Poszukałem i znalazłem: jest spora konkurencja.
http://wiejskituning.pinger.pl/
http://wiejskituning.blox.pl/html
i nieco przewrotna, żartobliwa bardziej:
http://www.sramnatuningi.com/

I tu nagle przypomniała mi się słodka strona, która nie raz poprawiała mi nastrój:
http://bialekozaczki.blog.pl/
Jeśli nie znacie, to wchodźcie: robi wrażenie.

A z bardziej pikantnych odkryć – miejsce, gdzie możecie wrzucić fotkę cycków Waszej dziewczyny (taki jest target) i pochwalić się znajomym. Albo swoje własne, jeśli jesteście płci pięknej. Z resztą nie koniecznie, z czego korzystają także niektórzy faceci.
http://pokacycki.fotolog.pl/

Niesamowite miejsce. Internet. Pozbądźcie się nadziei, wy, którzy tu wwwchodzicie.
19:39, bekspejs
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 września 2008
Wegetarianizm jest dla sofciarzy

Moje ciało się buntuje. Tym razem znikł apetyt i od 2 dni nic nie jem. Jedzenie z resztą kończy się źle, czyli na rozmowie z wielkim białym uchem. Nawet wielogodzinne spacery nie pobudziły ochoty na kanapeczkę. Więc radykalnie bo radykalnie, ale chyba się odchudzę. Lekarze generalnie nie potrafią podać nic więcej poza placebo. Ale za tydzień będę ubezpieczony prywatnie i łatwiej będzie mi latać po lekarzach i oddawać krew do badań. Nie mówiąc, że być może nawet taniej.

Poza tym poszedłem za radą lekarza i trochę odpuściłem siedzenie przy kompie – wczoraj byliśmy w kinie na „Hellboy’u – Złotej Armii”. Reżyseria Del Toro, więc wiadomo było, na co się wybieramy – na dziwne stwory, obrazy, miejsca jak z pokręconych snów. Zdumiewające faktury i materiały, z jakich złożone były różne bestie i kreatury pokazane w tym intensywnym, nasyconym kolorem świetle. A akcja – no cóż, Hellboy jak Hellboy. Trochę brakowało mi hitlerowskich motywów, bo to zawsze ma klimat. Ale elfy jako potwory też były spoko.

Nie wyszedłem jednak z wrażenia, pod jakim znalazłem się po niedawnym obejrzeniu nowego Batmana, czyli „Dark Knighta”. To jak dla mnie najlepszy film z cyklu, rywalizujący z jedynką. Głęboki klimat, chwilami naprawdę mrówki chodzące po plecach, gdy wywód na tematy społeczeństwa prowadził Joker. No i grający go Ledger, naprawdę dorastający do roli i rywalizacji z Nicholsonem, który w pierwszej części odtwarzał tą postać.
Są minusy: pewne niedorzeczności scenariuszowe, resztki komiksowości, która nie pasuje do reszty – realistycznej i brutalnej, niektóre sceny wypadły sztywno i nijako.
Ale moja ostateczna ocena jest pozytywna. Gdyby jeszcze pasażerowie promów wysadzili się w powietrze (detonatory powinny być uzbrojone na odwrót, niż powiedział Joker), to byłoby jeszcze lepiej – bardziej szaleńczo, strasznie, okropnie, ponuro i pesymistycznie. Tego właśnie potrzebuje Batman, jeśli jego reanimacja ma się udać – uwspółcześnionego, dobrze podanego pesymizmu. Ameryka tego potrzebuje.
11:13, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 września 2008
Lejdis: kupa z masłem i ziemniakami
Subiektywne odkrycie ostatnich dni: nie tylko tekst piosenki się liczy, nie tylko charyzma wokalisty i moja do niego sympatia! Przekonałem się o tym, słuchając kilku płyt VooVoo (dzięki Ć!). Ku mojemu zdumieni z największą przyjemnością słuchałem płyty „Męska muzyka”, gdzie WW występuje ze wsparciem swoich latorośli. Niby stare dobre VooVoo z bonusem (nie brakowało płyt ze wsparciem wokalistek czy rodziny Peszków). Ale akurat tu warstwa muzyczna jest jakby najbardziej dopieszczona, najgłębsza, najlepiej uzupełniająca wokale, najmniej surowa. Oczywiście nie wszystkie kawałki mi się podobają, ale wszędzie tam, gdzie śpiewa Wojciech, a muzyka leje się do uszu bez napierania, „Męska muzyka” kładzie na łopatki poprzednie pięć, sześć płyt, jakie mogłem odsłuchać dla porównania.

Po napisaniu ostatniego tekstu do kolejnego numeru mojego miesięcznika, zamiast śpieszyć się z pisaniem o reinkarnacji, postanowiłem dać sobie troszeczkę luzu. I obejrzałem w towarzystwie mojej ukochanej dwie polskie dość świeże komedie. W kolejności achronologicznej. Najpierw „Lejdis”, potem „Testosteron” – filmy zrobione przez podobne ekipy reżysera i aktorów. Cóż, po raz 155. okazało się, że druga produkcja nie dorasta do pięt tej pierwszej chronologicznie. W „T” panowie w wielu scenach ewidentnie improwizują, a przy tym widać, że bawią się grą, czują scenariusz lub wzbogacają go po swojemu. Zapomina się, że to jest to Szyc, to Adamczyk, a to Karolak, tylko szybko widzimy już tylko postacie, jakie kreowali (Stuhr wypadł niestety gorzej). Co więcej, film chwilami żartuje sobie z innych produkcji aktorów (tak z roli papieża, jak i chałtur serialowych), ale bez nachalności, ot tak, mimochodem. Generalnie, poza kilkoma bełkotliwymi wypowiedziami, których w zasadzie nie da się usłyszeć i zrozumieć (tak nigdy nie powinno być w filmie za wyjątkiem sytuacji, gdy aktor ma wydać z siebie po prostu niezrozumiały bełkot, a nie np. uczestniczyć w dialogu lub coś pointować, jak to miało miejsce na „T”!!!), nie mam większych technicznych i scenariuszowych zastrzeżeń. Ogląda się to miło, generalnie jest sporo scenariuszowych zaskoczeń, czyli film nie jest do bólu przewidywalny, co jest typowe w większości polskich produkcji. Generalnie film oceniam jako naprawdę fajną rzecz – w dodatku gotową do eksportu, bo uniwersalną i zabawną bez ewidentnego kodu polskiej kultury.

