Chodzi o to, by język drętwy powiedział wszystko, co pomyśli głowa.
Blog > Komentarze do wpisu
No comprendo

Wróciłem właśnie z kilkudniowego pobytu w Andaluzji. Po stronie plusów:
- 90-proc. odcięcie się od pracy (sprawdziłem maile raz na jakiś czas, coś tam odpowiedziałem, odrobinę czytałem na temat, na jaki muszę teraz napisać);
- pejzaże i wspaniały klimat – 20-25 stopni każdego dnia, noce wręcz za ciepłe;
- Ronda to piękne, małe miasto z przyjemną, nieśpieszną atmosferą i nie tak dużą liczbą turystów;
- jazda wyścigówkami Formuły 3 może być naprawdę ekscytująca (choć głównie dla mojej A :)


- Obraz „Versality” Maxa Ernsta w niewielkim muzeum w Maladze i kilka prac Picassa tamże;
- Wschód słońca o 8:30 nad morzem;
- bliskowschodnie żarcie w malutkiej knajpce w zaułkach Malagi;
- i wszystko to dzielone z osobą, którą kocham.

Ale nie byłbym Polakiem, gdybym nie ponarzekał:
- Połowa wycieczki to zwycięzcy jakiegoś konkursu, z czego kilku panów stanowiło stereotypowe przykłady przeciętnego rodaka: małego cwaniaczka bez przednich zębów, który nie myje się, cały czas chichocze i się drapie, a do tego albo jest pijany, albo o tym mówi, albo szykuje się logistycznie do picia;
- Żarcie w knajpach zorganizowanych w ramach wycieczki w najlepszym przypadku średnie; w przypadku wegetarianów (moja A) – tragiczne;
- Przewodnicy nudzili, a tłumacz zniekształcał te nudy w kluchy, od których mózg mi się przegrzewał i większość czasu zwiedzania z przewodnikami (Alhambra, Ronda) musiałem czytać gazetę, by ocalić odrobinę osobistej godności;



- i największy minus: mimo, że organizatorzy zapewniali, że dopłacę najwyżej za bilet do Alhambry, no i ostatecznie za hotel (różnica między jedynką a dwójką), to na końcu zaśpiewali nam 450 euro – większość to było jedzenie, którego A nie jadła, bo było do dupy, a przy tym zawsze wywalczane na zasadzie wielkiej łaski (wyobraźcie sobie – 4 dni i przy każdym posiłku trzeba powtarzać „Jestem wegetarianką i nie będę jadła tej golonki”). Razem z przelotami i skromnymi wydatkami w czasie wolnym w cztery dni wydaliśmy jakieś 3500 zł. Dopłacam cztery stówy i mam w ramach last minute dwa tygodnie na Dominikanie.
Jeśli firma, która mnie zaprosiła na te wszystkie atrakcje, liczy, że dokonała coś w rodzaju małego skorumpowania dziennikarza w mojej osobie, to chyba osiągnęła efekt odwrotny. Ale przecież żyję w Polsce, a tu musi być wszystko na odwrót – nawet polskie czołgi mają lufy w środku. 

Cóż, doświadczenie i wiedza są jednak bezcenne. A te mówią, że Hiszpanię odwiedzimy sobie raz jeszcze, na spokojnie i indywidualnie. Żarcie – zamawiane tam, gdzie robią to miejscowi – tanie i pyszne. Transport publiczny, choć słabo opisany, jest tam dość dobrze rozwinięty, a ceny hoteli bez brewerii, szczególnie po sezonie. Z resztą tylko po sezonie da się tam wytrzymać z uwagi na klimat i mniejsze tłumy turystów.

niedziela, 19 października 2008, bekspejs

Polecane wpisy

  • Witamy Braka Banana

    Dużo pracy, dużo zajęć, nerwy i nerwicowe bóle żołądka. Tyle u mnie. Na rozweselenie wstawiam pytanie, jakie dostałem od J, kolegę i jednego z czytelników bloga

  • 30 rocznica baloniarstwa

    Śliczne zdjęcie przesłała mi niedawno J. Chciałem się podzielić - popatrzcie:  

  • Użalanka

    Wylądowałem z moją A w Hiszpanii na kilkudniowym wyjeździe. Wcześniejsze dwa tygodnie były strasznie pracowite: próbowałem zorientować się, czego brakuje w reda

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
statystyka