Dla porównania „Lejdis” to kupa. Z przykrością stwierdzam, ale panie wypadły słabiutko. Wielokrotnie miałem wrażenie deklamacji w teatrzyku szkolnym. Wrażenie było pogłębione kilkoma sytuacjami, w których pojawiają się dzieciaki, które w polskim filmie i telewizji generalnie tylko deklamują albo się wygłupiają, jak Olszówka. A to nie jest jedyna opcja – weźcie np. Dakotę Fanning. Panie ewidentnie nie czuły scenariusza, ale trzymały się go, nie odstępując na krok. Bardzo słabo to wyszło – naprawdę fajne linie dialogu padają tak nieautentycznie, że smutek mnie ogarniał. A to przecież komedia.
Poza tym w odróżnieniu od „T”, który jest poszarpany z natury, nie ma wyraźnego początku – coś się stało, ale nie wiemy co i składamy opowieść do kupy – w „L” niby jest ładny układ jednego roku z życia pań, ale jakoś to się rwie, traci tempo, nie tworzy spójnej całości. Są ładne scenki, jak ta, w której lafirynda rzuca miłość swojego życia (bo kobiety muszą być nieszczęśliwe – gdy szczęście jest blisko, to uciekają, co skądinąd jest dość prawdziwą obserwacją scenarzysty). I nie wiem, skąd te zachwyty nad Różczką, dla mnie poza ładną buzią niewiele w tym filmie pokazała, wypadła gorzej niż koleżanki.
Końcówka filmu, co w polskim kinie dość rzadkie, okazuje się zjadliwsza niż początek i środek. To jednak nie zmienia faktu, że przez 2/3 czasu oglądania musiałem wykrzykiwać „to się kupy nie trzyma”, „nie kupuję tego”, „dlaczego one to robią, skoro wcześniej...” itd. Więc niestety: kupa z masłem i ziemniakami. Czyli są atrakcyjne i smaczne szczegóły, ale całość do niczego.
19:32, bekspejs
Link Komentarze (2) »
środa, 17 września 2008
Żenada żenadą pogania

Regularnie przychodzi mi na myśl, obserwując nasze życie polityczne, że już gorzej być nie może, że to już najgłupsza rzecz, jaką chłopaki wymyślili. Najbardziej złodziejska, bezczelna, obmierzła, antypatriotyczna i antydemokratyczna.

I zawsze się mylę, bo gorzej może być zawsze.

Z otwartymi ustami słuchałem dziś telewizora, w którym Marszałek Sejmu Komorowski tłumaczył z zażenowaniem, że specjalna komisja musi się zająć problemem, czy honorować ewidentnie kłamliwe usprawiedliwienia posłów, które mają być podstawą do wypłacania im kasy za nieobecność na komisjach sejmowych (i bodaj – na głosowaniach).
Sziwo, jak można być tak obłudnym, by potem ubierać togi reformatorów, uzdrowicieli państwa, tych, którzy chcą nowotwór biurokratyczno-urzędniczy leczyć i z korupcją walczyć, jeśli samemu w kłamie się (dowód na piśmie – lewe zwolnienie), by uzyskać kilkaset złotych przysługujących za pracę, jedyną pracę jaką te mendy mają?

Superhiperultrapatriotyczny PiS, poszukując nowych sposobów paraliżowania prac rządu, wymyślił, że przygotowywane (a więc dalekie jeszcze od głosowania) ustawy będzie denuncjował w Komisji Europejskiej. Co to, kurwa, ma być? Zaczynam wspominać czasy rzeczpospolitej szlacheckiej i jej liberum veto z pewnym rozrzewnieniem. Dawno przebiliśmy dno rozkładu systemu demokratycznego, jaki ustanowili nasi ziomale trzy, cztery wieki temu.

A najpiękniejsze jest to, że przyjdą wybory i miliony ludzi odda swoje głosy na tą hołotę. A kolejne miliony ze strachu przed zwycięstwem Bezprawia i Niesprawiedliwości zagłosuje na kogokolwiek innego, choćby na skupioną na pijarze, bierną, rozlazłą i tak samo skorumpowaną jak cała reszta Platformę.




Nie mogę dziś znaleźć ukojenia w myśli, że w innych krajach jest podobnie, wcale nie lepiej. Co gorsza, nie widzę wyjścia z sytuacji. Taki dzień.

 

09:51, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 września 2008
Ciekawostki z Wikipedii
Z ostatnich dni – czytałem sobie o flocie Teksasu z czasów niepodległości tego kraju. Liczyła ona 4 szkunery i znikła w ciągu dwóch lat (1836-1838) na skutek działań floty brytyjskiej i amerykańskiej (okręty trudniły się w zasadzie korsarstwem), a przede wszystkim meksykańskiej (której atakowanie było najważniejszym celem utworzenia marynarki wojennej Teksasu).

Inny przykład: młyny św. Klary we Wrocławiu. Dotrwały w niezłym stanie od XIII wieku do II wojny światowej, ale wtedy zostały zniszczone przez Rosjan. Ruiny można było zrekonstruować, uzyskując ciekawą atrakcję turystyczną. Ale prezydent miasta zdecydował, że lepiej je wysadzić w powietrze. Śmieszne i straszne jest to, że pomysł skłonił do protestu nawet PRL-owskiego ministra kultury, ale prezydent był nieugięty i resztki młynów zniszczono – w 1975 r., który ogłoszono „Rokiem Ochrony Zabytków”.

I ostatni smaczek: grób świętej Paraskewy. Pochowano ją Epiwat w Serbii pod koniec XI wieku, ale później grób przenoszono: w 1238 r. do Trnowa, kilkadziesiąt lat później do Jass w Rumunii, później jeszcze – to już trzeci raz – do Belgradu, za czwartym razem w 1522 r. do Konstantynopola i za piątym w 1641 r. do Jass. Jak wędrowała za życia (Paraskewa urodzona w Serbii dotarła pieszo do Ziemi Świętej), tak i po śmierci.
14:25, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 września 2008
670 tys. laptopów

Mój przyszły szwagier wyjechał dziś rano do Edynburga na studia informatyczne. Rodzina martwi się, jak sobie poradzi, skoro wyskakuje prosto spod skrzydeł rodziców. Ale z mojego punktu widzenia powinni być przede wszystkim dumni: sam dostał się na studia informatyczne na Polibudzie, sam ocenił, że są one do niczego, sam znalazł alternatywę, zarobił pieniądze na bilet i start, złożył papiery, dostał się, zdobył akademik i zapewne za parę dni poinformuje o swojej pierwszej pracy, która pozwoli mu się tam utrzymać.

Zazdroszczę mu trochę, bo za moich czasów taki wyjazd był raczej trudny do zorganizowania. E tam, nie do końca to prawda – zazdroszczę mu tej samodzielności i uporu, bo życie ułożyć sobie bardziej według własnych oczekiwań. Ja zdołałem gówniane studia zamienić na równie gówniane, ale za to nieco mniej męczące. A i nawet tych do tej pory nie zdołałem skończyć. Ale przynajmniej zarabiam pisząc, to już coś, bo sprawia mi to przyjemność.

-

Przy okazji wyjazdu, a właściwie wylotu. Ostrzegłem szwagra, by schował swojego laptopa do bagażu podręcznego, bo lotniskowi pracownicy potrafią rzucać walizami i uszkodzić sprzęt. Albo po prostu ukraść komputer. Nie musiałem tego mówić, J uznawał trzymanie lapota przy orderach za rzecz oczywistą.

Piszę to, bo dziś znalazłem informację, jaką skalę mają kradzieże laptopów. W samych Stanach rocznie ginie obecnie 670 tys. komputerów!!! Dżizas, co za świat...

http://www.securitystandard.pl/news/157440/USA..notebooki.znikaja.na.lotniskach.html 

21:35, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 września 2008
PRL-owski żarcik

W książce „Niepiosenki” znaleźć można kilka prawdziwych perełek. Jest historia o pierwszym koncercie „Kultu” zagranicą, który miał miejsce w... Kurytybie w Brazylii. Jest o spotkaniu Kazika z Kusturicą i przyjaźni nawiązanej przez wspólne zamiłowanie do piłki nożnej. Jest historia o tym, jak szczeniakiem będąc, założył się z kolegą, że ten nie skoczy z piętrowego budynku. Kolega wygrał, zainkasował historyjkę z gumy balonowej, a potem przez rok chodził w gorsecie ortopedycznym, co zostaje skwitowane: „wykazaliśmy się wtedy głupotą w stanie czystym”.

Ale historia, jaka rozbawiła mnie najbardziej, to ta, w której pojawia się Matysiak i jego sztuczka z kłódką. Otóż Matysiak kupował solidną kłódkę i do spółki ze Staszewskim wyczajali moment, gdy w mięsnym były jakieś brudne resztki, po które i tak ustawiała się – skromna bo skromna – ale jednak kolejka. Jeśli mieściła się ona w całości w sklepie, to chłopaki doskakiwali i zamykali drzwi wejściowe na kłódkę, poczym uciekali, by następnie obserwować rozwój wypadków z bezpiecznej odległości. Wyobraźcie sobie ten popłoch pań sklepowych, które muszą wypuścić klientów przez zaplecze, na którym przecież niczego nigdy nie brakowało...



W ramach wspominek, walnąłem fotkę sklepu, jaki wypatrzyłem na Mokotowie. Normalnie maszyna czasu...

16:04, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Wolska dla Wolaków

Tak tylko narzekam na dzielnicę, w której mieszkam, że pod nami mieszkają alkoholicy, na przeciwko, tuż obok mieszkał, ale żona wyrzuciła, że leją pod oknem, że na podwórku brakuje murku, by wszystkie lumpiki miały gdzie usiąść.

Przeglądałem właśnie zdjęcia z mojego telefonu komórkowego i zauważyłem, że moje towarzycho też za kołnierz nie wylewa. Co gorsza, jak widać, libacja odbywa się mimo obecności małych dzieci, które dostały się nawet do zagrychy w postaci kurczaka z KFC, jak i przepitki, czyli Kryniczanki – Wody Czystej Jak Łza (99%).

13:28, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 września 2008
Między nami złodziejami
Czytam sobie książkę Kazika „Niepiosenki”. Zawsze ceniłem gościa za jego wkład w moje muzyczne wychowanie. Dzięki niemu wiem, że nie jest istotne, co się umie robić z gitarą czy głosem, ale efekt – emocja u słuchacza. Wszystko prócz emocji jest drugorzędne. A gdy do emocji dodany jest przekaz nakłaniający do samodzielnego myślenia i analizowania otoczenia – to malina.

Kazik jest jednym z najgłośniejszych bojowników z piractwem fonograficznym. Setki wywiadów na ten temat, dziesiątki felietonów, do użygu. A wśród jego tekstów taki smaczek – historyjka, jak to planując okładkę „Tata 2” użył bezprawnie zdjęcia fotografa, który potem na ostro i z prawnikiem upomniał się o swoje. Felieton napisany w celu napiętnowania wariata z aparatem, który nie miał zamiaru oddać efektów swojej pracy za darmochę, co niezmiernie zdumiało Staszewskiego. Wiecie, podane było imię i nazwisko fotografa (Drozd jeśli pamiętam) i ostrzeżenie, że lepiej trzymać się od niego z dala. No i komentarz, że od tej pory będzie szlaban na fotografowanie Kazika z zespołem w czasie koncertów.

Prawo autorskie jest fajne o ile oznacza tantiemy dla mnie, ale już niefajne, gdy ja muszę nagle zapłacić 5 tys. zł za czyjeś zdjęcie? Panie Staszewski, sporo punktów pan u mnie stracił za ten tekst, za tą małość, za tą – jak pan to nazywasz – komunę mentalną. Smutek.

PS Piszę to jako „pierdolony złodziej” (cytując KS), bo w życiu kupiłem chyba jedną lub dwie oryginalne płyty Kultu, a resztę skopiowałem od znajomych lub pozyskałem w sposób ewidentnie nielegalny. Miałem nadzieję, że moje wyrzuty sumienia w tym względzie poprawi zakup książki za prawie 40 zł, z której Staszewski powinien mieć trochę więcej niż z jednej legalnie sprzedanej płyty. Ale wyrzuty sumienia skutecznie zredukował autor, taki sam pierdolony złodziej jak ja, w dodatku pozbawiony klasy i żenujący w swojej próbie zaszkodzenia Drozdowi.
14:15, bekspejs
Link Komentarze (2) »
Kotleciki i borówki

Chorowanie na żołądek ma jedną zasadniczą zaletę. Po dłuższej głodówce świat otwiera przed nami zupełnie już zapomniane doznania. Gdy moja luba zrobiła sobie kotleciki warzywne, to zapach groszku, marchewki, panierki, nawet musztardy (której generalnie nie używam) tak mnie rozbroił, że mimo mojej choroby zjadłem jednego.

Smak po prostu eksplodował mi w ustach, powalił. Miałem łzy w oczach, trochę dlatego, że to była najpyszniejsza rzecz od pamiętnej Zupy Wszystko, jaką udało nam się przyrządzić z C i W pewnej mglistej nocy w Beskidzie Niskim. A trochę też z żalu, że taka symfonia smaków nie jest mi dana na codzień. Żal.

Właśnie zajadam borówki amerykańskie przemyte gorącą wodą. Nie jest to może idealne żarcie dla rekonwalescenta, ale jak one pachną... jak płyną po języku...

Z resztą, pisać o kuchni jest trochę tak, jakby śpiewać o teatrze. Więc na tym kończę. Smacznego!

13:41, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 września 2008
Zakręćmy kurek Rosji!
Nie pisałem nic o Gruzji. To znaczy na blogu, bo w gazecie mojej popełniłem tekst o przyjaźni polsko-gruzińskiej, która objawia się wymianą handlową na poziomie obrotów sklepiku z tanimi ciuszkami, jaki moja Mama prowadziła niegdyś na targówkowskim bazarku. Bardzo ładną rozmowę na temat sprawy Polska-Gruzja-Rosja słyszałem na TVNiet 24 z niejakim Cioskiem Stanisławem, byłym amba w Moskwie i komuchem z gęby i życiorysu. Facet ma jednak pod kopułką, bo mówi wprost: no i co możemy Rosji zrobić? Pogrozić paluszkiem i wygonić z prestiżowych organizacji? U, pewnie robią po nogach ze strachu. Tym bardziej, że obecność w niektórych przynajmniej formalnie wymusza na nich udawanie cywilizowanego kraju, a więc koszty i wysiłki, od których teraz mogliby w końcu odpocząć. Realny nacisk na Rosję może być tylko jeden – musimy przestać kupować ich ropę i gaz. To język, który rozumieją, bo sami posługują się nim chętnie i z efektami, że przypomnę sprawę Ukrainy. Generalnie jest tak, że UE ma z Rosji 1/4 swoich surowców energetycznych. A Rosja z UE 80 proc. swoich pieniędzy budżetowych. Kto kogo tu powinien trzymać za jaja, ja się pytam? No ale do takich działań UE powinna mieć spójny, zaakceptowany przez wszystkie kraje plan rozwoju energetyki i strategii geopolitycznej, a nie podwórkową grę w chowanego, jaką szczególnie skutecznie uprawiają Niemiaszki. Tymczasem sprawa wygląda tak: za kilka lat Ruskie będą mieli swoje rury pociągnięte do Chin i jeśli Europa powie coś nie tak lub chociaż nieładnie się skrzywi, to będą zakręcać kurki, bo nie będzie im groziła śmierć z głodu, tak jak teraz. W tej całej wizji pocieszające jest jednak to, że przewaga Rosjan potrwa tylko 20-25 lat – potem Chińczycy uniezależnią się od ich ropy i gazu przez dywersyfikację oraz – uwaga – przerób węgla i inne nowe technologie energetyczne. W interesie Rosjan jest zatem kąsać teraz, gryźć na poważnie za kilka lat i nachapać się, ile wlezie, póki świat zmieni się na tyle, że ich atuty wyblakną. Póki co Europa na to pozwala. Osetyńcy mają prawo do samostanowienia, jasne. A 200 km dalej na wschód są Czeczeni, którzy już takiego prawa nie mają, nie wspominając o 20 innych narodach, którzy radosnej federacji z Rosjanami jako rasą dominującą mają już od dawna dość. No ale cóż, poparliśmy niepodległość Kosowa, to teraz wyjaśnijmy, dlaczego Abchazi nie mają prawa do własnego państwa, oprócz tego, że Saakaszwili to fajny chłop i przystojny mężczyzna. Swoją drogą: póki Ruscy nie wybudują Gazociągu Północnego, to możemy sporo namieszać, zakręcając kurki na rurociągu Jamał, odcinając od surowca część Niemiec. Ale nie byłby to mądry ruch, póki sami – wzorem Chińczyków – nie zaczniemy produkować gazu z węgla dla potrzeb przemysłu. Puławy i Kędzierzyn już się za to zabrały, bo Miller, prezes Gazpromu, mimochodem zapowiada 4-krotne podwyżki cen gazu...
10:21, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Za mundurem lesby sznurem
Piszę na żywca, bo mój komputer bardzo ostatnio nie lubi internetu i edytowanie wpisu na blogu trwa kilka razy dłużej niż napisanie czegoś nowego. Więc darujcie literówki, błędy gramatyczne, logiczne oraz brak akapitów. Jedzeniemy.

Za parę tygodni w Ameryce będą wybory. Wcześniej Amerykanie odrzucili pomysł, by na stołek prezydenta wybrać zestaw: demokrata+kobieta+żona byłego prezydenta+doświadczona w polityce sucz z jajami większymi niż połowa waszyngtońskiej arystokracji.
Wyborcy uznali, że na republikańskiego łyso-siwego bezzębnego weterana o dość wyrazistych poglądach (jak na Amerykę) najlepszą wunderwaffe będzie czarny muzułmanin przekonwertowany na jedną z akceptowalnych przez Amerykanów sekt protestanckich.

Generalnie najwięcej jest o tym, kto jest młodszy, ładniejszy i ma za żonę niezłą dupcię, a nie o programie. Czy tak wygląda demokracja przyszłości? Bo nie mam poczucia, że nadchodzi zderzenie dwóch wizji Ameryki. Choć Stiglitz przekonuje, że bez socjaldemokratycznych reform demokratów USA czeka dalszy zjazd po równi pochyłej. Blah, i tak udało im się przeżyć ćwierć wieku na kredyt – to chyba jakiś rekord, czy coś.

Komentatorzy uważają, że jeśli Amerykanie wybiorą McCaina, to znaczy, że są rasistami. Nie sądzę, by można było snuć tak daleko idące wnioski, ale proponuję w takim razie akcję afirmatywną: Obama dostaje na wejściu 20 proc. głosów poparcia w każdym stanie gratis. Bo dlaczego nie? McCain może przecież ogłosić, że jest żydowską lesbijką i wtedy z miejsca 60 proc. głosów przypada dla niego. Swoją drogą, generała popierają mniejszości seksualne – jak donosi prasa. O co tu chodzi? Za mundurem panny sznurem?
10:12, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Ufo chce zbadać mnie oralnie i analnie, ale biorę smectę i daję radę
Szisz, nie wiadomo kiedy zleciał tydzień. Ostatni tydzień pracy mojej A w jej podłej korporacji. Teraz siedzimy razem w domu i napięcie nierzadko rośnie, choć nie zawsze tak, jakbyśmy chcieli. Związek to ciężka i nieustająca praca. Ale popłaca, zapewniam. Z pewnością koegzystencji nie ułatwia fakt, że oboje się rozchorowaliśmy. A ma swój kręgosłup i parę innych spraw, które skrzyknęły się i zaatakowały, zwietrzywszy, że nie ma już tego swojego abonamentu w Limie. Ja – hmmm, nie wiem. Zjadłem coś, albo wypiłem, albo złapałem wirusa. Tak czy inaczej, od soboty mam silne zawroty głowy, kamień w brzuchu, mdłości, bóle głowy i ogólne potworne osłabienie oraz drżenie, które z pewnością nauczyłyby mnie bojaźni bożej, gdyby nie to, że wolę wierzyć w starzenie się mojego organizmu i nowości na rynku wirusów niż w złośliwego Naczelnego Demiurga, który karze losowo cierpieniem, a co bardziej wierzących zmusza np. do składania najstarszego syna w ofierze (a potem wyskakuje z krzaków i wyjaśnia, że to był tylko taki teścik). Koniec antyreligijnych dygresji. Generalnie mam zły humor i jestem zmęczony, tak zmęczony, że potrafię przespać w ciągu doby 16 godzin. A tu pisania huk, i to całkiem fajnego pisania... Tworzę teraz książeczkę o UFO. Muszę się pilnować, by nie wystrzelić, że obce cywilizacje to banda idiotów, która nie może się zdecydować: chcą się dać dostrzec, czy może nie, chcą się z nami dogadać, czy raczej porwać co drugą krowę i wypchnąć jej wnętrzności przez gardło, pozostawiając przy okazji losowe ślady laserowych skalpeli. Zboczeńcy. I jeszcze te badania analne – a ja się pytam, czemu do tego nie zmuszają do seksu oralnego? Pomijając zniecierpliwienie nawiedzeńcami całkiem sporo poznałem FAKTÓW z dziedziny latających światełek o nieznanej proweniencji. Taka na przykład bitwa o Los Angeles – 2,5 miesiąca po Pearl Harbor w Hollywood i okolicach wygaszono światła, a artyleria przeciwlotnicza próbowała przez godzinę zestrzelić klucz świateł, jakoby japońskich bombowców. Dziś wiadomo, że Japończycy to nie byli, bo i nie mogli być. A jeszcze są foo fightersi – i to nie ten zespół z Grohlem, tylko zjawiska, jakie nękały pilotów, od jugosłowiańskich po japońskich, szczególnie w czasie II wojny światowej. Generalnie ganiały ich kule, cygara, światełka – relacji są dziesiątki tysięcy, wyjaśnień znacznie mniej. Pierwsza odnotowana i raportowana dowództwu pochodzi z 1941 r. z polskiego transatlantyka „Pułaski”, który woził brytyjskich żołnierzy po Oceanie Indyjskim (głównie do Egiptu, by odpierać Rommla). Doniesienie złożył marynarz wachtowy Doroba, a raport dotarł w tym samym tygodniu do MI5 – bo jak kula i światło, to wiadomo, że hitlerowcy. Generalnie serce roście, bo nasi tu byli :) Najbardziej spodobała mi się historia, jak belgijskie lotnictwo w 1989 próbowało przechwycić czarne trójkąty lecące w szyku, cicho i bardzo szybko nad ich częścią Zachodniej Europy. Obiekty widziały dziesiątki tysięcy ludzi, złapano je na radarze, generalnie to pewnie Amerykanie nie chcieli się przyznać (i nie przyznali się do dziś, bo to by znaczyło, że natowskich sojuszników mają w dupie, a wiemy, że przecież stanęli by za nimi murem, pod warunkiem, że nie trzeba umierać za Gdańsk). Ale nie tylko Serbowie mieli okazję wykazać, że nie wszystko pięknie gra w niewykrywaniu ich niewykrywalnych bombowców lub innym wojskowym szajsie. A właśnie, od dawna miałem napisać o Amerykanach.
06:37, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 sierpnia 2008
Fucha – uwaga antyreligijny sarkazm!

Złapałem ostatnio ciekawą fuchę, która specjalnie mnie nie obciążając pozwoli mi dopiąć domowy budżet narażony na pomysły mojego wydawcy (obniżki wierszówki, opóźnienia w płatnościach). Chyba nigdy nie miałem tak ciekawej fuchy – zajmuje mi najwyżej kilka dni w miesiącu, a zmusza do pisania o rzeczach, o których nigdy nie myślałem, że będę pisał. Kręgi w zbożu, bilokacja, hipnoza, tarot, transy religijne, stygmaty i inne cuda – smakowity kąsek na moje bezczelnie racjonalistyczne i ateistyczne gardło.
Generalnie plan jest taki, że przygotowuję książeczki, które rozwijają temat, poruszony na płytach DVD, na których mają być publikowane kolejne odcinki kilkudziesięcioodcinkowego dokumentalnego serialu amerykańskiego. Jak trzy odcinki się sprzedadzą, to jadę z resztą i mam robotę na dwa lata. Zaczynam od egzorcyzmów i opętań, potem idzie ufo: częściowo sensacyjnie, częściowo racjonalnie, generalnie ma dawać się czytać i zachęcać do myślenia i własnych poszukiwań (w bibliotekach, nie w obcych galaktykach, co wymagałoby znacznie więcej czasu i środków). 


Dlaczego cieszę się z tej roboty? Bo to odskocznia od tego, czym zajmowałem się przez ostatnie lata. A przy okazji dowiaduję się ciekawych rzeczy i rozbudowuję się mój światopogląd. Przykład na ciekawe rzeczy? Np. najsłynniejszy włoski egzorcysta Gabriele Amorth ma na koncie 50 tys. skutecznych egzorcyzmów. Podaje to wiele poważnych katolickich źródeł, nie tłumaczy jednak metodologii – chodzi o liczbę ludzi uwolnionych od złych duchów, czy liczbę wypędzonych demonów? Bo 50 tys. egzorcyzmów w ciągu 54 letniej posługi kapłańskiej oznacza egzorcyzm co 10,5 godziny... (ojciec Mojej A sugeruje, że trzeba brać pod uwagę zbiorowe egzorcyzmy, ja stawiam na to, że liczone są wszystkie diabły: Amorth się modli, a licznik bije: Belzebub, Cthulhu, Latający Potwór Spaghetti, Demon Wieczornego Podjadania itd.).

A jak fucha wpływa na mój światopogląd? Otóż Moja A będzie zgrzytać zębami, ale coraz bardziej przekonuję się do teorii memów. Na przykładzie Kościoła Rzymsko-Katolickiego, który na każdym kroku próbuje mnie przekonać, że pośród innych religii, w tym tych najfajniejszych, czyli chrześcijańskich, jest najbardziej odpowiedni. Bo jest tradycyjny, ale nie za bardzo (apage, lefevryści!), podąża z duchem czasu, ale nie goni za modą, a do tego ma na czele papieża, który jest nieomylny w kwestiach wiary (co za wygoda!).
Na katolickich stronach o egzorcyzmach znaleźć można wiele interesujących przykładów działania memu religii:
- katoliccy egzorcyści mają być skuteczniejsi niż inni (tu nawet cytat z protestanckiego egzorcysty), bo używają rytuału Rzymskiego – częściowo pochodzącego z XVII wieku, a częściowo zmodyfikowanego, bo przecież był Sobór Watykański II (czyli cudowny miks tradycji i nowoczesności, dla każdego według potrzeb)
- nowy rytuał został zatwierdzony przez Rzym, a egzorcyści innych religii używają rytuałów bez takiego certyfikatu i homologacji
- katoliccy egzorcyści mają najwyższą skuteczność i wypędzają najwięcej diabłów na świecie (na wszelki wypadek nie ma żadnych statystyk, a kościelna administracja przyznaje, że nie ma nawet jednej listy po prostu zbierająca imiona i nazwiska egzorcystów katolickich w danym kraju – nie wiadomo więc dokładnie, ilu ich jest, nie wspominając o skuteczności i obłożeniu)


Mogę tak ciągnąć, a byście nie uwierzyli, więc zacytuję po prostu, bo trudno uwierzyć:


Takimi przyczynami (opętania – przyp. bekspejs) są:

• Wszelkie metody tzw. "naturalnego" leczenia, które nie mają żadnego oparcia w nauce i które operują różnymi tajemniczymi mocami czy energiami. Może być to np. bioenergoterapia, różdżkarstwo, biotronika, homeopatia okultystyczna, hipnoza poza gabinetami lekarskimi, wizyty u szamanów i nakładaczy rąk (jak rozumiem nie dotyczy to nakładaczy z licencją biskupa – przyp. bekspejs), otwieranie kanałów energetycznych (np. czakramów), przekazywanie jakiejś energii bezpośrednio lub na odległość, zakładanie odpromienników, spożywanie dziwnych mikstur itp.

•Spirytyzm i wywoływanie duchów - nekromancja w różnych formach, gusła, mediumizm, parapsychologia, tabliczki lub karty mające przekazywać wieści z zaświatów, UFO (płynne przejście w mój kolejny fuchowy temat – przyp. bekspejs), podróże astralne, channeling (kanałowanie) i praktyki mające przywołać jakieś postacie z zaświatów (nawet jeśli to mają być aniołowie czy święci z nieba), przebywanie w miejscach gdzie odprawiano praktyki spirytytyczne, korzystanie z usług świeckich wyklinaczy-egzorcystów (konkurencji nie można tolerować! – przyp. bekspejs).

•Magia i wróżbiarstwo - magia biała i czarna (tak samo szkodzi!), uczęszczanie do magów i wróżek, wicca, makumba, voodoo, czary, uroki i przekleństwa, numerologia, kabała, horoskopy (przy okazji chciałbym pozdrowić wszystkich sympatycznych baranów spod znaku bliźniąt – przyp. bekspejs), tarot, karty anielskie i inne formy wróżenia, noszenie talizmanów, amuletów (np. pierścień Atlantów, pentagram, pseudo-krzyż ankh i inne) (jak wiadomo pseudo-krzyż ściąga szatany, ale wystarczy poprawić jego górną część i zamiast sług ciemności pojawia się jasność, a także świeżość w ustach; posiadacze autentycznej korony cierniowej lub chociaż ciernia z niej mogą liczyć na bezpłatny serwis błogosławieństw oraz otwartą hot-line z Panem Bogiem – przyp. bekspejs).

•Okultyzm - poszukiwanie rzekomo zakrytej wiedzy, posługiwanie się tajemnymi mocami, ezoteryzm, gnoza, jasnowidztwo, telepatia, rozwijanie tzw. świadomości transcedentalnej poprzez medytacje (np. w jodze i praktykach new age).

•Sekty - satanizm w różnych postaciach, kult diabła lub ciemnych mocy, podpisywanie cyrografów (paktowanie z diabłem), uczestnictwo w czarnych mszach, bałwochwalstwo, czczenie starożytnych bóstw (tylko nowe bóstwa nie są na cenzurowanym, dlatego pozdrawiam Latającego Potwora Spaghetti! – przyp. bekspejs) oraz ludzi (Sai Baba i inni przywódcy sekt), posługiwanie się remediami i figurkami bóstw (litości! Matka Boska się w grobie przewraca słysząc takie rzeczy – przyp. bekspejs), fang shui.

•Zmiany świadomości - zmienianie stanów świadomości, manipulacje poprzez hipnozę, wyjścia poza ciało, słuchanie hipnotyzującej muzyki (podobno na Radiohead jest jednak specjalna dyspensja – przyp. bekspejs), muzyka sataniczna, techno (wiedziałem, że macza w tym palce szatan, przecież tego nie da się słuchać bez wsparcia ciemnych mocy! – przyp. bekspejs) oraz z przekazem podprogowym, mantrowanie, śpiewanie pieśni do jakichś bóstw (Hare Krisna, śpiewy capoeira, wielbienie Sai Baby, czczenie szatana w piosenkach), popadanie w nałogi i rozwiązłość (narkotyki, alkohol, zboczenia i perwersje seksualne).

•Inne - brak przebaczenia, bezczeszczenie sakramentów i przedmiotów kultu.

(wytłuszczenia są ode mnie)

Źródło: http://www.egzorcysta.org/Przyczyny%20i%20objawy.html

Chwyty poniżej pasa? W wojnie memów poniżej pasa są najskuteczniejsze chwyty i rzadko korzysta się z innych!

09:11, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
Film w mojej głowie

W 1968 r. grupa zachodnich intelektualistów i artystów (kompozytorów, pisarzy, dziennikarzy, malarzy, rzeźbiarzy) wyruszyła do Moskwy w celu przekazania listu do najwyższych władz ZSRR i stanowczego zamanifestowania sprzeciwu wobec interwencji w Czechosłowacji. Zostali aresztowani i następne 20 lat przesiedzieli w komunistycznych więzieniach, znosząc męki izolacji, niezliczone poniżenia i ciężkie warunki. Przeznaczeni początkowo do egzekucji, z czasem więźniowie stają się kłopotliwym ciężarem. Najpierw trafiają do gułagów, potem do więzień w wielu miastach Europy. Osamotnieni, zapomnieni, tracący sens swojego protestu, zostają w końcu wypuszczeni w 1988 r. z budynku ambasady rosyjskiej w Niemczech Zachodnich. Ich pokojowa manifestacja przyniosła niespodziewany skutek – udowodniła, że z komunistami miękkie środki nie zadziałają. Byli ostatnią tego typu grupą reprezentującą elity, która chciała rywalizację zimnowojenną rozwiązać poprzez rozmowy, cywilizowane i pokojowe środki. Po nich nadeszła fala poparcia dla zbrojeń, gwiezdnych wojen i działań Zachodu, mających rozłożyć komunizm poprzez wymęczenie go ekonomicznie i technologicznie tak, by dokonał się jego kolaps. W więzieniach nie byli w stanie tworzyć, otarli się o chorobę psychiczną, po powrocie nie zostali jednak otoczeni nimbem bohaterów, raczej dziwaków, którzy zdecydowali się na kroki bezsensowne i niepotrzebne. Ich potencjał zmarnowano, ich talent uleciał w ciągu lat uwięzienia, pozostawiając w ich psychice szarą pustkę, rozgoryczenie, żal.

I jeszcze tylko taka scenka: dwójka byłych więźniów sumienia, związanych za murami uczuciem, próbuje po uwolnieniu kontynuować związek. Ona była właścicielką małej fabryki tekstylnej, która w tym czasie popadła w ruinę. Razem zwiedzają opuszczoną halę fabryczną i niedokończone fragmenty odzieży. Ona otwiera walizkę i próbuje w niej zmieścić tyle na wpół uszytych płaszczy i koszul, ile się da. On bezradnie patrzy. Płaczą. Fabryka ma być lada dzień zlicytowana. Powinni odejść do ich wynajętego mieszkania, ale zostają w hali do późnego wieczora i gdy łzy schną na ich twarzach, po prostu patrzą, bez słowa, w pustkę.

Czy widzieliście film podobny do tego, co powyżej opisałem? Mój dzisiejszy sen miał tak przytłaczająco filmową konwencję, że trudno mi uwierzyć, by mózg sam to wszystko stworzył, spodziewam się najwyżej jakiejś kompilacji. Tak czy inaczej, obudziłem się wzruszony i ze łzami w oczach (co u mnie wiele znaczy, bo niełatwo zmusić mnie do płaczu). Moja A, przytulona nad ranem, zaczęła się nagle wiercić, mrucząc pod nosem „zaraz, zaraz przyniosę te aplikacje, teraz zajmuję się przygotowywaniem tej konferencji, a przecież się nie rozdwoję”. Oboje przeżywamy nocami odbicie rzeczywistości, przetwarzając, kompilując obudzone w nas lęki, frustracje, a przede wszystkim zmęczenie. Mam nadzieję, że jej zwoje były na tyle miłe, by zapomniała swój sen po obudzeniu, gdy w pośpiechu musiała szykować się do pracy, przygnębiającej i obniżającej jej samoocenę, wyciskającej z niej ostatnie siły.

08:07, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 sierpnia 2008
Tłumacze ciągle niezagrożeni, czyli news ze świata microprocesorów
Intel versus. AMD: Intel Bił się W tył Rezygnować Cena Cięcie Wojna

Świeży analiza rynku wyniknąć pokazany ów Intel akcje mieć podniesiony przy 28 procent w porównaniu wobec w zeszłym roku. Skoro jego konkurencyjny, AMD jest oczekiwany wobec sprawozdanie strata od 85 centy na udział, który jest równoważny wobec 570 procent skoro ćwierć dwa od 2006. Widocznie, Intel jest przesłanie w prawica kierunek i odzyskać większy porcja jego udział w rynku za ostra konkurencja z AMD skoro w zeszłym roku.

Intel ma ciśnięty jego czworokąt-rdzeń serwer procesor mocniejszy niż AMD, który spowodowany AMD wobec nie mieć innego wyboru, jak wobec ofiarować jego podwójny- rdzeń serwer procesor przy bardzo niski cena just wobec zabezpieczyć pewien siedziba w ten konkursowy PC sprzedać. Ten cięcie cena wojna przy Intel ma znowu wyrażać AMD w trudniejszy położenie. W dodatku, niektórzy analitycy komentowany ów Intel ma szerszy produkt tereny ów dostarczać żywność prawie każdy segmenty w obydwaj PC/ laptop i serwer sprzedać. W tył wobec AMD, ten robotnik drogowy nie jest rozliczać i ten długi będzie czekać Barcelona procesor ma znowu wyrażać ono w uncertainty. Some maj spodziewać się ów rezygnować Barcelona wprowadzenie w ćwierć trzy, AMD maj wypłacalny odzyskać jego strata udział w rynku w serwer segment. Jednakże, może być nie być znaczący w całkowity przychód pokolenie w PC sprzedać, za zważywszy, że ten serwer żądanie maj nie być ów ogromny wobec wierzyciel ten pęd. Jeden rzecz na pewno, ten konkurs wola wciąż być u- chodzenie i ów który osiągać korzyść z ten cena cięcie wojna byłby być ten konsumenci ów wypłacalny dostać wyższa oferta Świadczenie na wat i liczniejszy doniośle Świadczenie na kosztować.

Import: Jesteś czytanie pewien maszyna przetłumaczony stronica który jest zaopatrzony "równie jest" rezygnować gwarancja. Niepodobny ludzki tłumaczenie, tłumaczenie maszynowe nie wymaga nie rozumieć ten gramatyka, semantyka, składnia, specjalny język od naturalny język, tak często przedstawić nieścisły i niski różnice jakościowe tekst który jest zmylony i niepojęty. Tak, podobać się odsyłać wobec pierwotny język angielski przedmiot kiedykolwiek możliwy.

MDL blog przeksięgowanie określonej kwoty z dziennika do księgi teraz kontynuować przykoniuszek i Podstęp, i czytniki jesteście mile widziany wobec przyłączyć się Mój Cyfrowy życie Forum.


Źródło: http://www.mydigitallife.info/2007/08/04/intel-vs-amd-intel-fought-back-with-price-slashing-war/pl/
15:02, bekspejs
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
statystyka